napisał(a) Kapitańska Baba » 05.02.2026 13:57
Assos – Kefalonia
Pora wracać na pokład.
Po jakimś czasie zaczyna się mocno rozwiewać.
Sprawdzamy kotwicę – trzyma.
Ale przez szkwały, szarpanie w końcu puszcza.
Wybieramy ją, próbujemy rzucić.
Słabo łapie.
Kilka prób i wydaje się, że stoimy.
Nie tylko my mamy kłopoty z kotwicą.
W zatoce już kilka łódek robi to samo co my.
Niestety jest tu głęboko stąd takie problemy z trzymaniem haczyka.
Córy dzielnie walczą na pontonie mocując cumy do kamieni.
Pilnujemy MaBe.
Nie możemy pójść spać.
Koło północy po kolejnych poprawkach i rzutach wydaje się, że trzyma.
Możemy się położyć.
Tylko kapitan zostaje na wachcie pilnować.
Dziś MaBe nawet na sekundę nie zostanie w nocy bez opieki.
Jesteśmy zbyt blisko skał i z wątpliwą kotwicą.
Jeszcze wieczorem mieliśmy ciekawą sytuację – widać było, że kotwica w katamaranie kawałek od nas nie trzyma.
Łódź cofało w kamienie.
Ewa popłynęła pontonem krzyknąć do załogi bo widać było, że ktoś się tam kręcił pod pokładem.
Długo stukała, wołała – nikt nie reagował.
W końcu wyszła jakaś dziewczyna, spojrzała na Ewę dziwnie i powiedziała, że ona nic z tym faktem nie zrobi bo nie wie a ich skipera nie ma i ona ma całą sytuację w nosie.
No tak, komercyjna wycieczka….
Na szczęście obok nich stał Kanadyjczyk swoim katamaranem.
Złapał na swoją cumę dryfujący katamaran ratując go w ten sposób przed wejściem na skały.
Czasem się zastanawiam czy załogi komercyjne naprawdę tak bardzo są pozbawione myślenia?
Nic to, wróćmy do nas.
Leżymy w kojach, raczej nie śpimy.
Może godzinę.
Przyszedł Kapitan, znowu nas niesie w kamienie.
Będziemy poprawiać.
Idę na swoje stanowisko na dziób, Ewa do pontonu.
Kilkukrotnie powtarzamy manewr, nic z tego, nie łapie.
Przestawimy się troszkę dalej bo zwolniło się miejsce, dryfujący katamaran popłynął na druga stronę zatoki.
Może tam nas będzie lepiej trzymać.
Rzucam kotwicę, Ewa wywozi cumy na brzeg – po nocy, przy zafalowaniu.
Trzyma.
Jak długo?
Tego nie wiemy.
Znowu się kładziemy, dochodzi druga w nocy….
Kapitan zostaje.
I znowu długo nie poleżymy.
Puściła.
Zostawiamy Ewę w pontonie z cumami, sami próbujemy kilka razu zakotwiczyć ale nie trzyma.
Odpuszczamy.
Rzucamy kotwicę bliżej środka zatoki.
Już bez cum na brzegu.
Tu też jest głęboko ale czuć, że tym razem stoimy.
Jesteśmy daleko od skał, będzie zdecydowanie bezpieczniej choć oczywiście wachta będzie.
Ewa ma przechlapane, musi po nocy, w tym wichrze i falach domachać wiosłami na pontonie do nas.
Niby nie daleko a jednak wcale nie blisko.
Płynie z 15 minut.
Jest po trzeciej rano.
Kładziemy się kolejny raz.
Kapitan zostaje do rana.
Ale też trochę podsypia w kokpicie bo kotwica tym razem bardzo dobrze trzyma.
Co ciekawe po nas chyba ze trzy łódki zdecydowały się na taki sam manewr – zabrały cumy i stanęły na środku.
Od razu stabilnie i pewnie.
Od dawna miałam gdzieś z tyłu głowy duże wątpliwości co do wykładania cum na brzeg i jak widać po tej nocy – całkiem słusznie.
Na środku staliśmy spokojnie do samego rana.
Po śniadaniu zabraliśmy tylko nasze cumy ze skał (kazaliśmy je Ewie zostawić, po ciemku chodzenie po kamieniach aby je zabrać było zbyt niebezpieczne) i opuszczamy Assos – prześliczną mieścinę z wymagającym kotwicowiskiem.