marze_na napisał(a):Jakoś nie jestem zaskoczona tą wyprawą.
Jeśli kogoś na forum mogłabym podejrzewać o taki wyczyn to właśnie Ciebie

.

Ja chyba nawet siebie nie podejrzewałam
marze_na napisał(a):D.
Oczywiście podziwiam!
Nefer napisał(a):Podziwiam, ale też i trochę zazdroszczę

takiej wspaniałej górskiej wyprawy

.
Jeszcze nie wiesz jaki był dalszy przebieg, więc nie wiadomo czy jest czego zazdrościć
pomorzanka zachodnia napisał(a):Jak dla mnie to czad!!!

Z jednej strony czad, a z drugiej katorga

Ale mi ten typ katorgi sprawia przyjemność. Szczególnie jak jestem już po i mam satysfakcję, że się udało.
piotrf napisał(a): Wielki szacun
Dziękuję
piotrf napisał(a): Taki spacer to w tym Cro-plowym towarzystwie tylko kilka osób uskuteczniłoby na Waszym miejscu
Wiem. Chyba nawet Franz wjechał samochodem
27.08.2020, czwartek. Sv. Jure, cz IIKontynuujemy naszą wspinaczkę na najwyższy szczyt Biokova i drugi szczyt Chorwacji. O ile w dolnej części szlak oznakowany był idealnie, i jak na chorwackie warunki całkiem dobrze przedeptany, tak wyżej robi się ciut gorzej.
W pewnym momencie doszliśmy do takiej zielonej dolinki, w której nie było widać znaków, a wszystko wyglądało tak samo. Tu znów się zgubiliśmy i chyba straciliśmy na błądzenie z pół godziny. Nie pamiętam w którym miejscu to dokładnie było.
Może gdzieś tutaj?
W miejscu wątpliwym spotkaliśmy dwóch chłopaków z Polski. Oni też w tym miejscu mieli wątpliwości jak dalej iść.
W pewnym momencie zaczynam mieć lekki kryzys. Nie jest to ani ból nóg, ani ogólne zmęczenie, ale coś mi jakby świszczy w płucach i nie mogę do końca nabrać oddechu
Małż mówi, że to jakaś mini choroba wysokościowa, ja zaś wpadam w popłoch, że pewnie złapałam covida

Na tym etapie idę bardzo wolno, mając nadzieję, że męki się wkrótce skończą.
Pan. S. cały cały czas mówi, że jak wyjdziemy na płaskowyż to powinno być już spoko, bo nie będzie stromych podejść.
Oczywiście ja sobie ten płaskowyż wyobrażam jako coś na kształt Karkonoszy- że będzie to na górze płaskie jak stół. Tymczasem idzie się naprzemiennym systemem góra-dół. Czasem te zejścia są całkiem spore, więc wkurzam się, że niepotrzebnie tracimy metry zdobyte z takim poświęceniem

Małż pogania mnie, co doprowadza mnie na skraj irytacji, a nasz team do konfliktu
Ale idziemy, nie zatrzymujemy się, bo do szczytu wciąż daleko....
Mini-kapliczka, można się pomodlić o powodzenie wyprawy
Widzimy już drogę asfaltową, nawet udało się nam zobaczyć mijankę:
Wkrótce nasz szlak doprowadza nas do asfaltowej drogi:
Tu już czuje się dobrze, z tymi płucami to jakaś chwilowa zadyszka. W tym miejscu trzeba podjąć decyzję- można iść szlakiem- stromo,męcząco ale dość krótko lub asfaltem-opcja dłuższa i łagodniejsza. My wybieramy szlak. Aby do niego dojść trzeba pójść kilkadziesiąt metrów drogą w dół.
Tu zaczyna się bezpośrednie podejście na szczyt:
Szlak jest stromy, dla ułatwienia są zamontowane liny. Ale jak dla mnie to one niewiele pomagają, a czasem wręcz niepotrzebnie komplikują.
Widoki ze szlaku:
Jeszcze tylko ostatnia prosta:
I Sv. Jure zdobyty!

Było to dosyć męczące, ale wcale nie aż takie trudne. Wejście z apartmanu na szczyt zajęło nam 5 godzin i 45 minut. Pewnie da się szybciej, o ile się człowiek nie zgubi tak jak my
Zasłużyliśmy na odpoczynek więc sobie usiądziemy w cieniu. Na górze może być nawet mniej niż 20 stopni, bo w cieniu jest mi wręcz zimno.
Kręci się trochę turystów samochodowych, ale niezbyt wielu. Mamy nad nimi przewagę- oni mogą być tu tylko 15 minut, my nie mamy żadnych ograniczeń. Spędzamy więc na Jurku aż godzinę.
Pamiętajcie, że góra jest wasza, dopiero jak z niej zejdziecie

Czyli to na razie połowa sukcesu. O baaaardzo długim zejściu napiszę w następnym odcinku.
