napisał(a) Kapitańska Baba » 16.01.2026 11:36
Vasiliki - Lefkada
W Vasiliki poznałam przesympatyczną Polkę.
Zaczepiła mnie gdy zobaczyła moją banderę.
Też żeglująca.
Pływa z mężem od lat 90-tych poprzedniego wieku.
Długo pogadałyśmy siedząc u mnie w kokpicie przy kawie.
Dobrze jest spotykać tak pozytywnie nakręconych ludzi.
Któregoś popołudnia patrzyłam jak po drugiej stronie zatoki cumuje przepiękny dwumasztowy jacht.
Jakie było moje zdziwienie gdy kolejnego dnia rankiem wyszłam na pokład akurat w momencie gdy ten piękny jacht przestawiał się i cumował prawie obok mnie.
Stałam na dziobie wpatrzona w przepiękna jednostkę.
Po manewrach gdy jej sternik sprawdzał czy wszystko jest ok zagadnęłam Go słowami, że ma przepiękną łódź.
I tak we dwoje przegadaliśmy kawał czasu.
Wieczorem zajrzał do mnie do kokpitu i grzecznie zapytał czy jadłam już obiad.
Jadłam, ale skąd pytanie?
A bo razem z żoną chcielibyśmy cię zaprosić na kolację do tawerny żeby sobie po prostu pogadać o żeglowaniu.
Zaskoczona na maksa oczywiście przyjęłam zaproszenie i tak oto 19 sąsiedzi przyszli pod MaBe i wspólnie poszliśmy na kolację.
On – Austriak, Ona – Włoszka – małżeństwo żeglujące z synem przepięknym jachtem.
Przesympatyczni ludzie z uśmiechem na twarzach.
Oj posiedzieliśmy w tej tawernie…
A potem jeszcze na MaBe.
Sąsiad obejrzał mój jacht, zaglądał nawet do silnika i nie mógł wyjść z podziwu w jak świetnej kondycji jest łódź, jak doskonale jest utrzymana.
Zresztą nie On pierwszy zachwycał się MaBe – już wcześniej słyszałam od ludzi z jachtu gdzieś dalej dobre słowa o właściwościach nautycznych Delphi.
Mają racje, MaBe świetnie żegluje.
Wracając do kolacji – Sąsiedzi pytali dokąd chcę iść.
Mówię nie wiem, Wy proponujcie.
Włoszka miała wybrana tawernę.
Taką gdzie mogła dla siebie zamówić pizzę.
Zwykłą margeritę.
Od razu wywiązała się nam rozmowa właśnie na temat jedzenia.
I Włoszka potwierdziła to co w mojej głowie siedziało już od dawna.
Ona też najczęściej sama gotuje na pokładzie.
Bo w tawernach z reguły jest wszędzie to samo i te kilka dań po prostu przy dłuższym pobycie staje się nudne.
Nie da się jeść non stop tego samego.
Człowiek tęskni do swoich smaków i zaczyna gotować,
Dokładnie tak samo czuję jak ta kobieta i Jej Rodzina.
Od czasu do czasu jak najbardziej można zjeść na mieście ale nie ciągle.
Mieszkańcy łodzi których poznałam w porcie w większości samodzielnie gotowali – widać było jak spożywają posiłki w kokpicie.
Tam rzadko kto szedł do tawerny.
Nawet Grecy – przecież to niby ich kuchnia – a w większości jedli własnoręcznie przyrządzone posiłki.
Po tygodniu moi Anglicy z katamaranu odpłynęli ale obiecali, że wrócą.
I słowa dotrzymali.
Po trzech dniach wrócili na swoje miejsce.
Ucieszyłam się na ich widok, mówię że znowu będę się czuła bezpiecznie z Nimi.
Na co usłyszałam od sąsiadki: tak, mój mąż calutki czas Cię pilnuje, dogląda łodzi.
Przecież wiem, widzę.
Ale to naprawdę bardzo bardzo miłe.
Miałam też obok siebie małżeństwo Holendrów z dwójką dzieciaków.
Ależ te dzieci były super – pracowały na łodzi przy cumowaniu, myły, grzeczne, wychowane - a nie miały więcej niż 10 lat.
Widać, że to żeglarskie dzieci.
Któregoś ranka podjechała cysterna z paliwem, wysiadł z niej Grek , popatrzył i mówi: o, Simon, obok Mabe, dalej też sami znajomi. Tu się nic nie zmienia.
Uśmiechnęłam się do Niego.
Miał rację.
Życie w tym porcie kompletnie powywracało to co miałam w głowie.
Przestałam się spieszyć.
Zaczęłam się delektować każdą chwilą na pokładzie.
Niezliczona ilość godzin rozmów z innymi żeglarzami niezapomniana.
Nie pamiętam imion ich wszystkich – za dużo ich było – ale pamiętam wiele słów które usłyszałam.
Z każdym dniem czułam, że staję się członkiem tej żeglarskiej braci która jest jak jedna wielka rodzina niezależnie od narodowości.
Po kilku słowach z każdym z nich czułam się jak byśmy byli starymi znajomymi od wielu wielu lat.
Co ważne – te rozmowy, te spotkania, pomoc w większości dotyczyły tylko prywatnych jachtów.
Miałam wrażenie że te czarterowe które sporadycznie pojawiały się w naszym porcie były jakby wyobcowane.
Ich załogi wiecznie biegły do tawerny, pod prysznic, po kawę w papierowym kubku.
Nie było w nich tego wyciszenia, tej pokory i radości jaką widziałam w żaglarzach poznanych w Vasiliki.
Czasem miałam wrażenie, że my się wręcz bez słowa rozpoznajemy i zaraz jest gruba nić porozumienia.
Kiedyś pisałam tu o ludziach morza.
Myślę, że tu, w Vasiliki, stałam się człowiekiem morza choć zadziało się to w porcie.
Ludzie morza przyjęli mnie do swojego świata, czuję to.
Wierzę, że z większością z tych napotkanych spłyniemy się w Grecji jeszcze nie raz.
Może z częścią – jak choćby z Simonem i Jego żoną – nawet w Vasiliki gdy ponownie tam zawitam na dłuższy postój.