Kościół Sv.Ivan jest zamknięty na cztery spusty....
Kręcę się po terenie wokół niego zaglądając w różne zakamarki...
Usytuowany jest na niewielkim wzniesieniu ponad ulicą ,w górnym piętrze tej części wyspy.
To także punkt widokowy,wyspa jest długa i wąska,więc spoglądam na morze w obie strony.
Na wschodnim wybrzeżu słońce właśnie dotarło do Veli Losinj, próbuje zapewne budzić tambylców przedzierając się pierwszymi promieniami przez zdezelowane okiennice.....
Panorama na miasteczko i morze, cieszy teraz i moje oczy....
Na zachodniej stronie szpaler drzew trochę utrudnia obserwację...
Pomiędzy gałęziami dostrzegam fragment tęczy....
Co jest
Wchodzę na drewniany stół ukryty w cieniu starej sosny,by wdrapać się na jej konary.
Teraz widzę lepiej - zbliża się paskudztwo o kosmicznym kształcie strasząc żeglarzy...
Zrzuca z siebie mnóstwo wody która siecze spokojną toń.
Łódki próbują uciekać,ale widzę że daremny to trud....
Te które już dopadło, nikną z widoku jakby je wessało.
Muszę mieć te zdjęcia.
Wchodzę jeszcze trochę wyżej,a następnie podtrzymując się gałęzi ponad głową oddalam się od pnia.
Zatrzymuję się dopiero ponad skarpą schodzącą do ulicy.
Teraz mam najlepszy widok , i cykam ,cykam i cykam...
Czuję pierwsze uderzenie wiatru na twarzy,czuję zapach deszczu.....
Ulewa mnie nie ominie...
Opuszczam się w dół, i gdy zeskakuję na ziemię z miejsca zbiegam w stronę auta.
Zmierzam teraz w kierunku końca wyspy,by gdzieś tam na tego "obcego" się zaczaić ....
Żeglarzy potężnie zlało,chmura szybko się kurczy i zmienia kształt.
Nic to - nie zostałem "łowcą burz"...
I choć z "obcego" zostały strzępy, nawałnica nie ustępuje...
Szczęśliwie wypatrzyłem sobie wcześniej schowek...
Przeczekuję w ukryciu z dziesięć minut,wracam do furki,i po raz pierwszy w Cro ustawiam dmuchawę na ciepłe powietrze...
Opcja expresowe osuszanie.
Podążając w kierunku krańca wyspy wciąż jestem wysoko - widoki kapitalne - widzę spowite mgłą kontury kilkunastu wysp
I nagle, droga pikuje ostro w dół -postanawiam zjechać nie zdając sobie sprawy co mnie czeka....
Zjazd przypomina szusowanie narciarza,tyle tylko że w większej skali.
Po drugim lub trzecim zawijasie, tuż za zakrętem wpadam na płynące błoto niosące żwir...
Nawbijało mi się tego w bieżnik dość sporo - tracę dobrą przyczepność...
Spadek terenu to jakieś 15% ....krótka prosta i nawinka 180*
Droga wspaniała - taka jakie kocham-ale w tych warunkach nie ma mowy o miłości...
Znowu jestem mokry - teraz od potu....
Dojechałem na sam dół ,i tam od razu nawracam -postanawiam że zdjęcia porobię innym razem ...
Mój pośpiech wymusza obawa o drogę powrotną - strach się bać co będzie, gdy tego płynnego błota naniesie więcej...
Jako kierowca większego strachu nie przeżyłem.
Jadę pod górę - już nie daleko do końca tych serpentyn ,gdy z za zakrętu samym środkiem zjeżdżają dwa auta...
W pewnym momencie rozpaczliwie mrugają mi długimi nie zmieniając toru jazdy...
Zmuszają mnie do zjechania na "wątłe" pobocze, w konsekwencji czego zatrzymuję się zupełnie.....sieeet....vaffanculo....job..... upss....
Do tej pory nie wiedziałem że umiem kląć w tylu językach.....
Nagrzeszyłem co nie miara, przez jakichś wymoczków bambolini....
Ruszam z ręcznego kilka razy......bez skutku....
Następuje we mnie przemiana - zaczynam się modlić....
Tak sobie myślę, że to kara za pogrywanie z moimi dziewczynami...
Mam wstrząs emocjonalny 6 stopni w skali Richtera.....
9 stopni w skali Richtera miałem pół godziny później, gdy stanąłem w korku.
Otworzyli most obrotowy na który wcześniej nie zwróciłem uwagi......(myślałem że taki jest tylko przy Osorze)
Ukradło mi to czterdzieści pięć minut bo pierwsze puścili auta z tamtej strony...
Ślubna mi nigdy nie wierzy, że nie mogę szybko wrócić ponieważ ciąży nade mną jakieś fatum .....
Chyba sami widzicie ,że tu nie ma mojej winy....
Droga powrotna

.png)
.png)

.png)
.png)
.png)

