Wracamy do stycznia. Mailowo zarezerwowaliśmy apartament. Darija (właścicielka) bardzo miła osoba, przesłała nam dodatkowe zdjęcia żeby upewnić nas w przekonaniu że to u niej powinniśmy zamieszkać. Udało jej się. 14 stycznia (tak, tak … to nie pomyłka) wpłacamy zaliczkę i kończymy pierwszy etap przygotowań.
Tym czasem u nas za oknem …

Zaczęliśmy się martwic czy się pomieścimy w naszym samochodzie … hmmm. Od kilku tygodni szukaliśmy większego samochodu. Warunkiem była tez sprzedaż tego cuda ze zdjęcia ale „martwy sezon” zrobił swoje. Nie udało się.
Kolejny wyjazd za chlebem. Zima rozkręcała się na dobre. Samochód ze względów oszczędnościowych przejeździł na oponach całorocznych . Na szczęście samochód był mało używany wiec obyło się bez wizyt u blacharza ale licho nie śpi wiec na przyszły rok jaki by to nie był samochód …zimowe buty dostanie .
Zima się skończyła i niestety pojawił się problem z moim powrotem do domu na czas. Przygotowania jeszcze daleko w polu a wyjazd już wkrótce. Ze względu na to ze bagażnik Forda Focusa raczej nie rozpieszcza swoja wielkością czteroosobowej rodziny, zdecydowaliśmy się na kupno pudla na dach. Z pomocą przyszli mędrcy z Cro.pl … auto_gt oraz Dziadek Maciej.
Myślałem ze wyjdzie taniej ale skończyło się tak ….

Box Thule Pacific 200 na belkach Thule Wingbar … polecam. Cicho i pojemnie. Pudla nie słychać w ogóle, chociaż wadliwie założone belki dawały wrażenie że wożę na dachu organy oliwskie. Spryciarze ze sklepu zapomnieli zamontować poprzecznych zaślepek na spodzie belek. Błąd wypatrzony na czas uchronił nas przed męczarnia podczas podróży…przynajmniej tej spowodowanej hałasem z dachu.
Tydzień przed wyjazdem, samochód dostał nowe płyny, klima napompowana świeżutkim freonikiem, klocki hamulcowe jeszcze nie zużyte, wizyta w myjni. Licznik ….

To co wskazuje minus 633…zdjęcie pstryknięte już w drodze, zaraz po minięciu granicy z Czechami.
Jeszcze mały drobiazg. Nie udało mi się wrócić do domu a tu wyjazd za trzy dni :/. Nerwowo się robiło, byłem właśnie w drodze z Afryki Zachodniej do Las Palmas na Kanarach … 10 dni przelotu. 7 lipca jestem w Las Palmas , 8 samolot do domu …. Uffff…zdążyłem . 11 lipca ruszamy w drogę. Plan jest taki…w nocy póki dzieciarnia śpi, przeskakujemy polskie drogi, nie wierze w cud autostradowy dziejący się w kraju (i miałem racje).Granica w Gorzyczkach. Potem przez Czechy …Ostrawa, Brno…wjeżdżamy do Austrii…Wieden …jakiś nocleg…. Graz…dalej skrótami przez Słowenie (oszczędzamy na winietach

) wjeżdżamy do „ziemi upragnionej”

i autostradą przez Zagrzeb do Splitu. Tam zjeżdżamy dla widoczków

na Jadrance i po południu 13 lipca jesteśmy w Podgorze. A jak było ??
Ano tak…..Wyjechaliśmy zgodnie z planem około 22.00 i już na początku coś nam chodziło po głowie ze czegoś zapomnieliśmy…Wy tez tak macie

??
Myślimy, myślimy i w końcu olśnienie….

Zapomnieliśmy tego czego Krzysztof złapany później pod Grazem, nie zapomniał sobie przykleić do kuferka

No cóż, bez tego jakoś dojedziemy ale żal pozostał

. Byliśmy już jakieś 100 km od domu wiec o zawracaniu z tak błahego powodu nie było mowy :/ . Pozostało nam wypatrywanie tych którzy nie zapomnieli. Udało się jeszcze raz … w dzień wyjazdu z Chorwacji. I to tylko dzięki zapaleniu spojówek młodszego…ale o tym później…o ile mi ktoś przypomni
Naklejka naklejką a autostrada pod Toruniem skończyła się bardzo szybko i pozostało nam się przedzieranie przez Włocławek, Łódź i Częstochowę , potem wracamy na A1 i o godzinie siódmej jesteśmy w Czechach.

Według instrukcji forumowych „wyjadaczy” zatrzymujemy się na pierwszej stacji i kupujemy pierwsza w tym dniu winietę. Kupujemy miesięczną bo ta ma najlepszy stosunek ceny do terminu ważności. Mieliśmy wracać za około 14 dni wiec dziesięciodniowa nam nie odpowiadała bo za dwie takie (tam i z powrotem) zapłacilibyśmy więcej niż za jedną miesięczną.
Ruszamy dalej, przez Czechy do Austrii. Nie jestem typem kierowcy – rajdowcy wiec spokojnie 110-120 km/h, nie ścigam się, nie wyprzedzam jak nie muszę, oglądam okolice. Zmieniamy się za kółkiem co jakiś czas żeby dotrzeć do Austrii o przyzwoitej porze, tak żeby jeszcze znaleźć nocleg . Przed południem docieramy do małego czeskiego miasteczka na granicy z Austria. Nazwy nie pamiętam ale jest tam stacja z Hotelem Marcincak ... coś mi chodzi po głowie nazwa Mikulewo ...albo podobnie

Tutaj kupujemy winietę na austriackie autostrady…tym razem dziesięciodniowa bo tak lepiej

Winieta naklejona, ruszamy w nieznane…pierwszy raz będziemy w Austrii. Wszystkie rady zaczerpnięte z relacji wzięliśmy sobie do serca a zwłaszcza te o przestrzeganiu przepisów drogowych

wiec zgodnie ze znakami w międzynarodowym towarzystwie ruszyliśmy w drogę. O dwunastej mijamy granice Czesko-Austriacka

Pierwsze prawdziwe i zauważalne przejście graniczne. Autostradowa granica Polsko-Czeska gdyby nie znaki w ogóle nie utkwiła by w naszej pamięci.
Wjeżdżamy do pierwszego na naszej drodze, austriackiego miasteczka (nazwy oczywiście nie pamiętam ale mam zdjęcia )….może od nazwy przejścia Drasenhofen ??


Przejeżdżamy miasteczko w sznureczku samochodów…tu refleksja…ci sami kierowcy mający za nic przepisy w Polsce czy Czechach, tutaj nagle zaczynają zauważać, a co ciekawsze stosować się do znaków ograniczania prędkości

… dziwne co

Jedziemy dalej, wjeżdżamy na autostradę. Mimo ze szybko, wygodnie to szalenie monotonnie. Niesamowicie nużące a co za tym idzie usypiające czujność :/. Gdzieś w okolicach Wiednia robi się gęsto. Jest piątek 12 lipca, ludzie zaczynają wracać z pracy, jeszcze nie korek ale widoczne zagęszczenie. Sporo samochodów z Polski ale jeszcze nie na tyle żeby poczuć się jak na chorwackiej autostradzie w sobotę rano w okolicach Omisia

.
Mijamy Wiedeń i kierujemy się w stronę Graz-u. Zaczynamy odczuwać zmęczenie jazda. Zmiany już nie pomagają bo mimo ze się zmieniamy nie udaje nam się tak naprawdę przespać w przerwach od prowadzenia. Zaczynamy rozglądać się za jakimś noclegiem. Wklepuje Heldze (nasza nawigacja

) hotele umieszczone po drodze i ta podaje mi kilka adresów. Parę telefonów i wybór pada na jeden z motor-hoteli Landzeit około 60 kilometrów przed Graz-em . Wcześniej próbowałem zabukować miejsce w hoteliku prowadzonym przez Polaków, który to adres krąży po Cro.pl ale akurat nie było wolnych miejsc :/. Hotelik, szalu nie ma, raczej mało spokojny bo położony koło stacji benzynowej, za to nad ranem rolnik wylewający gnojówkę na pola stworzył nam swojski klimat wiejski .
Widok z okna…po prawej poletko nawożone gnojówka a po lewej autostrada w stronę Graz-u

Hotel od frontu, na dole sklepik ze wszystkim i restauracja z niedobrym wunderpancernikenszniclem i przypieczona jajecznica podaną bezpośrednio na patelni….nie są to moje klimaty ale nic ciekawszego nie udało nam się w menu rozszyfrować

Rano wypoczęci poszliśmy na śniadanie, szybko obskoczyliśmy plac zabaw przy hotelu i w drogę.
cdn.