W końcu jednak ruszamy do tej Novalii. Z campingu to blisko. Mijamy stadion piłkarski z zieloniutką

trawą i wpadamy w tłum ludzi. Chodniczki wąskie, ludzie się na nich nie mieszczą, idziemy ulicą. Głównie młodzież przelewa się w prawo i w lewo, Novalia to wszak chorwacka Ibiza. Dochodzimy do promenady nadmorskiej, ale szybko skręcamy w miejskie zaułki. Próbujemy znaleźć miejscowe zabytki. Widać, że miasteczko nie jest nastawione na "zabytkowych" gości. Informacja jest zerowa

. Wspominamy zeszłoroczny Rab, gdzie system informacji turystycznej jest wzorcowy.
W końcu znajdujemy miejskie muzeum.
Zamknięte, pstrykamy 2 zdjęcia na małym dziedzińczyku.
Następny w kolejności jest, pobudowany w 1906 roku, kościół św. Katarzyny.
I coś kolorowego: passiflora.
Za tydzień będzie to ślicznie wyglądało.
Żegnamy się z kościołem parafialnym.
Ruszamy odwiedzić ostatni zaplanowany zabytek,
kościół pod wezwaniem Matki Boskiej.
Trochę błądzimy w novalijskich zaułkach.

.
I w końcu jest.
Gotycki, przebudowany w stylu barokowym kościół pod wezwaniem Matki Boskiej.
W Novalii można jeszcze zwiedzać starożytny akwedukt. Maslinka w swojej pagowej relacji specjalnie tej atrakcji nie promowała, tak więc odpuszczamy ją sobie.
Widoczki z promenady.
Godzina robi się obiadowa, żeby nie powiedzieć wczesnokolacjowa.
Idziemy coś zjeść. Po przerwie obejrzymy sobie statki rybackie.
cdn
