Obeszliśmy starówkę tam i z powrotem - kluczyliśmy uliczkami, aż kilka razy weszliśmy w ślepy zaułek...
Niesamowite wrażenie tego miejsca powodują skalne ściany, niemalże przylegające do ostatnich domów.
Nagle zdaję sobie sprawę że tu jesteśmy sami,zrobiło się ciszej -
niemiłosierny upał przegnał prawie wszystkich,w jakieś zacienione miejsca.
Wiekowy bruk jest tak rozgrzany, że można stąpać po nim bosymi stopami.
Jeszcze przez chwilę spacerujemy - termometr na którym oparło się słońce
szczytuje

49 *C - dziewczyny mi się rozpływają...
Mieliśmy wejść na mury twierdzy lecz musimy odpuścić - wchodzę sam - tylko ponad granicę dachów.
Nie jesteśmy głodni ale siadamy w ogródku pizzerii,w której wiatraki
rozpraszają zroszoną wodę - Julia musi odetchnąć...
Zjadamy smakowity mix, i postanawiamy wyjechać do Budvy - jeszcze przed wyjazdem obiecuję dziecku ,że poszalejemy w morzu.
Los raz coś zabierze,raz coś da - dotarliśmy pod same mury bez korków,
i na dodatek było wolnych kilka miejsc na parkingu.
Uliczki są nieprawdopodobnie zatłoczone,nie ma sensu robić zdjęć - stale
ktoś - kogoś potrąca...
Nadmorska bryza pozwala nam odżyć...
Juleczka zaczyna zwiedzać tanecznym krokiem...
Zawsze wszędzie mi towarzyszy...chce wszystko zobaczyć,wszędzie wejść
-pytanie goni pytanie...
Ma mi za złe że nie zabrałem Jej na Orebicką Żmiję..(w polsce razem przemierzamy tatrzańskie szlaki

)
ALE KRZYWE - TATO SPADAM...
CHWILA BEZ KUGLI... TO CHWILA STRACONA ...
