Szybko robi się ciemno, a na drodze - początkowo wolnej od śniegu - pojawiają się coraz częściej brudnoszare płaty. W miarę, jak się zagłębiamy w zwężającą się dolinę i powoli zyskujemy wysokość, pod stopami przybywa zimowego atrybutu. Wysuwam się nieco do przodu i tracę z oczu mojego towarzysza. Gdy główna droga odbija lekko w lewo a na wprost prowadzi narciarski ślad, wybieram właśnie ten wariant. Przypuszczam, że Bercik założył już narty, więc pewnie pójdzie tędy, a nie chciałbym, byśmy się zupełnie rozdzielili. Zaraz jednak zaczynam się zapadać w śniegu po kolana, więc nie ma rady - ściągam plecak i odpinam rakiety, by je założyć na nogi. Wtedy widzę, że drogą po lewej wyprzedza mnie mój kompan - wciąż jeszcze z nartami przy plecaku. Wołam do niego, bo chyba mnie nawet nie zauważył. Podchodzi jeszcze kawałek, zatrzymuje się i również przystosowuje się do warunków. Gdy do niego doczłapuję w moich płetwach, jest już też gotowy do dalszej drogi.



W zupełnych ciemnościach, przy świetle czołówek suniemy w górę, zostawiając po bokach łypiące okiem w naszą stronę żaby. Nie wiem, czy to one sprawiły, ale po chwili spadają pierwsze krople. Wkrótce deszcz przybiera na sile i pora zmienić polar na kurtkę. Kiedy dochodzimy do nieczynnego schroniska Vorderer Sulztalalm, pada już rzęsiście. Pod daszkiem dokonuję kolejnej zmiany garderoby - spodnie polarowe zastępuję bardziej odpornymi na nieprzyjemne warunki atmosferyczne. Kto by pomyślał - zima, a tu leje...
Jesteśmy w połowie podejścia, pytam więc Bercika, czy by nie chciał przejąć ode mnie liny. Chciał, nie chciał - ale zdejmuję swój garb z ramion i przekładamy kilkukilogramowy zwój z mojego plecaka do jego.
- Jak ci? - pytam.
- Gorzej - słyszę w odpowiedzi.
Cóż, nie wiemy, czy lina się przyda, ale targamy ją ze sobą.
Lżejszy teraz o tych kilka kilogramów, wysuwam się do przodu. Idę po omacku, tylko co jakiś czas załączając czołówkę, gdy coś mi pod stopami nie pasuje. Wtedy dostosowuję swój kurs do przebiegu w miarę szerokiej drogi, która jednak opada w lewo stromo w dolinę, gdzie szumi bystry potok. Nade mną ciemnieje na tle nieba jakaś plama - zapewne masyw górski. Droga skręca ostrzej w prawo i daleko przede mną coś lekko bieleje. Wpatruję się uważnie - fatamorgana czy
A nie! Nie fatamorgana. To obszar śniegu jaśniejszy od innych. Czyli - musi być czymś oświetlony. Pięknie - schronisko już blisko!
Droga pnie się teraz w kierunku południowym, zostawiając nisko dno doliny. Rozmiękły śnieg powoduje, że nawet w rakietach lekko się zapadam. W górze poruszają się małe światełka - najwyraźniej jacyś ludzie kręcą się przy schronisku. Wkrótce dochodzę do nich. Okazuje się, że to jakaś ekipa szykuje się do zjazdu do Gries. Widząc moje rakiety wołają ze śmiechem:
- Zapewne popsułeś nam naszą dobrą pistę!
- No, jasne! Rewelacyjna pista, wspaniale położony, narciarski ślad! - dostosowuję się do kpiarskiego tonu grupki Austriaków.
Pytają, czy idę sam, czy jeszcze ktoś za mną podąża. Będą zjeżdżać i nie chcą być zaskoczeni nagłym pojawieniem się ludzkiej sylwetki na szlaku.
- Owszem jeszcze jeden, ale ma czołówkę, więc jest dobrze widoczny.
Ruszają w dół, a ja wchodzę do schroniska i załatwiam formalności. Dostajemy Frauenlager - pokój dla kobiet. Ale nie dlatego, że tak nam obsługa pragnie dogodzić i urozmaicić noc. Po prostu, pokój jest pusty, więc dwóch Polaków będzie go miało dla siebie.
Schodzę na dół, by powitać wchodzącego właśnie Bercika i zaprowadzić go do pokoju. Pierwsze, co słyszę, to słowa:
- Idę sobie spokojnie, rozkoszując się ciemnością nocy, a tu nagle zza zakrętu wypadają na mnie jacyś śmigacze! W ostatniej chwili zdążyłem włączyć czołówkę i poczułem tylko wiatr mijających mnie o centymetry ludzkich sylwetek.
No tak, nie pomyślałem, że i on lubi wędrówki w ciemnościach
Wypijamy przed snem po puszce piwa i walimy się na wyrka, nastawiając budzik na 6:15. Mamy tylko nadzieję, że aura - tak niełaskawa dzisiaj - jutro jednak dopisze.