Chorwacja Online..........odkryj Chorwację na forum obecnych i przyszłych Cromaniaków

Wyprawa na antypody - Patagonia

Słowenia, Czarnogóra, Albania, a nawet Grecja, Włochy, Hiszpania, a może Floryda, albo ... Słowacja?
[Nie ma tutaj miejsca na reklamy. Molim, ovdje nije mjesto za reklame. Please do not advertise.]
Franz
Cromaniak
Avatar użytkownika
Posty: 47097
Dołączył(a): 24.07.2009

Nieprzeczytany postnapisał(a) Franz » 07.12.2009 11:40

wojan napisał(a):To i ja też czekam na tą ucztę ... :D :D


mallgola napisał(a):I ja czekam na cd

Uczta?.. Może przynajmniej jakaś MOPSowa zupka. ;)

Tylko proszę o cierpliwość - przygotowuję relację na bieżąco, a jak już tu i ówdzie wspominałem, do pisania mam dwa lewe palce.

mariusz-w napisał(a):tylko proszę nie zaniedbać "Dolomity- skal... ....... "

Ani mi to przez myśl nie przeszło. To mój ulubiony rejon świata. :)
Zgodnie z grafikiem, to jeszcze dziś ujrzy światło dzienne kolejny odcinek wspomnień.

JacYamaha napisał(a):Wojtek - tak trzymaj!

8) :D

Pozdrawiam
Franz
Cromaniak
Avatar użytkownika
Posty: 47097
Dołączył(a): 24.07.2009

Nieprzeczytany postnapisał(a) Franz » 12.12.2009 17:01

Przesiadka w Madrycie

Porannym pociągiem dojeżdżamy z Danielem do Warszawy. Danny ma tu liczne znajomości, dzięki czemu z dworca zabiera nas na lotnisko jego kolega. Jesteśmy pierwsi, ale nie czekamy długo i zjawia się Tomek z Wiesią. Odprawa odbywa się bez przeszkód, tyle że bagaże nadajemy nie do samego końca, a jedynie do Santiago de Chile. Tam sobie je odbierzemy i ponownie nadamy na wewnętrzny lot krajowy.

Samolot startuje o 14:40 i po szóstej wieczorem ląduje w Madrycie. Tradycyjne, długie kołowanie po rozległej płycie lotniska i stajemy na hiszpańskiej ziemi. Odlot mamy tuż po północy - zostaje nam kilka godzin do zagospodarowania. Zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami, decydujemy się spędzić je na spacerze po ulicach stolicy. Bilet na metro z lotniska kosztuje dwa euro. Jedzie się dosyć długo, wliczając w to parę przesiadek z przechodzeniem na różne kondygnacje madryckich, podziemnych dworców.

Obrazek

W Madrycie byłem po raz pierwszy wiele lat temu i nie wywarł na mnie korzystnego wrażenia - w porównaniu z wieloma pięknymi atrakcjami Hiszpanii - ale w odpowiednim oświetleniu wszystko wydaje się ładniejsze.

Obrazek

Spacer zaczynamy w pobliżu Plaza Mayor, którego budowę rozpoczął Filip II, przenosząc stolicę do Madrytu, a ukończył trzydzieści lat później Filip III.

Obrazek

Plac z założenia miał być miejscem najważniejszych wydarzeń w życiu miasta i przez wiele lat spełniał swoją funkcję.

Obrazek

Obrazek

Tu koronowano królów, organizowano świąteczne obchody, urządzano corridy, tu odbywały się egzekucje i pokazowe auto da fe hiszpańskiej inkwizycji.

Obrazek

Obrazek

W wąskich uliczkach w bezpośrednim sąsiedztwie placu można znaleźć jedne z najstarszych madryckich tawern.

Obrazek

Przechadzamy się uliczkami, zaglądamy do zaułków, kierując się w stronę Pałacu Królewskiego.

Obrazek

Obrazek

Tuż przed nim mijamy katedrę Nuestra Senora de la Almudena.

Obrazek

Wybudowany przed wiekami kościół został zburzony w czasie wojny domowej i był potem wiele lat remontowany, aż w 1993r doczekał się uroczystego otwarcia przez Jana Pawła II.

Obrazek

Oryginalny, zbudowany przez Habsburgów, pałac spłonął w Boże Narodzenie 1734r i obecna budowla pochodzi z połowy XVIII w.

Obrazek

Obrazek

Od wschodu przylega do pałacu Plaza de Oriente, zamknięty z drugiej strony prze Operę i Teatr Królewski. Plac cieszył się dużym uznaniem przez Franco, który tu właśnie zwykł przemawiać do zebranych tłumów. Przed gmachem teatru stoi konny posąg Filipa IV, zaprojektowany przez Velazqueza, a obliczenia statyczne monumentu wykonał Galileusz.

Obrazek

Kończymy nasz krótki spacer, kierując się do najbliższej stacji metra i wracamy na lotnisko.

Obrazek

Czeka nas jeszcze mała niespodzianka, gdyż zakupione bilety - mimo ich lotniskowej ceny - nie pozwalają na przejście ostatnich bramek. Pan porządkowy właśnie odprawił do kasy parę osób, które miały zapewne bilety po 1 euro i tak samo próbuje załatwić nas. Tłumaczymy jednak nieporozumienie i pokazujemy nasze bilety, co skutkuje przepuszczeniem nas przy pomocy jego służbowej wejściówki. Przejeżdżamy ostatni odcinek metra, które zawozi nas do portu lotniczego, odnajdujemy swoją bramkę i czekamy jeszcze chwilę, aż zaczną wpuszczać do samolotu. Zbiera się spory tłum; odczekujemy całą procedurę i w końcu wchodzimy na pokład.

Proszę zająć miejsca, zapiąć pasy - startujemy. Następny przystanek: Santiago de Chile.
Leszek Skupin
Cromaniak
Posty: 14062
Dołączył(a): 23.09.2006

Nieprzeczytany postnapisał(a) Leszek Skupin » 12.12.2009 18:52

Franz napisał(a):...
Po tutejszych świetnych relacjach - moje skromne sprawozdanie może zawieść Wasze oczekiwania. Z góry proszę o wyrozumiałość, a prośbę motywuję otrzymaną oceną dostateczną na maturze z języka polskiego. :?

Pozdrawiam

Franz, "nie matura lecz chęć szczera zrobi z Ciebie oficera" jak to mawiali Starożytni Rzymianie ;), ja na j. polskim na maturze miałem aż 3- :P i się tym nie zrażam tylko piszę co mam do przekazania ;)

Czekam i ja na Patagonię !!!!!! :D
mutiaq
Cromaniak
Avatar użytkownika
Posty: 1892
Dołączył(a): 19.02.2007

Nieprzeczytany postnapisał(a) mutiaq » 12.12.2009 19:00

No to już nas trzy, co mieli z polaka trzy :twisted: :wink:
Fatamorgana
Cromaniak
Avatar użytkownika
Posty: 6244
Dołączył(a): 08.09.2009

Nieprzeczytany postnapisał(a) Fatamorgana » 13.12.2009 01:31

No Wojtku, nawet Hawajami mnie tak nie poruszyłeś jak Patagonią.
:) 8O

Widziałem kilka większych projekcji i filmów z tego rejonu (głównie dotyczących wspinania, ale nie tylko), więc chętnie obejrzę kolejną, inną zapewne, bo przez tą tamtejszą pogodę wszystkie relacje są inne. :wink:

Spodziewałem się, że trzymasz coś w zanadrzu, ale że właśnie Patagonię...uuuuch! 8O :) :D

Pozdr.
Franz
Cromaniak
Avatar użytkownika
Posty: 47097
Dołączył(a): 24.07.2009

Nieprzeczytany postnapisał(a) Franz » 14.12.2009 16:08

Leszek Skupin napisał(a):ja na j. polskim na maturze miałem aż 3- :P i się tym nie zrażam tylko piszę co mam do przekazania ;)

mutiaq napisał(a):No to już nas trzy, co mieli z polaka trzy

Ale ja dostałem za nadprzeciętną zwięzłość i lakoniczność - moje wypracowanie liczyło sobie półtorej strony A4. :twisted:
I miałem wtedy nadzieję, że jest to ostatnie wypracowanie, jakie będę musiał w życiu napisać. ;)

Fatamorgana napisał(a):Spodziewałem się, że trzymasz coś w zanadrzu, ale że właśnie Patagonię...

Żadne zanadrze. Jeden z licznych wypadów na tamtą półkulę. :)

Pozdrawiam,
Wojtek Franz
Franz
Cromaniak
Avatar użytkownika
Posty: 47097
Dołączył(a): 24.07.2009

Nieprzeczytany postnapisał(a) Franz » 18.12.2009 12:41

Przelot do Punta Arenas

Większą część lotu odbywamy w nocy, jako że lecimy w kierunku przeciwnym do ruchu obrotowego ziemi. Gdyby tak się uwolnić od przyciągania ziemskiego, wystarczyłoby zawisnąć nad globem i poczekać, aż Ameryka sama podjedzie pod samolot. Póki co, używamy jednak samolotu w tradycyjny sposób, ale mimo to wstaje dzień, zanim dolatujemy nad Andy. Niestety, nie siedzę przy oknie, zapuszczam tylko z daleka żurawia między nosy przyklejone do szyb. Zaraz po minięciu górskiego łańcucha, samolot schodzi do lądowania.

Jesteśmy w Chile i natychmiast zaczyna się zabawa z wyszukiwaniem żywności. Pieski wywąchują w bagażu podręcznym moje podróżne kajzerki, co skutkuje ich konfiskatą. Próbuję ocalić chociaż jedną, wołając że ją zjem, ale panowie służbowi nie wyrażają zgody - chyba im też zapachniała sucha krakowska. Sprawdzają moją deklarację, ale mam zakreślone zgodnie z prawdą, że wwożę żywność. Gdybym nie miał, mogłoby się okazać, że właśnie zakończyłem patagońską przygodę. Zabierają mi deklarację, przyklejając do plecaka jakiś karteluszek. Udajemy się do głównej odprawy, gdzie następuje prześwietlanie bagaży i odbiór deklaracji. Danielowi zabierają kabanosy i inne łakocie, Tomek z Wiesią wykłócają się przez dłuższy czas, wskazując na daty ważności, próżniowe foliowanie, pasteryzację - w końcu są przepuszczani, a mnie panowie pytają o deklarację.
Mówię, że zabrano mi ją przy wstępnej kontroli, przyklejając poświadczenie tego faktu na plecak. A gdzie to poświadczenie? Ooo... najwyraźniej klej był kiepski. Sprawdzam, szukam - nie ma karteluszka. Przeprowadzam cały wywód ponownie, wzbogacając go jeszcze o informację na temat konfiskaty mojego prowiantu. Chyba brzmię przekonująco albo mają mnie już dość - machają ręką, że mam już sobie iść. Zabieram więc plecak, w którym wjeżdża właśnie do Chile ponad pięć kilo smakowitej kontrabandy.

Przechodzimy na lotnisko krajowe. Do Santiago dolecieliśmy Iberią, ale dalej mamy linie LAN. Są problemy z automatycznym check-in'em, w końcu robimy to ręcznie. Nadajemy bagaże a resztę czasu poświęcamy finansom. Wymieniamy walutę po 582 peso za dolara i od razu stajemy się krezusami - mam ponad sto tysięcy w kieszeni.

Do Patagonii można się dostać, albo przez Buenos Aires, albo przez Santiago de Chile. Ucieszyłem się, kiedy tańszą opcją przelotu okazał się wariant chilijski, gdyż Buenos zdążyłem poznać kilka lat wcześniej, kończąc tam trasę brazylijsko-argentyńsko-urugwajską. Cóż z tego - jesteśmy właśnie w Santiago, ale brak nam czasu, by wyskoczyć poza lotnisko i zwiedzić miasto. Jest już nasz samolot - zajmujemy miejsca i pokonujemy ostatni odcinek trasy.

Obrazek

Obrazek

Mamy miejsca przy oknie, tyle że po prawej stronie, a Andy uparcie trzymają się lewej. Już wiemy, że w drodze powrotnej też musimy usiąść z prawej, by mieć ciekawszy widok.

Obrazek

Obrazek

Z prawej tylko Pacyfik się prezentuje, dopiero pod koniec lotu pojawia się trochę lądu po naszej stronie. Najpierw lekkie pofałdowania, potem prawie płasko, jakaś woda, za nią ląd - domyślam się, że to już Cieśnina Magellana.

Obrazek

Obrazek

Samolot schodzi do lądowania i za chwilę stajemy na płycie lotniska. Kilkanaście osób, które wysiadło razem z nami, rozeszło się w różne strony, powsiadało do stojących samochodów, odjechało i... zostaliśmy we czwórkę.
Zaczynamy czatować na jakiś przejeżdżający samochód, ale bez większych efektów. Tomek wchodzi z powrotem do budynku i po chwili nas woła - spokojnie, poczekamy w środku. Ktoś już zadzwonił po swojego znajomego z miasta i ten zaraz po nas przyjedzie.

Rzeczywiście, zajechał niebieski samochód, wpakowaliśmy się do środka i za dwa tysiące od głowy zostaliśmy zawiezieni pod nasz hostal Costanera.

Obrazek

W środku trochę ciasno, ale całkiem miło. Mamy dla siebie pokój z piętrowymi pryczami, jest mały salonik, jadalnia, łazienka z gorącą wodą - cóż więcej chcieć. Wyskakujemy na miasto.

Obrazek

Pora jest jest dosyć późna, ale trzeba przynajmniej zakupić jakieś piwko i oblać szczęśliwy przylot. W markecie kupuję kilka flaszek litrowego piwa, upewniając się, że kaucję dostanę z powrotem, gdy oddam butelki. Wracamy do hoteliku i oddajemy się błogiemu lenistwu, potem wieczorna toaleta i przed nami pierwsza noc w Patagonii.
Tymona
Cromaniak
Avatar użytkownika
Posty: 2140
Dołączył(a): 18.02.2008

Nieprzeczytany postnapisał(a) Tymona » 18.12.2009 13:26

Franz napisał(a):Gdyby tak się uwolnić od przyciągania ziemskiego, wystarczyłoby zawisnąć nad globem i poczekać, aż Ameryka sama podjedzie pod samolot.
:lol: i jaka oszczędność paliwa :lol:

Franz napisał(a):przed nami pierwsza noc w Patagonii.
No i przede mną :mrgreen:

pozdrawiam
:D
Franz
Cromaniak
Avatar użytkownika
Posty: 47097
Dołączył(a): 24.07.2009

Nieprzeczytany postnapisał(a) Franz » 18.12.2009 16:06

Tymona napisał(a):
Franz napisał(a):przed nami pierwsza noc w Patagonii.
No i przede mną :mrgreen:

Ale... z samej nocy szczegółów nie będzie. ;)

Pozdrawiam,
Wojtek
Leszek Skupin
Cromaniak
Posty: 14062
Dołączył(a): 23.09.2006

Nieprzeczytany postnapisał(a) Leszek Skupin » 19.12.2009 11:34

Franz napisał(a):...Wymieniamy walutę po 582 peso za dolara i od razu stajemy się krezusami - mam ponad sto tysięcy w kieszeni.
...

A jakieś przykładowe ceny, bo wiesz... można mieć 100 000 i być biednym dlatego, że chleb będzie kosztował np. 10 000 jednostek monetarnych ;) Czyli po ile LPG, chleb i/lub piwo :oczko_usmiech: i czy lepiej wwozić euro czy dolary, a może lepiej wypłacać kartą kredytową ze ściany :mrgreen: :oczko_usmiech: :hearts:
Użytkownik usunięty

Nieprzeczytany postnapisał(a) Użytkownik usunięty » 19.12.2009 18:47

Leszek Skupin napisał(a):....po ile LPG, chleb i/lub piwo :oczko_usmiech: i czy lepiej wwozić euro czy dolary, a może lepiej wypłacać kartą kredytową ze ściany :mrgreen: :oczko_usmiech: :hearts:

......i koniecznie jak ominąć autostradę :lol:
Pozdrav i czekam na CD
Franz
Cromaniak
Avatar użytkownika
Posty: 47097
Dołączył(a): 24.07.2009

Nieprzeczytany postnapisał(a) Franz » 20.12.2009 15:21

Leszek Skupin napisał(a):A jakieś przykładowe ceny, bo wiesz... można mieć 100 000 i być biednym dlatego, że chleb będzie kosztował np. 10 000 jednostek monetarnych ;) Czyli po ile LPG, chleb i/lub piwo :oczko_usmiech: i czy lepiej wwozić euro czy dolary, a może lepiej wypłacać kartą kredytową ze ściany :mrgreen: :oczko_usmiech: :hearts:

Nooo... podałem przykładową cenę - za przejazd z lotniska do miasta. :) Bilet autobusowy (ponoć kursuje tam z rzadka autobus) wychodzi podobnie.
Ceny podstawowych artykułów (piwo, chleb) niewiele wyższe od polskich. Za obiad w knajpie też nie wyszły jakieś horendalne ceny. Oczywiście, to dotyczy większych miejscowości, bo na terenie parków narodowych - ceny iście patagońskie. :twisted:

Myśmy tam za wiele nie kupowali. Natomiast ceny za atrakcje na miejscu - bardzo wysokie. Co mi się uda przypomnieć w trakcie relacji, to zamieszczę. Ze sobą mieliśmy dolary, które ja wymieniłem chyba tylko raz w Chile i raz w Argentynie, z tym że za część atrakcji płaciliśmy bezpośrednio w dolarach, a noclegi w większości opłaciliśmy jeszcze w Polsce przez internet.
Z bankomatów nie korzystaliśmy, chociaż - zdaje się - jeden tam gdzieś był. ;)

Piotrek_B napisał(a):......i koniecznie jak ominąć autostradę :lol:

:D

Pozdrawiam,
Wojtek
Franz
Cromaniak
Avatar użytkownika
Posty: 47097
Dołączył(a): 24.07.2009

Nieprzeczytany postnapisał(a) Franz » 24.12.2009 12:49

Punta Arenas

Rano budzę się ostatni - na mnie jakoś zmiana czasu nie działa. W małej jadalni jesteśmy tylko we czwórkę. W ramach śniadania - oprócz twardych bułek są na szczęście jeszcze tosty, a oprócz dżemu jest żółty ser. Do tego kawa, ewentualnie herbata - pierwsze chilijskie menu.

Obrazek

Wyruszamy na pierwszy zwiad. Najpierw kierujemy się w stronę widocznej, dużej wody.

Obrazek

Obrazek

To Cieśnina Magellana - za nią już Ziemia Ognista. My zaś jesteśmy na samym końcu kontynentu amerykańskiego, konkretnie na półwyspie Brunszwickim. Cieśnina ma tu przebieg południkowy, więc Tierra de Fuego leży na wschód od nas.

Obrazek

Obrazek

Zaśmiecone brzegi cieśniny zwiedzamy tylko my i psy, wyglądające na bezpańskie, ale nie przejawiające agresji.

Obrazek

Obrazek

Koniec kontynentu przez długi czas nie leżał w centrum uwagi władz chilijskich ani argentyńskich. Dopiero w 1843r Chile ogłosiło, że cały południe należy do tego kraju, co miał zagwarantować desant 21 żołnierzy. Wojskowa placówka długo nie przetrwała, a gdy Chile zaangażowało się w konflikt z Peru, Argentyńczycy przejęli większość Patagonii oraz połowę Ziemi Ognistej, ustalając granice w ich obecnym kształcie.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obecnie Punta Arenas, będąca stolicą chilijskiego dystryktu Magallanes, liczy sobie ponad 100 tysięcy mieszkańców, z których wielu nie uważa się za Chilijczyków, tylko za Magelańczyków.

Obrazek

Obrazek
Franz
Cromaniak
Avatar użytkownika
Posty: 47097
Dołączył(a): 24.07.2009

Nieprzeczytany postnapisał(a) Franz » 24.12.2009 12:54

Zanurzamy się w siatkę ulic, przecinających się pod kątem prostym, mijamy centralny punkt z sympatycznym, zielonym skwerem i wchodzimy na wzgórze na skraju miasta.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Schodząc z niego w kierunku południowym, natykamy się na mnóstwo tabliczek kierunkowych, przytwierdzonych do kolejnych słupów. Wskazują przeróżne miejsca na świecie. Jeśli wierzyć zamieszczonym informacjom, to Paryż odległy jest o 13280km, Vukovar o 13877, Astana w Kazachstanie o 20820km. Z kolei 13643km dzielą nas od Borussii Dortmund, 14150km od Brna, a 12961km od Pekinu, tyle że już w drugą stronę. Jest i strzałka do Kabulu, ale nie udaje mi się dowiedzieć, jak to daleko. Tu i ówdzie powiewają flagi dystryktu - rozgwieżdżone niebo nad łańcuchem górskim o kształcie piły.

Obrazek

Obrazek

Obrazek


Schodzimy do centrum i zasiadamy w zatłoczonej knajpie, gdzie już po godzinie zostajemy obsłużeni.

Obrazek

Obrazek

Następnie robimy zakupy przed wyjazdem z miasta - później już nie będzie okazji. Próbuję oddać butelki po piwie, ale okazuje się, że wersja się zmieniła i co było prawdą jeszcze wczoraj, dziś już jest przestarzałe i nieprawdziwe. Początkowo nie bardzo chcę wierzyć w tak szybko zmieniające się zasady; kiedy jednak moje próby odzyskania kaucji napotykają zdecydowany odpór kolejnych osób zatrudnionych w markecie, biorę zamach, jakbym zamierzał roztrzaskać na miejscu te flaszki. Odskakują przezornie na bok, ale wiem, że nie mogę sobie na to pozwolić. Za godzinę mamy autobus, a ewentualne utarczki czy nawet tylko pogawędki z tutejszą policją na pewno trwałyby dłużej. Daję więc za wygraną - cóż, pozwoliłem się złupić w pierwszy dzień. Na szczęście, nauczyłem się czegoś za niewielką kwotę.

Obrazek

Wracamy szybko do hostalu, pakujemy plecaki i za chwilę podjeżdża autobus. Zbiera jeszcze parę osób i opuszczamy Punta Arenas.

Chciałbym przy okazji złożyć wszystkim zaglądającym tu na bieżąco życzenia Spokojnych i Radosnych Świąt w Serdecznej i Przyjaznej Atmosferze. Wiele Dobrego...
Franz
Cromaniak
Avatar użytkownika
Posty: 47097
Dołączył(a): 24.07.2009

Nieprzeczytany postnapisał(a) Franz » 29.12.2009 14:57

W drodze do Puerto Natales - kolonia pingwinów nad Seno Otway

Autobus zawiezie nas do Puerto Natales, ale po drodze mamy mieć przystanek. W ramach przejazdu zaplanowana jest wizyta w kolonii pingwinów, gdzie zamieszkuje ich podobno około 50 tysięcy. Rzeczywiście, po kilku kilometrach autobus zostawia asfaltową szosę i skręca w szeroką, szutrową drogę. Jest zakurzona do tego stopnia, że kłęby pyłu wzbijają się wysoko w powietrze i przenikają do wnętrza. Już po chwili czuję w nozdrzach, w ustach, a wkrótce i w gardle wszechobecny kurz. Autobus zjeżdża na jakąś boczną drogę, równie mocno zakurzoną i mijając po prawej niewysokie wzgórze, zbliża się do sporej wody. Przed nią skręt w lewo i dojeżdżamy do parkingu.

Obrazek

Jesteśmy nad jednym z fiordów, wrzynających się w ląd od strony Pacyfiku. Autobus będzie na nas czekał, a my ruszamy w drogę. Trzeba przejść około kwadransa w miarę szybkim krokiem. Grupka zainteresowanych - a takich jest zdecydowana większość, jako że kolonia pingwinów jest zawarta w cenie biletu - rozsypuje się na sporej długości, gdyż prowadzący idzie żwawo. Oglądam się za siebie - oprócz naszej czwórki, idzie jeszcze troje, reszta zaczyna odstawać. Cóż, będziemy mieli więcej czasu dla ptaków we frakach; autobus i tak musi zaczekać na wszystkich.

Obrazek

Po drugiej stronie fiordu widać wyspę Riesco - nie jest taka płaska, jak otaczający nas teren, przyciąga więc mój wzrok. Po chwili polna droga zastąpiona zostaje drewnianym podestem, który tworzy czasami mostek, mimo iż żaden potok dołem nie przepływa. To takie skrzyżowania bezkolizyjne - dołem pingwiny, górą ludzie. No dobrze, ale gdzie te pingwiny?..

Obrazek

Są! To znaczy... jest jeden. Ale po chwili widać i drugiego. Parę osób stoi i wypatruje coś w ziemi, blisko podestu. Podchodzimy i my i faktycznie - w ziemnej jamie schowany pingwin, tylko łebek mu widać. Nieco dalej dwa następne, z czego jeden najwyraźniej daje występ operowy.

Obrazek

Wyłożona deszczułkami dróżka rozdwaja się. Wybieramy wariant prawy, kierując się w stronę wody.

Obrazek

Przed nami coś w rodzaju bardzo szerokiej i niskiej ambony myśliwskiej. Kilka drewnianych schodków i w szczelinach, zostawionych między deskami możemy obserwować grupę pingwinów nad samym fiordem.

Obrazek

Owszem, ruszają się, czasem wymieniają pozdrowienia dziobami, chwilami wygląda na to, że mają odmienne poglądy na jakieś swoje, pingwinowskie sprawy, ale... kolonia pięćdziesięciu tysięcy pingwinów??.. Jakieś pięćdziesiąt sztuk tu może na kolonie przyjechało. Ale nie więcej.

Obrazek

Obrazek

Cóż, nie ilość ważna, ale jakość. Rozglądam się trochę po okolicy. Intryguje mnie krajobraz, tak różny od naszego. Wprawdzie widziałem sporo programów w telewizji, ale jednak zupełnie co innego - zobaczyć to na własne oczy. Jesteśmy na szerokości geograficznej około 52 stopnie 30 minut, a więc na równoleżniku, którego północny odpowiednik przechodzi przez Polskę. Tuż powyżej Warszawy, na tej wysokości, gdzie Warta wpada do Odry, a roślinność... taka bardziej irlandzka, szkocka, norweska nawet... Cóż, jednak ta bliska masa lodu robi swoje. Jesteśmy przecież tak niedaleko Antarktydy.

Obrazek

Obrazek
Poprzednia stronaNastępna strona

Powrót do Jak nie Chorwacja to ... ???



cron
Wyprawa na antypody - Patagonia - strona 2
Nie masz jeszcze konta?
Zarejestruj się
reklama
Chorwacja Online
[ reklama ]    [ kontakt ]

Serwis Cro.pl Chorwacja Online wykorzystuje cookies do prawidłowego działania, te pliki gromadzą na Twoim komputerze dane ułatwiające korzystanie z serwisu; więcej informacji w polityce prywatności.

Redakcja serwisu Cro.pl Chorwacja Online nie odpowiada za treści zamieszczone przez użytkowników. Korzystanie z serwisu oznacza akceptację regulaminu. Serwis ma charakter wyłącznie informacyjny. Cro.pl nie reprezentuje interesów żadnego biura podróży, nie zajmuje się organizacją imprez turystycznych oraz nie odpowiada za treść zamieszczonych reklam.

chorwacja online - cro.pl 1999-2019