Odcinek 3 – 2020-09-15 – Postira porannie czyli jak uwięziłem żonę.Przed rozpoczęciem pisania tego odcinka przeczytałem moje stare odcinki, w których ta miejscowość grała pierwsze skrzypce. Pisząc drugi zamieściłem takie oto słowa:
„Bo to po raz drugi, rok po roku tylko mała pigułka, cząsteczka czegoś, co być może należy przedreptać z większą uwagą zwróconą na szczegóły. Po prostu dać sobie więcej czasu. Ale aby dojrzeć, czy zrozumieć to trzeba się czasem zatrzymać, nawet jeśli nie przynosi to uśmiechu…”Nie przyszło mi na myśl wtedy że ja jeszcze kiedykolwiek wrócę do Postiry i że znów, przynajmniej początkowo nie będzie mi do śmiechu. Poprzedni wieczór kończyliśmy spacerem po właściwie bezludziu, cały czas jeszcze napompowani wieściami o wirusie i mimo, że zaczynał się urlop właściwy o uśmiech było trudno…
Obudziłem się normalnie… 4.30 Obok mnie spała jakaś kobieta. W sumie mnie to nie zdziwiło. Rzadko budzę się sam. Może to wina mojej aparycji hm… Linia jej ciała wyglądała smakowicie… Ale wiecie jak to jest z poranną erotyką małżeńską par z dłuższym stażem… Obudzisz, i… Czekaj, łazienka, ząbki, się podmaluję… Przykryłem zatem tą linię, zaparzyłem kawę. Usiadłem po ciemku i piłem stygnący szybko napój. Trafnie rozpoznałem gdzie będzie wschodzić słońce i pomyślałem, że dziś przeprowadzę razwiedkę bojem sam.
Dopiero koło 6.30 zrobiło się na tyle jasno, że zdjęcia zaczęły jakoś wyglądać. Dochodziłem powoli do centrum i zacząłem się przyglądać co dzieje się o tak wczesnej porze w Postirze. Wyglądało podobnie jak pewnego ranka w Sutivanie w 2018. Niby coś się działo
W końcu spożywka działać musi, ale dalej było nadal sennie i pusto
Konoba Bracera, którą mijaliśmy potem kilka razy zwykle była pusta lub siedziało tam kilku lokalsów. Przycupnąłem na dłużej przy tamaryszkach
I wraz z uśpioną jeszcze częścią miejscowości
czekałem na wschód słońca. Obserwowałem go z taką atencją jakbym chciał, żeby stało się miotłą, która jeśli nie zmiecie wirusa to chociaż wymiecie z mojej głowy słabość, jaką wlały w nią poprzednie miesiące. A słońce wschodziło cudnie
Nigdy się wcześniej nie zastanawiałem czego wypatruje z Postiry ta postać
Może ludzi. Tak jak ja w tamtej chwili… Botanicznie miejscowości nie można było niczego zarzucić
Ale przez godzinę spotkałem może 7 osób…
Ale przecież ktoś musiał tym kotom karmę sypnąć
Ktoś musi dbać o turystykę, skoro jest i punkt informacji i jeszcze ktoś pielęgnuje wiedzę o czasach dawnych – tu stary, tradycyjny dom i coraz rzadziej widywany pług konny z nożem rozcinającym glebę dla dobrego „odłożenia” bruzdy…
A może to wszystko jest jak w filmie z Willem Smith’em w I am legend. Może w miejscu nad którym właśnie pojawiało się słońce
Bestie się teraz chowają a tylko jakaś garstka nie zainfekowanych krzątać się będzie po ulicach, którymi stąpać będą jelenie…
Z bijącym coraz mocniej sercem wchodziłem na jedno ze wzgórz ponad miastem bo może to tam w kryptach bestie przeczekują dzień…
Cmentarz…
Kościół,
który wybudowano w XVII wieku a patronką obwołano Matkę Boską od zdrowia miał się dobrze do 1873 kiedy to przemianowano go na Kościół pod wezwaniem św. Ducha. Albo się tamtego roku wiara pochorowała albo jakiś cymbał i męski szowinista ówcześnie dorwał do „ratusza” – przodek jaśnie nam obecnie panujących jakiś czy co?!
W sumie położenie tegoż miejsca jest okrutne. Naprawdę. Zmarli, którzy powinni mieć spokój wielokrotnie pewnie „słyszą” tuptanie nóg turystów, bo widoki stąd na Postirę już wtedy mnie ujęły
a wrócę tam gdy słońce oświetli miasteczko inaczej. To trochę pokręcone gdy człowiek na cmentarzu myśli, ze tu można spróbować zrobić ciekawe zdjęcie
To trochę pokręcone gdy się komuś na ostatnią drogę stawia zegar… Co on niby odmierza?
I nie covid, nie smutek i zamknięcie czy depresję, i nie pandemię nazwę okrutnym. Okrutnym nazwę to…
Rozglądnąłem się dookoła. Potrzebowałem już tego urlopu. Potrzebowałem rozmowy z żoną, słońca, plaży, dobrej książki. Potrzebowałem znaleźć dystans i równowagę. Potrzebowałem być mocny jak te drzewa
Nawodniony jak ta trawa i radosny jak dzieci na placu zabaw bo jestem pewny, że one się tam pojawią
Nie mogłem osuwać się w przygnębienie i starość jak ten mój towarzysz spaceru po kogulach
Kościół?
Nie! Idę w bok. Między domy. Nic co znów wrzuci mnie w dziurę czarnych myśli. Postanowiłem podziwiać!
I speców od jazdy wąskimi uliczkami
I pięknie utrzymane ogródki
I porannych pracusiów
A nade wszystko uśmiechać się do limonek i kwiatów
I do żony…
Hm… Drzwi nadal zamknięte… Jeszcze śpi - pomyślałem?!
-
Musiałeś pierdoło zabrać klucze?! – syknęła przez zamknięte żaluzje..
-
Przecież klucze od nich wrzuciłem ci przez nie do domu na podłogę – uśmiechnąłem się najpiękniej jak umiałem