napisał(a) Franz » 08.05.2026 16:59
Wyjeżdżam w kierunku południowo-zachodnim, planując przejazd przez Klagenfurt i Lienz. Krótko po starcie czuję, jak mnie morzy, więc zaczynam się rozglądać za jakimś parkingiem, żeby sobie zrobić kawę, ale w tych okolicznościach musi to być miejsce z cieniem. Kiedy takowy widzę i zjeżdżam, okazuje się, że kuszący z daleka cień daje jedynie obwoźna knajpka... No, cóż - nie będę robił kawy w takim miejscu, wracam zatem na szosę, wypatrując czegoś innego. Senność ogarnia mnie coraz mocniej, mrugam więc mocniej oczami, wiercę się na fotelu i nagle... słyszę przeraźliwy dźwięk tarcia metalu o metal. To mnie błyskawicznie cuci - okazuje się, że to mój wóz trze o barierkę z boku szosy. Czyli - przysnąłem za kierownicą.
Zaledwie dwa kilometry dalej trafiam na świetne zacienione miejsce, gdzie mogę odpocząć, zrobić kawę, coś zjeść. Oglądam samochód - na całej długości prawego boku mocny ślad po otarciu się o barierę energochłonną. Łaciny nie będę przytaczał, w sumie i tak miałem wiele szczęścia. Pokrzepiony i już w najmniejszym nawet stopniu nieśpiący, ruszam w dalszą drogę teraz już na szczęście bez żadnych przygód. Wjeżdżam do Włoch, spoglądam na oświetlone zachodzącym słońcem nagie szczyty Dolomitów, w Sterzing/Vipiteno skręcam w Pfitschertal i w dojeżdżam na sam koniec drogi, na parking powyżej San Giacomo. Stoi tu kilka wozów; gdy ja się ustawiam, schodzi z góry z czołówkami dwóch gości i po chwili ilość samochodów zmniejsza sie o jeden, ale gdy robię kolację, dojeżdża z dołu następny wóz. Zakładam, że będą tu spać, ale okazuje się, że jestem w błędzie - kierowca po chwili zarzuca plecak na grzbiet i z czołówką rusza na nocny rajd. Teraz już w samotności kończę ten dzień, popijając piwko i starając się nie myśleć o nieprzyjemnej przygodzie w drodze, skupiając się na mającym się za kilka godzin rozpocząć kolejnym dniu.
Mapka przejazdu