Hotel opuszczamy parę minut po 7:00. Grab a lotnisko kosztuje 13 ringgitów za 10 kilometrowy przejazd. Jesteśmy około 2 godzin przed czasem, bo wylot do Johor Bahru mamy o 9:35. Najdroższe bilety, bo po 165 złotych od osoby. Najtaniej widziałem za około 120 złotych. Za kontrolą bezpieczeństwa jemy dobre śniadanie. Za dwa pudełka śniadaniowe wychodzi niecałe 24 złote. Po śniadaniu nie możemy iść do naszej bramki mimo, że wyświetla się „boarding”. Lotnisko w Miri jest naprawdę dziwne. Na dużej hali są stanowiska ABCDE (stanowiska linii lotniczych) skąd obsługa przepuszcza do bramek 1-5. Gdy ustawia się kolejka do stanowiska Air Asia to nie wiadomo na który lot.
Mimo to startujemy przed czasem. Siadamy w rzędzie wcześniej niż ten co mamy na bilecie, dzięki czemu siedzimy sami. Długo lecimy w chmurach, ale przed lądowaniem zaczyna się przejaśniać, dzięki czemu możemy zobaczyć w całej okazałości lotnisko w Singapurze, potem sam Singapur i na końcu Johor Bahru, przy którym lądujemy. Około 11:30 wsiadamy w Graba i za 32 kilometrowy odcinek do granicy z Singapurem pokazuje nam 32 ringgity czyli ok. 28 złotych. Cena benzyny to równe 2, a diesla 2,80 ringgita.
12:10 jesteśmy przy budynku straży granicznej. Pamiętam, że kawałek dalej jest sklepik. Kasia zostaje, a ja biegnę kupić dwa piwa i napój. Rachunek idealny – 30,50 ringitta, bo w portfelu miałem niecałe 31. Przejście do kontroli paszportowej zajmuje kilka minut. Potem schodzimy pod budynek skąd autobusy przewożą przez most pomiędzy punktami granicznymi. Z kilku stanowisk odjeżdżają różne linie singapurskie i malezyjskie. Gdy przejeżdżamy przez most widzimy jak kilkaset metrów dalej jest na ukończeniu budowa mostu dla przedłużenia singapurskiej linii metra, która powinna znacznie przyspieszyć przekraczanie granicy.
Po stronie singapurskiej również idzie sprawnie, automatyczna bramka paszportowa, a tu na samym końcu niespodzianka kontrola bagaży. Widzę jak przed nami celnik wyrzuca komuś paczkę papierosów i kilka pojedynczych sztuk. Nam została jedna puszka piwa, bo druga podczas długich przejść szybko wyparowała. Przed kontrolą wyjmujemy ją i pytamy. Celnik mówi, że możemy wyrzucić lub zapłacić akcyzę. Wylicza na kalkulatorze i pokazuje 25. Wyrzucamy. Jednak potem przychodzi nam do głowy, że to może było 2,5…
Mimo, że sprawnie przejeżdżamy dalej autobusem kilka przystanków, a następnie metrem to łączny czas przejazdu z lotniska do hotelu wychodzi nam 2 godziny i 40 minut. Zameldowanie przebiega sprawnie, przebieramy się i o 14:30 wychodzimy. Zostało nam około 30 minut żeby coś zjeść i dotrzeć do stacji metra, do której mamy około 700 metrów. Bierzemy na wynos za 7 S$ ryż z kawałkami kurczaka i sosem w woreczku. Niestety nie da się tego zjeść idąc, bo jest zawinięte w papier. Siadamy pod drzewem w cieniu na murku. Mam wrażenie, że wyglądamy trochę dziwnie i ludzie ukradkiem na nas spoglądają, ale nie mamy wyjścia jeśli nie chcemy być głodni.
Około 15:20 jesteśmy już w Marinie skąd wypływamy na około 40 minutowy rejs żaglówką. Dodatkową atrakcją tego rejsu jest, że jedne z popularniejszych miejsc możemy zobaczyć z innej perspektywy. Jest to darmowa atrakcja, na którą miejsca bardzo szybko znikają. Kalendarz na kolejny miesiąc pojawia się pod koniec danego miesiąca. Trzeba regularnie odwiedzać stronę aby zdobyć bilety na interesujący nas termin.
Po rejsie czujemy, że mimo wiaterku dość mocno nas przygrzało. Kupujemy ziemną herbatę i piwo. Siadamy chwilę na murku i zastawiamy się co dalej. Spróbujemy dostać się na następną darmową atrakcję dużo przed czasem. Czynna jest od 14:30, a my bilety mamy od 17:30. Wchodzimy do jednego z najwyższych wieżowców w Singapurze. Pani sprawdza czy jesteśmy na liście i wskazuje nam windę. Świetnie, bo ponad godzinę przed czasem. Wciskam przycisk „51” i ostro ruszamy w górę aż zatyka uszy. Szkoda, że nic nie widać, bo kabina jest cała zabudowana. Gdy wysiadamy, czuję niesamowitą ulgę. Nie lubię i boję się jeździć widami. Kolega, który pracuje przy montażu wind nieraz zapewniał mnie, że są bardzo bezpieczne i nie ma możliwości aby spadła to i tak wsiadając czuję duży niepokój.
Na górze czujemy się jak w podniebnym ogrodzie. Praktycznie cały dach jest pokryty głównie ziołami, krzakami i drzewkami z przyprawami, które są wykorzystywane w restauracji obok. Dodatkowo zachwycają widoki na panoramę Singapuru. Jesteśmy dużo wyżej niż dach słynnego hotelu Marina Bay Sands. Podniebny spacer zajmuje nam prawie czterdzieści minut. Coś czujemy, że to będzie dla nas najlepsza atrakcja w Singapurze.
Według planu na dzisiaj została nam ponowna wizyta w Ogrodach nad Zatoką, tym razem za dnia, a po zmroku zobaczyć ponownie spektakl, tym razem na spokojnie. Jednak po takiej dawce zielonego decydujemy się odpuścić ogrody i zrealizować część jutrzejszego planu. Spod wieżowca mamy kilkaset metrów do Chinatown. Przechodzimy obok świątyni taoistycznej Thian Hock Keng, a dalej świątyni hinduskiej Mariamman. Przechodzimy słynną Pagoda Street, na której spotykamy ciekawego człowieka, od którego kupujemy magnesy. Na każde moje pytanie szczerzy zęby i energicznie potakuje głową. Na końcu ulicy znajduje się stacja metra, więc płynnie odjeżdżamy w kierunku Little India.
Dzielnica oprócz ciekawych, zabytkowych kamienic ma do zaoferowania świątynie hinduską Veeramakaliamman oraz dom Tan Teng Niah, który jet ostatnią chińską istniejącą willą w tej dzielnicy. Na koniec przechodzimy przez centrum Tekka gdzie jest dużo stoisk z rybami i owocami morza.
Pieszo przechodzimy pod meczet Malabar (niebieski), wchodząc do kolejnej dzielnicy – tym razem arabskiej (Kampong Glam), która zmienia się, pewnie przez szybko zapadający zmrok i zaczyna wyglądać jak z baśni tysiąca i jednej nocy. W tym miejscu popełniamy błąd, a raczej zdajemy sobie sprawę, że wcześniej go popełniliśmy. Przeszliśmy obok meczetu Abdul Gafoor. Przechodzimy spory dystans i tracimy dużo czasu. Ponownie widzimy terminal autobusowy, skąd odjeżdżają dalekobieżne autobusy i jeszcze dłuższą kolejkę ludzi okalającą z trzech stron terminal – dobrze ponad 100 metrów.
Przejeżdżamy kawałek metrem, a dalej łapiemy piętrowy autobus, który zawozi nas pod drzwi hotelu. Dzięki temu mamy panoramiczny objazd centrum Singapuru. Chwila w hotelu i idziemy przez najbardziej rozrywkową dzielnicę, w której mieszkamy do pięknej kamienicy Kang Ha Pheng Simkok. Tutaj siadamy w tajskiej knajpce, ale słynne Pad Thai, które uwielbialiśmy jeść w Tajlandii słabo nam smakuje. Na plus piwo Leo. Przy naszym hotelu jest kilka domów publicznych, ale są one dyskretne, wejścia są zastawione doniczkami z krzewami. Jest bardzo spokojnie. Czasami mała grupa młodych chłopaków chichocząc przechodzi od drzwi do drzwi i można zobaczyć panie witające swoich gości. Najbardziej rozrywkowa dzielnica okazała się spokojna, czysta i niezbyt gwarna. Mimo pewnie, że nigdy nie śpi, a nasze okno jest skierowane w kierunku jej centrum noc przebiega nam bardzo spokojnie.


.png)
.png)
Muszę tam kiedyś dotrzeć 
.png)