Gdy zobaczyliśmy szyld browaru miejskiego, nie było wątpliwości, że tu właśnie powinniśmy przysiąść

. Piwko było pewne, ale jakieś konkrety z menu przecież też by się przydały…
Browar Miejski Sopot na Monciaku działa od 2014 roku, ale własne piwa zaczęto warzyć nieco później (ponoć wcześniej serwowano tu browarki z Kościerzyny). Teraz w Sopocie warzy się bodajże 5 rodzajów piwa. My wprawdzie gustujemy w gatunkach tradycyjnych, ipa czy ale to nie nasze smaki , jednakże jeśli do wyboru są deski degustacyjne (tu podają 4 kufelki o pojemności 0,2 l) to zazwyczaj na nie się decydujemy. Lubimy piwko pszeniczne, jednakże sopocka wersja nie znalazła u nas uznania, za dużo było w niej nut cytrusowych i kolendrowych. No ale to kwestia gustu, my wyrocznią nie jesteśmy.
Początkowo siedzieliśmy tuż przy barierkach tarasu, jednakże gdy w pewnym momencie

lunęło jak z cebra, przenieśliśmy się do stolika w drugim rzędzie. Do była dobra decyzja, dzięki temu gdy na stół wjechały zamówione dania obiadowe, były zabezpieczone przed skąpaniem w deszczówce

.
Trochę tu posiedzieliśmy, przeczekując oberwanie chmury i jeszcze ciut. Była więc okazja na zaglądnięcie do sali restauracyjnej oraz zobaczenia, jak wyglądają tutejsze tanki browarne.
Gdy wychodziliśmy, zamiast ulewy była mżawka. Dość dotkliwa, na szczęście mieliśmy kurki wystarczająco chroniące przed przemoknięciem przy takim deszczyku. Wcześniejszy pomysł, żeby jeszcze przejść się pod Operę Leśną, był jednak absurdalny

.
Przez moment nawet zastanawialiśmy, czy nie wrócić do Żabianki kolejką trójmiejską

. Nawet doszliśmy do stacji SKM-ki, ale ostatecznie uznaliśmy, że nie jesteśmy z cukru i możemy iść pieszo. Przeszliśmy na druga stronę Al. Niepodległości i powędrowaliśmy równoległą do niej, spokojną ul. Armii Krajowej. Pod koniec niestety trzeba było wrócić na ruchliwą aleję… Dobrze że na krótko, bo „naszą” ul. Czyżewskiego znów było przyjemnie, zwłaszcza że od jakiegoś czasu już nie padało

. W nogach mieliśmy jednak prawie 16 km, dlatego uznaliśmy, że na ten dzień spaceru wystarczy. Tak więc, pobliski markecik i zaopatrzenie na wieczór, a kolejne przechadzki zostawiliśmy na następny dzień.