20 września, niedziela...to nasz ostatni dzień tych wakacji

. Na szczęście zapowiada się on naprawdę pięknie

.
Drugi placyk przy uliczce do Malej Gospy okazał się naprawdę strzałem w dziesiątkę. Zacisznie tam mieliśmy w otoczeniu zarośli i drzew... co prawda czasem spoglądały na nas z tej gęstwiny jakieś oczy

, ale z pewnością nie były to oczy ludzkie...
Śniadanie zjedzone, auto spakowane, plan na dziś jest jedyny w zasadzie możliwy i oczywisty...zaraz więc wyruszamy.


Telašćica – to słowo klucz tej pięknej niedzieli

. Oczywistym było że będziemy chcieli odwiedzić to słynne miejsce, jedyną zagadką pozostawało wciąż dla nas jak ten dzień się ułoży, co tam zobaczymy, na ile wystarczy czasu...
Sama droga na drugi koniec naprawdę Długiego Otoka

zajmuje niemal godzinę. Budka z biletami na zakręcie jest otwarta, podchodzę i okazuje się że czeka tam na nas niespodzianka

, bilety są o połowę tańsze

, zamiast więc spodziewanych 80 kun płacę ledwie 40. Pani w okienku coś powiedziała widząc moje zaskoczenie ale prawdę mówiąc nie zrozumiałem z czego wynika taka promocja

, czy dlatego że jest pandemia, czy dlatego że jest już po sezonie, czy może dlatego że jest niedziela? . Zresztą, czy to ważne?

.
Z biletami i mapką wracam do auta i po chwili zastanowienia ruszamy. Nie pojedziemy prosto na sam koniec drogi, do słynnych klifów... najpierw spędzimy chwilę czasu w interiorze Parku.
Skręcamy w wąską asfaltową uliczkę która niedługo doprowadza do małego placyku przy równie niewielkim kościółku sv Antuna Padovanskog.

Jak dowiadujemy się z tablicy kościółek ów został zbudowany nieco ponad 100 lat temu, w 1913 roku na ruinach wcześniejszego kościoła. Pierwsza świątynia powstała tu prawdopodobnie w V lub VI wieku.
Współczesny budynek jest do bólu zwyczajny

i zamknięty.

Można do środka pozaglądać przez okno i przeszklone drzwi.

Przedsionek


Z tyłu zauważamy zbiornik na wodę tradycyjnie zasilany opadami spływającymi z dachu

.

Nie ma tu nic ciekawego, po chwili wracamy.