Wszystko obsuwa się spod nóg, zahaczam o gałęzie, poruszone kamienie wyruszają w drogę, przelatując przeze mnie - czasem któryś mnie trafi. Gdy staję na moment, próbując odzyskać zachwianą równowagę, obłażą mnie mrówki. Łapię za sterczące z ziemi pnie, by nie zsunąć się z ziemią w dół, to znów wyszarpuję się z gałęzi, które się mnie uczepiły. Przełażę okrakiem przez pnie i zaraz uciekam, gdy pień okazuje się mocno niestabilny. Widzę w dole drogę i ona staje się moim celem, moim wybawieniem. Jeszcze trochę szarpaniny, trochę zjazdów i ucieczki, pot zaczyna ściekać po czole - ostatni stromy zjazd po skarpie i nieco zbyt szybko, jak na mój gust, ląduję na drodze.
Droga też jeszcze sprawia niespodzianki w postaci olbrzymich stert ściągniętych już pni, zajmujących całą jej szerokość. Forsuję więc kilka razy nieco ruchome sterty, starając się utrzymywać na górze i wreszcie docieram do małego zagajnika przy Zandlacher Boden.

.png)
.png)
.png)