Chorwacja Online..........odkryj Chorwację na forum obecnych i przyszłych Cromaniaków

Alpejskie wędrówki i wspinaczki

Słowenia, Czarnogóra, Albania, a nawet Grecja, Włochy, Hiszpania, a może Floryda, albo ... Słowacja?
[Nie ma tutaj miejsca na reklamy. Molim, ovdje nije mjesto za reklame. Please do not advertise.]
Franz
Cromaniak
Avatar użytkownika
Posty: 48256
Dołączył(a): 24.07.2009

Nieprzeczytany postnapisał(a) Franz » 22.12.2010 10:22

Odpoczywam, wyrównuję oddech, rozluźniam zmęczone łapy. Spoglądam w górę - dużo jeszcze tego? I... nadal tak trudno, czy może wreszcie trochę łatwiej?..
Nade mną prawie pion. Lina biegnie wprost do nieba. Próbuję dojrzeć, gdzie będzie jakieś miejsce na odpoczynek, ale nie za bardzo widać. Cóż, trudno - nie ma rady. Trza w górę.

Przymierzam się do skały, ale chwyty są tak drobne, że nie potrafię się na nich utrzymać. O stopniach w ogóle nie ma co mówić. Może, gdybym miał ze sobą kleterki - takie delikatne buty na gumie - dałoby się tu coś zdziałać, ale bez nich... Turystycznego buciora nigdzie tu nie wcisnę. Zostaje tylko jedno wyjście.
Łapię oburącz stalową linę, stopami odpycham się od ściany i podciągam się rękami w górę. Stopy po ścianie wyżej, dupa mi wystaje na zewnątrz i znowu jedna łapa do góry, druga do niej, podciągam się, po czym stopy po kolei wędrują po ścianie. Powtórka - znowu łapa w górę, druga do niej, nieco się wyprostowuję, stopy przydreptują i znowu jestem wypięty z zadkiem nad przepaścią.

Najgorzej jest przy hakach. Muszę wtedy utrzymać się na jednej ręce, podczas gdy druga stara się błyskawicznie przyciągnąć karabinek, odpiąć go i zapiąć nad hakiem, zanim ta pierwsza się bezradnie rozewrze, dając mi o jeden stopień swobody za dużo. Na szczęście haki nie są umieszczone zbyt gęsto - co jakieś sześć, siedem metrów. Na szczęście?.. Jeślibym poleciał, to przy takim rozmieszczeniu nie mam co liczyć na tę moją nieszczęsną asekurację. Cicho - nawet o tym nie myśl!

Zaczynam odczuwać zmęczenie w łapach, ale nie ma tu miejsca na jakikolwiek postój. Jedyne, co mogę zrobić, to jak najszybciej rwać w górę. Więc znowu dłoń łapie linę nad głową, zaciska się kurczowo, szybko następna - auu! Znowu te zadziory! Nie czas teraz na oglądanie nowych ran; ręce zaczynają z lekka omdlewać, więc szybko stopy po ścianie i znowu ręce w górę, kurczowy zacisk... i tak metr po metrze coraz wyżej. Znów ból w dłoni, ale wreszcie pion ustępuje i skala się nachyla. Jeszcze kawałek i mogę stanąć na małej półeczce.

Czuję, jak drżą mi ręce. Spoglądam na dłonie - trzy krwawe plamy. Paskudnie...
Po kilku minutach drżenie ustępuje. Wyciągam aparat i pstrykam fotkę.

Obrazek

Czas w drogę. Jest trochę łatwiej - skała lekko urzeźbiona, można ciężar ciała przerzucić częściowo na stopy. Ufff... Kilkanaście metrów w górę w ten sposób.
Pokazuje się całkiem łatwy teren. Lekkimi zakosami lina prowadzi przez skałki przetykane obficie trawkami. To nic, że trochę ślisko - najważniejsze, że ręce mają na jakiś czas względny odpoczynek.

Obrazek

Obrazek

Wszystko ma swój kres - łatwiejszy teren również.
Staję u stóp potężnego filara. Lina biegnie prawie pionowo w górę - ile to może być metrów? Kilkadziesiąt? Sto? Więcej niż sto?..
Spoglądam z dezaprobatą na skałę - znowu trudno o jakieś wyraźniejsze stopnie. Znowu to podciąganie na rękach?? Na samą myśl zaczynam odczuwać ból mięśni...
Chwilę stoję w tym miejscu, próbując nastawić się psychicznie. Nie jestem pewien, że mi się udało, ale czas płynie nieubłaganie. Po prostu muszę. A więc powtórka z rozrywki - kurczowy ścisk stalowej liny, stopy na ścianę, podciągnięcie, jedna łapa w górę, druga do niej, stopy drepczą po ścianie...

Czas płynie, ręce omdlewają, filar się nie kończy. Pode mną już spore kilkadziesiąt metrów, nade mną... kto to może wiedzieć, ile jeszcze nade mną. Cholerny plecak ciąży coraz bardziej! Alem się wpakował...
Żeby chociaż mieć te kleterki. Takich kleterek z prawdziwego zdarzenia to nigdy nie miałem. Kupowało się korkerki i obcinało korki. Szkoły były różne. Jedni obcinali wszystkie, ja zostawiałem te na pięcie - na zejściu w stromym, trawiasto-ziemistym terenie przydawały się te korki na pięcie. Ale cóż - jak i prawie cały stary sprzęt wspinaczkowy, korkerki zostały w domu.

Słabnę coraz bardziej. Nie zawsze potrafię się już podciągnąć - ręce zaczynają się ześlizgiwać po linie. Liczne zadziory raz po raz kaleczą mi dłonie, mięśnie wiotczeją z każdą minutą. Zaczyna się kołatać myśl, że z tej ściany żywy już nie wyjdę...
Jednak wciąż walczę, chociaż coraz wolniej. Teraz już za każdym podciągnięciem ręce ześlizgują się nieco w dół. Kilka metrów nade mną lina znika za załomem. Znaczy - zmiana w urzeźbieniu filara. Zmiany na gorsze nie potrafię sobie wyobrazić. Czyli... Nadzieja wstępuje we mnie.

Jeszcze te kilka metrów i... jest! Półeczka i możliwość odpoczynku. Żyję! Wciąż żyję!

Obrazek

Oglądam dłonie. Na każdej z nich krwawy łuk wzdłuż poduszek u nasady palców. Dodatkowo dwie czerwone plamy przy środkowych kostkach. Nie ważne - palce się zginają, chociaż mam problem, by je mocno zacisnąć. Ale może już nie będzie takiej potrzeby?..

Czeka mnie trawers. Hmmm, trawersik. Nie to, że taki krótki. Ma jakieś kilkanaście metrów. Tyle że... nie widzę żadnych stopni. Ot - lina biegnie prawie poziomo, tylko w kilku miejscach przytwierdzona do skały. Czyli zabawa ta sama, co przed chwilą, tyle że w poziomie, a nie w pionie.
Chwlę jeszcze tak stoję, wpatrując się w ten trawers. Ale nic się w nim nie zmienia. Cóż, głęboki oddech i w drogę. Znowu dupa nad przepaść, nogi ugięte na skałę, ręce przesuwają się po linie. Staram się je trzymać w miarę możliwości wyprostowane, żeby nie obciążać zwiotczałych mięśni, ale przy każdym haku muszę się przyciągnąć.

Ręce drżą już po kilku metrach. Staram się nie myśleć o niczym, tylko jak najszybciej przesuwam się wzdłuż trawersu. Przy kolejnym haku, jedną dłonią manipulując karabinkiem, czuję że druga się rozwiera. Przywieram kurczowo do liny obu dłońmi, starając się chociaż część ciężaru ciała powierzyć każdej z nich, jednocześnie przepinając karabinek. Udało się...
Przy kolejnym haku to samo. Już nie mogę zawierzyć moim rękom - przestały mnie słuchać...

Wreszcie trawers się kończy. Teraz znowu w górę. Na szczęście urzeźbienie skały pozwala w kilku miejscach przenieść ciężar na nogi. Jak dobrze...
Kolejny trawers - ale ten akurat wygodny. Odpoczywam chwilę i nawet pstrykam fotkę.

Obrazek

Nade mną pion i gładka ściana. Ale ulitowano się nade mną w tym miejscu. Wyraźny jeż - bolce wbite w ścianę, wystające na jakieś 20cm. Powolutku i ostrożnie, starając się jak najmniej obciążać ręce, przenoszę się z jednego bolca na następny. Powoli zdobywam wysokość.
Nagle skała się wybrzusza - przewieszka. Tu już nie ma rady; znowu ręce dostają ostro w kość. Szybko, szybko w górę, zanim się poddadzą! Jest!
Przewieszka za mną. Kawałek jeszcze bardzo trudno w górę i wydostaję się na łatwy fragment. Może to już koniec tych przeklętych trudności?!

Słońce schowało się już za szczyty i z wolna zaczyna szarzeć.

Obrazek

Nadzieja na koniec trudności szybko zamiera. Kolejny trudny trawers, za którym widać skośne podejście pod kolejną przewieszką. Nie! Nie dam już temu rady... Brak mi już sił...

Ale nie mam wyjścia - muszę iść. Zaciskam zęby i wchodzę w trawers. Już po kilku metrach ściana chowa się na wysokości nóg i nie ma mowy o trzymaniu rąk wyprostowanych. Muszę je przykurczyć i już przy pierwszym haku mam problemy z przepięciem karabinka. Normalnie taka wspinaczka wymaga manewrowania dwoma karabinkami. W momencie przepinania jednego drugi asekuruje. Po przepięciu pierwszego, należy przepiąć drugi - w ten sposób cały czas któryś z nich jest zapięty. Ja nie mogę sobie na ten luksus pozwolić. Nawet manewry jednym karabinkiem zdają się ponad moje siły - na dwa nie starczyło by ich na pewno...
Zdaję sobie sprawę z ryzyka - z tego, że od momentu wypięcia karabinka do ponownego zatrzaśnięcia już za hakiem nie jestem w ogóle asekurowany. A osłabiona dłoń się rozwiera coraz łatwiej, coraz szybciej, nie potrafiąc utrzymać ciężaru ciała. Ciała i tego cholernego garbu za mną. Pode mną kilkaset metrów otchłani... Ale ryzykiem ponad wszelki rozsądek było wepchanie się w tę drogę. Co za cymbał ze mnie. Co za cymbał powiedział, że w Austrii nie ma porządnych ferrat...

Przy kolejnym haku już wiem, że nie utrzymam się na jednej ręce. Zamiast trzymać linę dłonią, wkładam przedramię pod linę i przeciskam je między liną i skałą. Przyciągam do siebie nadgarstek, ściskając stalową linę na wysokości łokcia. Przepinam karabinek. Ale nie potrafię już się dalej przesuwać tak jak przedtem. Ostatnia deska ratunku w tych łokciach. Przekładam obie ręce pod liną, wyciągając drżące nadgarstki jak najwyżej. Zaciskam linę przy łokciach i powoli przesuwam się do kolejnego haka. Tak dochodzę do następnego. Teraz pod przewieszkę.
Jest krótka, ale dla mnie wszystko teraz jest już niemiłosiernie długie. Serce wali jak młot, krótkie oddechy - chyba kilkadziesiąt na minutę i jeszcze ta cholera z tyłu ciągnąca mnie w dół. Zaczynam się zastanawiać, co mógłbym powyrzucać z plecaka. Ale w tym miejscu i tak niczego nie zrobię. Muszę dojść do jakiegoś miejsca, gdzie będę mógł stanąć na nogach.

Okazuje się że parę metrów dalej jest wreszcie takie miejsce. Nawet nie czuję już ulgi, kiedy stopy w końcu znajdują poziome oparcie. Staję na wąskiej półeczce i wyciągam ręce spod liny. Chcę je wyprostować i... okazuje się, że to niemożliwe. Stoję i patrzę z niedowierzaniem na moje kurczowo przyciągnięte do siebie ręce. No! Wyprostujcie się! Nic z tego.
Tak, jak przeszedłem ostatni odcinek - z mocno zgiętym w łokciach rękami - tak teraz z nimi zostałem. Nie potrafię ich rozgiąć. Czekam chwilę, drugą... Nic. Pochylam się lekko, opierając zewnętrzne powierzchnie dłoni o skałę i stosując ją jako prymitywną dźwignię, próbuję je powoli rozchylić. Przeszywający ból mięśni. Przerwa. Ale trochę się rozgięły. Druga próba - boli, ale już mam kąt zbliżony do prostego. Jeszcze raz. Ręce poddają się powoli, opornie. Wreszcie coś w nich puściło. Najpierw jedna i zaraz po niej druga opadają wzdłuż linii ciała. Skurcz puścił.

Obrazek

Słońce już zaszło, wkrótce zapadnie ciemność. Gdzie ja jestem?..
Stoję i nie mam sił iść dalej. Zaczynam myśleć o tym, ile spraw niezałatwionych zostało. Zaczynam myśleć o moich najbliższych, o tym, że chyba już ich nie zobaczę. Nie! Nie chcę tak. Nie teraz i nie tutaj! Muszę iść!

Zbieram się w sobie i ruszam w górę. Jest łatwiej. Kilka metrów, po czym znów pion, gładka skała, kalecząca dłonie lina; teraz już nie tylko ręce ślizgają się po metalowych splotach hacząc o ostre zadziory, teraz i buty zaczynają się ześlizgiwać ze skały. Nie potrafię ich już porządnie docisnąć. Zaciskam zęby, czuję napływające łzy. Kilka metrów i robi się znowu łatwiej. Lina ponownie ucieka poziomo w lewo.

Stoję i patrzę. Chciałbym zrobić zdjęcie, ale... czy to jeszcze warto?..
Wyciągam powoli aparat. Aparat drży, kiedy naciskam spust migawki. Może z tej fotki wywnioskują, dokąd udało mi się dojść...

Obrazek

Patrzę zrezygnowany na ten trawers. Ze dwa stopnie widzę, ale dalej lina znika za filarem. Może to się stanie tutaj?..
Machinalnie zaczynam się przemieszczać do najbliższego haka. Przepięcie karabinka; dalej już trudniej, ale jeszcze idę. Kolejny hak - moja ręka już nie potrafi mnie utrzymać. Ponownie przeciskam przedramię, zaciskając rękę w łokciu. Trzyma. Zastanawiam się jak długo utrzyma. A jeśli utrzyma, to czy da się później rozgiąć...

Mijam ten hak. Teraz skała jest już zupełnie gładka. Na przykurczonych łokciach przeczołguję się do kolejnego haka. Drży we mjie już wszystko. Boję się wyciągnąć rękę, żeby przepiąć karabinek. Ale sterczeć długo tu nie będę - zaraz się zsunę. Udaje mi się wypiąć karabinek ale już nie mam czasu, by go zapiąć za hakiem. W ostatnim momencie wsuwam drugą rękę pod linę i zaciskam, ratując się przed odpadnięciem. Pętla z karabinkiem zwisa swobodnie w dół. Przez chwilę się zastanawiam, jak się ponownie zaasekurować, ale nic mądrego nie przychodzi mi do głowy. Nie dam rady zawisnąć na jednej ręce ani przez moment. Zresztą, czuję i że na dwóch długo w tej pozycji nie wytrzymam. Więc tak wygląda koniec...

Ręce się powoli rozginają. Nie! Jeszcze nie! Resztką sił przyciągam się ponownie do liny i centymetr po centymetrze przesuwam nad przepaścią. Widzę mały stopień i zawijas liny przy nim. Żeby tylko do niego dotrzeć...
Trwa to jeszcze jakiś czas, ale jednak udaje mi się stanąć na tym stopieńku. Powolutku zwalniam napięte mięśnie rąk. Zapada zmrok.

Z tego miesca lina biegnie w górę. Wydaje mi się, że widzę jakieś drobne chwyty i małe wgłębienia w skale, mogące służyć jako stopnie. A może to tylko cienie?..
Chcę ruszyć w górę, ale organizm stanowczo odmawia. Nie potrafię się oderwać od tego stopieńka, od tego miejsca, gdzie czuję się względnie bezpiecznie. Przynajmniej do momentu, aż organizm osłabnie jeszcze bardziej. Wiem, ze muszę się stąd ruszyć, ale ten głupi organizm już mnie nie słucha...

Jednak go zmuszam i robię krok w górę. Stopieńki okazują się za małe dla mnie - nie mam na czym stanąć. A więc - stopy na skałę i łapię linę oburącz. Czuję jak słaby jest to uścisk, wiem, że nie utrzymam się w ten spsób. Polecę przy pierwszej próbie. Może... zapiąć karabinek na linie? Ale co zrobię przy najbliższym haku? Jesli już nawet dwie ręce to za mało, by się utrzymać, to i tak nie dałbym rady się przepiąć. Trudno, ostatni odcinek przeszedłem bez asekuracji, to teraz już z niej w ogóle rezygnuję. Jakoś problem asekuracji zaczyna mi być zupełnie obojętny. Znika. Przestaje być problemem.

A co z problemem wspinaczki?.. Patrzę z rosnącą obojętnością na linę, mknąca gdzieś w górę, spoglądam w dół - w tamtą stronę będzie szybciej. Będzie bolało?..

Ponownie zwracam twarz w górę - prawie nic już nie widać. Mam w plecaku czołówkę. Gdzieś na dnie. Nawet gdyby tu były warunki, żeby zacząć przekopywać plecak, nie wiem, czy bym się za to wziął. Coraz więcej spraw staje się nieistotnych, obojętnych. Jestem tylko ja i skała. I ona jest silniejsza...

Przekładam obie ręce pod stalową linę - jeśli na trawersie tak się dało, to może i w górę też dam w ten sposób radę? Przyciskam linę do siebie, ale nie - tak się wspinać nie da. Podnoszę z trudem ręce, trzymając je lekko skrzyżowane między liną a skałą. Ale nie mam się jak podciągnąć. Muszę jakoś tę linę dłonią chwycić. W końcu zawijam ręce tak by maksymalnie zwiększyć powierzchnię tarcia i zaciskam dłonie na linie Chyba trzyma. Podchodzę stopami po skale. Powoli przesuwam jedną rękę w górę, potem drugą do niej - udało się. Stopy znów drepczą po pionowej skale. Widzę jak dygoczą moje ręce, zresztą chyba wszytko wokół zaczyna już drżeć. mam wrażenie, że skała się chybocze...

Cholernie powoli, ale jednak przesuwam się coraz wyżej, aż natrafiam na stopień z prawdziwego zdarzenia. Mogę na nim stanąć. Wysuwam ręce spod liny i okazuje się że znów zastygły w tym dziwnym pokurczeniu. Jest sens z nimi walczyć?.. Przed mną jeszcze ściana. jest już ciemno, więc nawet nie wiem, ile tego jeszcze czeka.

W tym momencie namacuję spore wgłębienie w skale. Tu mógłbym znowu stanąć - tylko muszę te półtora metra się wspiąć. A więc - znów zawijam ręce za liną i podnoszę stopę, która - o dziwo! - natrafia na jakiś stopieniek, którego już nawet nie widziałem. Podnoszę się wyżej, szukając po omacku jakiejś podpórki na drugą stopę. Chwilę szoruję bezradnie po skale, aż wreszcie - jest! Stoję obydwoma nogami. Skrżyżowane ręce znów się przesuwają po linie w górę i zaraz stopy próbują wymacać jakąs nierówność skały, jakieś zagłębienie. Hurra! Znowu mi się udało. I druga stopa też znajduje oparcie.

Tak jeszcze parę metrów coraz lepiej urzeźbioną skałą, aż teren gwałtownie się kładzie. Lina przymocowana do prawie płaskiej skały się kończy. Co dalej? Czyżby to był koniec drogi??
Daremnie się rozglądam - nic nie widzę w tych ciemnościach. Przed nosem mam skurczem zaciśnięte w łokciach ręce. A więc - najpierw spróbuję się nimi zająć.

Rozróżniam w ciemnościach drzewa. Tu rosną drzewa! To znaczy, że tu jest las!! Las nie rośnie na pionowej skale!..
Coś czerwonego pojawia się w koronach drzew i po chwili wysuwa się ponad nie. Sięgam po aparat.

Obrazek
mariusz-w
Cromaniak
Avatar użytkownika
Posty: 8375
Dołączył(a): 22.04.2004

Nieprzeczytany postnapisał(a) mariusz-w » 22.12.2010 10:36

Ufffffffffffff.............




...na razie tylko tyle potrafię !







Troszkę ochłonąłem.
Opis ... takiego nawet w Twoich Dolomitach na żelaznych drogach nie było.
Patrząc na zdjęcia ... to przed monitorem strach mnie dopada ... i te druty,ręce poranione, cierpnące mięśnie, uciekający czas, brak wiedzy o tym co czeka za załomem ....

...znów mnie "zatkało" !
piwo34
Odkrywca
Avatar użytkownika
Posty: 98
Dołączył(a): 07.05.2009

Nieprzeczytany postnapisał(a) piwo34 » 22.12.2010 11:06

Prawdziwy horror i rosnące napięcie ale ze świadomością, że jeśli to Opisujesz tzn że to jednak przeżyłeś Pozdrawiam
Aguha
Cromaniak
Avatar użytkownika
Posty: 873
Dołączył(a): 27.03.2008

Nieprzeczytany postnapisał(a) Aguha » 22.12.2010 11:41

Momentami przestawałam oddychać... Niebezpieczne te Twoje relacje...
garwill
Podróżnik
Posty: 26
Dołączył(a): 03.07.2009

Nieprzeczytany postnapisał(a) garwill » 22.12.2010 12:07

a jak był wycena tej ferraty?
Vjetar
Cromaniak
Avatar użytkownika
Posty: 45309
Dołączył(a): 04.06.2008

Nieprzeczytany postnapisał(a) Vjetar » 22.12.2010 12:20

Nie czytam bo to nie na moje skołatane nerwy...
































...kleterki - poznałem nowe słówko.
Dorota_NS
Croentuzjasta
Posty: 135
Dołączył(a): 20.10.2010

Nieprzeczytany postnapisał(a) Dorota_NS » 22.12.2010 12:32

Słów brak ... 8O

Trzymasz nas w napięciu na różne sposoby.

Tu przynajmniej wiedzieliśmy, że się dobrze skończy.

Uffffff....
longtom
Cromaniak
Avatar użytkownika
Posty: 12032
Dołączył(a): 17.02.2010

Nieprzeczytany postnapisał(a) longtom » 22.12.2010 13:22

Wracasz tą samą drogą :?: :wink:
zawodowiec
Cromaniak
Avatar użytkownika
Posty: 3458
Dołączył(a): 17.01.2005

Nieprzeczytany postnapisał(a) zawodowiec » 22.12.2010 13:42

Franz, widzę że już zdrowy jesteś, a przynajmniej w dobrej formie pisarskiej. Nawet staremu łojantowi ciary przeszły jak czytał...

Też zjechałem kilka par korkerów zanim butki wspinaczkowe się zrobiły łatwiej dostępne.

Od pewnego momentu czekałem kiedy się zaczepisz przedramieniem.

A w ogóle to bardzo się cieszę że wyszedłeś z zakrętu. Dopiero dziś przeczytałem o wszystkim na forum.
Jolanta M
Cromaniak
Avatar użytkownika
Posty: 4521
Dołączył(a): 02.12.2004

Nieprzeczytany postnapisał(a) Jolanta M » 22.12.2010 14:03

Ręce mnie rozbolały od czytania. Nogi też. Tchu zresztą też mi brak. 8O
Opis taki, że brak mi słów. 8)

Franz napisał(a):Jestem tylko ja i skała. I ona jest silniejsza...

Franz napisał(a):Wróciłem z tej krótkiej podróży, w którą wybrałem się w ostatnim momencie umożliwiajacym jeszcze powrót...

Na szczęście ani skała, ani choroba, nie okazały się silniejsze. Twardziel z Ciebie. I tak trzymać!!! :!: :)
Dużo zdrowia życzę i wiele cudowności na te Święta i nie tylko. :D

Pozdrawiam serdecznie
Jola
Crayfish
Cromaniak
Avatar użytkownika
Posty: 1744
Dołączył(a): 11.05.2009

Nieprzeczytany postnapisał(a) Crayfish » 22.12.2010 15:00

Kurcze ... tak to opisałeś że Cię tam widziałem ...
Ale hardcore !!!
To do scenariusza horroru górskiego.
8O 8O 8O
Franz
Cromaniak
Avatar użytkownika
Posty: 48256
Dołączył(a): 24.07.2009

Nieprzeczytany postnapisał(a) Franz » 22.12.2010 15:08

mariusz-w napisał(a):Opis ... takiego nawet w Twoich Dolomitach na żelaznych drogach nie było.

Taki opis jest jedyny i niepowtarzalny w moim wykonaniu. :)

piwo34 napisał(a):Prawdziwy horror i rosnące napięcie ale ze świadomością, że jeśli to Opisujesz tzn że to jednak przeżyłeś

To mój głos z zaświatów. :twisted: ;)

Aguha napisał(a):Momentami przestawałam oddychać... Niebezpieczne te Twoje relacje...

To może... sztuczne oddychanie? Mogę pomóc. ;)

garwill napisał(a):a jaka był wycena tej ferraty?

"E".

Jacek S napisał(a):kleterki - poznałem nowe słówko.

To z niemieckiego: "klettern" - wspinać się.

Dorota_NS napisał(a):Tu przynajmniej wiedzieliśmy, że się dobrze skończy.

Tiaaa... ja wtedy traciłem tę pewność wraz z upływem czasu...

longtom napisał(a):Wracasz tą samą drogą :?: ;)

:lol: Cóż, wystarczyłoby się zachwiać i powrót byłby błyskawiczny. ;)

zawodowiec napisał(a):Od pewnego momentu czekałem kiedy się zaczepisz przedramieniem.

Pomagało, ale też tylko do pewnego czasu. Gdyby ściana miała jeszcze z kilkadziesiąt metrów więcej - nic by już nie pomogło...

Jolanta M napisał(a):Twardziel z Ciebie. I tak trzymać!!!

Mięczak. Ale w czepku rodzony. 8)

Pozdrawiam,
Wojtek
Tymona
Cromaniak
Avatar użytkownika
Posty: 2140
Dołączył(a): 18.02.2008

Nieprzeczytany postnapisał(a) Tymona » 22.12.2010 16:12

A ja tym razem pomyślałam o pewnym kontraście, bez którego nie powstałaby całość...

...bo z jednej strony Twoje zdjęcia pokazują piękne, słoneczne i majestatyczne góry, które całą sobą zachęcają do wędrówek...

...a z drugiej - dopiero słowa pokazały coś czego na zdjęciach nie widać...


pozdrawiam serdecznie
:D
plavac
Cromaniak
Avatar użytkownika
Posty: 4892
Dołączył(a): 11.02.2007

Nieprzeczytany postnapisał(a) plavac » 23.12.2010 00:52

Czy Twoim mottem życiowym nie jest aby sławne odezwanie się gen.Cambronne'a :?: :!:
I to zarówno w tamtej nierównej ale zwycięskiej walce ze skałą i z kwasem mlekowym jak i w tej obecnej i każdej innej ?

Tak trzymać, Wojtku.
Sursum corda 8)
Vjetar
Cromaniak
Avatar użytkownika
Posty: 45309
Dołączył(a): 04.06.2008

Nieprzeczytany postnapisał(a) Vjetar » 23.12.2010 08:27

plavac napisał(a):Czy Twoim mottem życiowym nie jest aby sławne odezwanie się gen.Cambronne'a :?: :!:
I to zarówno w tamtej nierównej ale zwycięskiej walce ze skałą i z kwasem mlekowym jak i w tej obecnej i każdej innej ?


... Merde!

To całkiem prawdopodobne...


:wink:
Poprzednia stronaNastępna strona

Powrót do Jak nie Chorwacja to ... ???


  • Podobne tematy
    Ostatni post

cron
Alpejskie wędrówki i wspinaczki - strona 6
Nie masz jeszcze konta?
Zarejestruj się
reklama
Chorwacja Online
[ reklama ]    [ kontakt ]

Serwis Cro.pl Chorwacja Online wykorzystuje cookies do prawidłowego działania, te pliki gromadzą na Twoim komputerze dane ułatwiające korzystanie z serwisu; więcej informacji w polityce prywatności.

Redakcja serwisu Cro.pl Chorwacja Online nie odpowiada za treści zamieszczone przez użytkowników. Korzystanie z serwisu oznacza akceptację regulaminu. Serwis ma charakter wyłącznie informacyjny. Cro.pl nie reprezentuje interesów żadnego biura podróży, nie zajmuje się organizacją imprez turystycznych oraz nie odpowiada za treść zamieszczonych reklam.

chorwacja online - cro.pl 1999-2019