A ja zdawałam maturę w roku 2000, więc chyba nigdy nie zapomnę tej daty
Z języka polskiego wszyscy spodziewaliśmy się tematów traktujących o przełomach - wieków, tysiącleci, ale żaden taki się nie pojawił.
Pisałam o ponadczasowości literatury. Do dziś pamiętam fragment wiersza "Traktat moralny" Miłosza, który był częścią tematu i "motywem przewodnim":
Ciebie zapraszam dziś do arki,
Która przez czasu potok wartki
Na nowe brzegi nas poniesie.
Potem zresztą na egzaminie wstępnym na polonistykę znowu zmierzyłam się z Miłoszem, interpretując inny jego wiersz
To dopiero były prace, długie eseje, w których można było wykazać się nie tylko wiedzą, ale i oryginalnością ujęcia tematu i stylem. Współczuję obecnym maturzystom, którzy nie mogą "rozwinąć skrzydeł", a ich wypowiedzi są porównywane z "kluczem". Zresztą wolę już więcej nie mówić o tym, jak wyglądają obecnie matury, bo nie da się o nich powiedzieć wiele dobrego...
Z angielskiego poszło gładko. Najpierw zjadłam kanapkę, batona, wypiłam soczek, a dopiero później na "luzie psychicznym" zaczęłam pisać. Pamiętam, że było wypracowanie na temat: Opisz osobę, którą podziwiasz. I napisałam o Jurku Owsiaku

Dzisiaj pewnie wybrałabym inaczej, ale wtedy byłam bardzo zaangażowana w organizowanie koncertu finałowego Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy w Gliwicach
Potem był jeszcze tylko ustny z historii (z polskiego i z angielskiego byłam zwolniona

), do którego "kułam" przez dwa tygodnie, bo był to niewątpliwie egzamin wymagający najwięcej wiedzy (szczegółowej oraz ogólnej orientacji historycznej). Inne (w moim przypadku) opierały się bardziej na sprawdzaniu umiejętności niż szczegółowej wiedzy (polski i angielski).
Generalnie okres maturalny wspominam bardzo miło i z dużym sentymentem. Nie uczyliśmy się strasznie dużo, raczej stawialiśmy na relaks przed samymi egzaminami. Pamiętam szalone imprezy w sobotę i niedzielę przed maturami pisemnymi (które odbywały się we wtorek i środę, co było lepszym pomysłem niż w poniedziałek)
To były czasy...
