c.d. 30.04.2007
Chcieliśmy mieć świeże pieczywo na śniadanko, więc razem z Renatą podjechałyśmy do Drvenika do sklepu. Oczywiście nie tylko chleb został zakupiony, ale również zaopatrzenie ciastkowo-alkoholowe na wieczór, a w sumie na cały dzień, bo już nigdzie dziś nie planowaliśmy jechać. Po powrocie zjedliśmy pyszne śniadanko i kolejnym zajęciem na dziś było leżakowanie. W końcu po tak wyczerpującym poranku należał się odpoczynek. Mój mąż oczywiście dał nura do wody i zaczął wyławiać kolejne skorupy jeżowców. A pozostali łapali słońce.
W między czasie był oczywiście obiad z pudliszkowych zapasów, słodkie kalorie i alkoholowe procenty.
Ot taki sielankowy dzień nam się dziś trafił.
Gdy tak sobie leżeliśmy i wypoczywaliśmy mój mąż nawiązał kontakt z naszym rodakiem z Wrocławia, który przyjechał do Cro ze swoim ogromnym pontonem silnikowym. Po krótkiej gadce koleś zaprosił naszą czwórkę na krótką przejażdżkę. Tak byliśmy zaskoczeni tą eskapadą, że nikt nie wpadł na pomysł zabrania aparatu.

W związku z tym z tego fajnego poznawania linii brzegowej pamiątki nie mamy, tylko to co nam w głowie zostało. A było super!!!!
Żeby nie wypaść z rytmu porannego wspinania się zdecydowaliśmy, że wieczorkiem przejdziemy się na spacer w stronę Małej Duby. Tak też zrobiliśmy. Poszliśmy gdzieś przed 19.00.



Idąc po drodze w pewnym momencie zobaczyliśmy delfiny. Niestety nie udało nam się ich sfotografować, gdyż jak już ustawiliśmy aparat na miejsce gdzie były i czekaliśmy na nie to oczywiście pojawiały się kawałek dalej. No nic - zdjęć nie mamy, ale je widzieliśmy. Nie mogliśmy również oderwać oczu od koloru Jadranu, coś niesamowitego....



Idąc dalej doszliśmy do fajnej zatoczki i porobiliśmy sobie fotki na kamieniach. To zdjęcie we czwórkę nazwaliśmy "ABBA", bo tak śmiesznie wszyscy stoją. A ile było śmiechu jak leciałam po kamieniach na swoje miejsce po ustawieniu samowyzwalacza!!! Dobrze że się nie wyrżnęłam - wtedy była by niezła fotka!!!! Jak tak sobie podziwialiśmy widoczki zaczęło lekko kropić (ku naszemu zdziwieniu) więc zdecydowaliśmy, że wracamy do domu, bo jak lunie to wtedy będziemy lecieć pędem. Wracając jeszcze wspólna fotka na ścieżce, bo gdy wyszliśmy z części zadrzewionej to przestało padać. Ale i tak wracaliśmy, bo już powoli robiło się ciemno.



Wracając nie mogłam się oprzeć urokowi porciku naszego i uwieczniłam go sobie na zdjęciu. Już zmierzchało, więc będę musiała sobie któregoś dnia tu przyjść i zrobić zdjęcie z tego samego miejsca o wcześniejszej porze.
Po powrocie na kwaterę wieczór spędziliśmy w barze razem z Anią i pozostałymi gośćmi Vila Djenka, nawet dołączył do nas koleś z Wrocławia ze swoją żoną. Było bardzo sympatycznie, ale czas strasznie szybko mijał i trzeba było kłaść się spać. Jutro też jest dzień i to na dodatek bardzo intensywny.....
