Marina Kleopatra.
O 19:35 w końcu jesteśmy na miejscu.
Jedziemy na swoją alejkę – pamiętam jak byliśmy tu pierwszy raz, zimą, jechałam i miałam wrażenie że jakoś kręcimy i kręcimy.
A teraz trafiam właściwie z zamkniętymi oczami.
Cześć MaBe!
No to do roboty.
Tu nie ma jak na kwaterze, że po zameldowaniu się człowiek ma szansę odpocząć.
Nic samo się nie zrobi.
Trzeba zdjąć plandekę, powynosić rzeczy z auta, porozkładać.
Składamy co się da.
Kapitan montuje solary, podłącza prąd.
Wciągamy też genuę na sztag korzystając z faktu, że wiatr w miarę spokojny.
To bardzo pracowity wieczór, tym bardziej, że wszyscy jesteśmy zmęczeni drogą.
W końcu padamy.
Przecież jutro też jest dzień.
Dzień zaczęty bardzo wcześnie – bo wciąż dużo pracy.
Nawet pranie pościeli robię z samiutkiego rana.
I słyszę od Zebry, że od czasu jak przekroczyliśmy bramę mariny zmieniły mi się oczy i cała twarz.
Ciekawe to ale myślę, że bardzo prawdziwe.
Gdy człowiek wraca do siebie, do swojej radości oczy same zaczynają się śmieć.
Szorujemy pokład, napełniamy zbiorniki wody.
A potem lift in.
Ten fajny moment.
Traktor, potem dźwig i slip.
Operacja jak zawsze przeprowadzona profesjonalnie – szybko, bezpiecznie.
Za każdym razem chwalę za nią pracowników mariny.
W końcu jesteśmy na wodzie.
Cudna chwila.

.png)