30 kwietnia, poniedziałek c.d.Z Lasithi zjeżdżamy na dół inną szosą, odbijającą w Krasi. Droga wygląda na nową, w miarę niedawno poprowadzoną przez puste i skaliste góry, ale pewnie nowa nie jest a tylko na nowo zrobiona. Mieliśmy kilka koncepcji na drugą część tego dnia... oboje nie mieliśmy już większych złudzeń, że nasza przedwyjazdowa koncepcja na poszukiwanie zagubionych gdzieś w interiorze ciekawych, pięknych, zapomnianych przez turystykę miejsc czy obiektów raczej nie ma tu szans na powodzenie. Jednak postanowiliśmy jeszcze spróbować...
Wspomniana „nowa”droga prowadzi prosto do Malii. Skoro już tam będziemy, może jednak zajrzymy do słynnego minojskiego pałacu, nawet jeśli będzie zamknięte to może zobaczymy coś przez płot

. Tę decyzję podjęliśmy w ostatniej chwili... i z jednej strony dobrze bo z drogi którą jechaliśmy NIE MA wjazdu na tę kreteńska „autostradę”

w kierunku wschodnim... więc i tak musieliśmy pojechać do miejscowości. ŻADNYCH znaków do wykopalisk nie zauważyłem, prawdopodobnie gdzieś źle skręciłem i potem wśród oliwkowych pól i wąskich dróżek nawet gps znów nas zgubił. To już nawet zaczynało być śmieszne... w Grecji łatwo zabłądzić, ale dlatego zaczęliśmy używać nawigacji i innych tego typu udogodnień... jak widać nawet i to zawodziło
Ostatecznie, jadąc po prostu na azymut wschodni dotarliśmy do dawnej, starej głównej szosy. Malia została gdzieś za nami, wykopaliska też... odpuszczamy je, trudno.
Kawałek szybką szosą i jesteśmy w Neapoli. Tu chwila zawahania... może jednak odpuścić? . Nie, próbujemy, skręcam w boczną uliczkę i znów jedziemy pod górę, wąsko, kręto....
Były wielkie, wyraźne znaki – Archeological Site od Driros, może tym razem dobrze trafimy?
Driros to minojska osada, która największy rozkwit przeżywała w czasach wczesno hellenistycznych (IX-VI wiek p.n.e.), zamieszkiwana była także jeszcze w czasach bizantyjskich. Odkryto tutaj dwie agory, ślady fortyfikacji, cysternę i jedną z pierwszych w Grecji wolnostojącą świątynię Apolla. Słynna inskrypcja z Driros, tzw. „święte prawo” zawiera najwcześniejszy zapis greckiego prawa konstytucyjnego.
Wąziutką dróżką (oliwkowe i nie tylko gałęzie znów smagały boki naszego auta

) dotarliśmy na jej koniec, na mały placyk. Zamknięte....
Próba dostania się do wnętrza za płotem... przejść się dało, ale po co? . Dalej wszystko zarośnięte i nic nie widać.

Mam dość, jest upał, odpuszczamy. Zresztą, podobno to Driros to nic szczególnego. Szkoda tylko że nie podjechaliśmy kawałek dalej, są tam ruiny monastyru Keramou, wyglądają dość fajnie.
Kilometrów może nie było aż tak wiele ale czasu zabrało sporo, 20 kilometrów jechaliśmy około godzinę. Ale fakt, że nie spieszyłem się bardzo, jadąc rozglądaliśmy się po okolicy, która znów była taka powiedzmy sobie… niby ładna ale po prostu nic szczególnego, wzgórza porośnięte oliwkami, w oddali morze, co jakiś czas niewielka wioska. I w takiej oto okolicy dojechaliśmy do kolejnego celu którym był monastyr Aretiou.
Monastyr ten został zbudowany na początku XVI wieku. Na terenie klasztoru znajduje się również wcześniejszy, mniejszy kościółek św. Łazarza. Zniszczony w czasie XIX wiecznych walk niepodległościowych monastyr zaczął ponownie funkcjonować w 1844 roku, w ostatnich latach został odrestaurowany.
Monastyr stoi przy drodze, można powiedzieć na pustkowiu. Zajeżdżamy na mały placyk przed wejściem, poza nami nie ma tu nikogo.

Wejście.

Mały kościółek św. Łazarza



Większy, główny kościół św. Trójcy.

Oba kościoły są zamknięte. Widać jednak że monastyr żyje, jest zamieszkały ale prawdopodobnie tylko przez jedną osobę. Jest tu przyjemnie, panuje totalna cisza, nie odczuwa się w ogóle atmosfery turystyczno-komercyjnej. Rzeczywiście budynki są odnowione a dziedziniec jest zadbany, ale tak nie przesadnie

.


Poza łypnięciem okiem

zero reakcji na nasz widok.


No dobra… z tą ciszą to przesadziłem

, po całej okolicy roznosi się świergot kilkunastu okazów ptaków w klatce na dziedzińcu

.


