9 lipca
Dubrownik!
Chcieliśmy wybrać się do tego miasta już trzy lata temu, ale - jak dotąd - skończyło się na zamiarach i niespełnionych planach.
A teraz... Teraz nam się uda!
Przebijamy się przez cały półwysep, potem jeszcze kilkadziesiąt kilometrów widowiskową Jadranką. I oto wjeżdżamy do miasta:
Choć nasz gospodarz dokładnie wyjaśnił nam, jak mamy trafić na atrakcyjny cenowo (jego zdaniem) parking niedaleko centrum, udaje mi się nie skręcić we właściwym miejscu, dzięki czemu przebrnęliśmy przez cały Dubrownik, wyjechaliśmy na Jadrankę i przejechaliśmy jeszcze jakieś dwa, może trzy kilometry do miejsca, w którym mogliśmy zawrócić i podjąć jeszcze jedną desperacką próbę mniej więcej sensownego zaparkowania.
Tym razem udaje nam się! Wyglądający na nowy parking podziemny, 15 kun za godzinę, faktycznie blisko starówki (blisko = jakieś 10 minut na piechotkę).
Drałujemy zatem na tę starówkę:
Zwiedzanie postanawiamy zacząć od marszu po murach. Udaje nam się ruszyć pod prąd, i to pomimo wyraźnego znaku wskazującego właściwy kierunek marszu. Zasugerowaliśmy się lekturą jednego z przewodników, autorka którego polecała marsz zgodnie z kierunkiem wskazówek zegara, gdyż dzięki temu wspinaczkę miało się mieć na początku, a potem to już miała być przysłowiowa bułka z masłem: po równym lub w dół.
A zatem to bzdura ponura. Ciekawe tylko, czy to autorka była niekompetentna, czy też coś się w tym względzie zmieniło od czasu, gdy przewodnik powstawał.
Zniechęceni ciągłym obijaniem się o nadchodzących z naprzeciwka postanowiliśmy zakończyć wędrówkę po murach mniej więcej w połowie drogi. Do tego czasu zrobiliśmy jednak trochę zdjęć:
A potem, pokrzepieni lokalną pizzą, zajrzeliśmy jeszcze tu i ówdzie:
Dzieciaki zaczęły marudzić, zostaliśmy zatem zmuszeni do zakończenia naszych wojaży po Dubrowniku.
To jednak nie koniec wycieczki. Po drodze do Orebiča jest arboretum w Trsteno:
A potem - mała wizyta w Potomju. Zaczynamy od przejechania przez tunel Dingač:
Podejmujemy desperacką próbę dotarcia do Potočine, ale stan drogi do tej miejscowości skutecznie zniechęca nas do tego zniechęca. Na szczęście akurat nic z drugiej strony nie nadjeżdża, nie musimy zatem wybierać: albo kilkudziesięcio-kilkusetmetrowa jazda na wstecznym do najbliższej mijanki, albo wypadnięcie z trasy na amen...
Wracamy do Potomja, gdzie leczymy skołatane nerwy zakupami w tamtejszych winnicach. To one, te zakupy:
