Do kolejnego celu naszej wycieczki mamy około 40 minut. Żona nie wie, gdzie zamierzam ją wywieźć. Zasypia w Słowenii, a po przebudzeniu ze zdziwieniem odkrywa, że jesteśmy we Włoszech, a nie w Chorwacji.
Planując ten trip, zerknąłem na mapy, czy w Trieście znajdzie się coś ciekawego. No i znalazło się, więc jedziemy.
Zaczynamy od
Zamku Miramare (Castello di Miramare), który znajduje się na obrzeżach Triestu (około 7–8 km na północny zachód od ścisłego centrum), na skalistym cyplu praktycznie nad samą Zatoką Triesteńską.
Powstał w latach 1856–1860 dla arcyksięcia Ferdynanda Maksymiliana Habsburga, młodszego brata cesarza Franciszka Józefa I, oraz jego żony Charlotty Belgijskiej. Maksymilian był dowódcą austriackiej marynarki wojennej, więc nadmorska lokalizacja nie była przypadkowa. Sam zamek zbudowano w stylu eklektycznym, łączącym elementy gotyku, średniowiecznych zamków i renesansu.
Historia jego mieszkańców jest jednak znacznie mniej bajkowa. W 1864 roku Maksymilian przyjął koronę cesarza Meksyku. Razem z Charlottą opuścili Miramare, a meksykańska przygoda zakończyła się tragicznie – w 1867 roku Maksymilian został rozstrzelany w Querétaro.
W zamku zachowały się oryginalne wnętrza związane z Maksymilianem i Charlottą. Jest m.in. biblioteka, apartamenty prywatne, sale reprezentacyjne i sala tronowa.
Zamek otacza ogromny, około 22-hektarowy park. Co ciekawe, powstał praktycznie od zera na skalistym i niemal pozbawionym roślinności cyplu. Sprowadzano tutaj ziemię oraz rośliny z różnych części Europy, a Maksymilian interesował się botaniką i nawet z Meksyku wysyłał do Miramare nowe okazy.
Auto zostawiamy na bezpłatnym
parkingu i idziemy w stronę zamku. Po drodze podziwiamy wspaniałe ogrody.
Zamek z każdej strony prezentuje się świetnie.
Udajemy się do kasy. Bilet normalny kosztuje 17 euro.
Lubimy Wiedeń i habsburskie pałace, a Schönbrunn robi na nas ogromne wrażenie. Tutaj więc nie mogło być inaczej. Miramare jest oczywiście dużo mniejsze, ale wnętrza od razu przypominają, że mamy do czynienia z tą samą cesarską rodziną. Tylko widok z okna trochę inny – zamiast Wiednia mamy Adriatyk.
Po wyjściu jeszcze krążymy wokół zamku i mijamy gościa, który patrząc na moją koszulkę, robi gest „devil horns” (mano cornuta).