Chorwacja Online..........odkryj Chorwację na forum obecnych i przyszłych Cromaniaków

Krótka opowiastka o styczniowym Egipcie.

Słowenia, Czarnogóra, Albania, a nawet Grecja, Włochy, Hiszpania, a może Floryda, albo ... Słowacja?
[Nie ma tutaj miejsca na reklamy. Molim, ovdje nije mjesto za reklame. Please do not advertise.]
Roxi
Cromaniak
Avatar użytkownika
Posty: 5061
Dołączył(a): 06.11.2008

Nieprzeczytany postnapisał(a) Roxi » 10.02.2017 10:08

Jestem i czekam na cieplutkie zdjęcia. :oczko_usmiech:
Magdalena S.
Cromaniak
Avatar użytkownika
Posty: 832
Dołączył(a): 03.06.2008

Nieprzeczytany postnapisał(a) Magdalena S. » 10.02.2017 20:46

Janusz Bajcer napisał(a):Czytam :lol:

Piszę...

mysza73 nie bądź taka skromna.
zibi.s
CROnikiCROpka
Roxi
miło, że jesteście :D
Magdalena S.
Cromaniak
Avatar użytkownika
Posty: 832
Dołączył(a): 03.06.2008

Nieprzeczytany postnapisał(a) Magdalena S. » 10.02.2017 20:47

Wycieczkę kupiliśmy w biurze podróży na lotnisku w Berlinie. Często tam kupujemy.
Właściciel biura, a raczej mąż właścicielki, sympatyczny Francuz Rey, przekonywał nas, że naszym marzeniem jest nie Egipt lecz Mauritius. Swoją drogą kierunek bardzo kuszący. Może kiedyś , innym razem, dziś na razie nie.
Lecimy do Egiptu, do hotelu Siva Port Ghalib w Port Ghalib.

Plan był taki ( bo zawsze mam jakiś wstępny plan):
12 stycznia w czwartek fruniemy we dwoje (ja i mąż Kuba) na dwa tygodnie.
Po tygodniu dolatuje do nas moja siostra Paulina. Wspólnie chcieliśmy odwiedzić Luksor, w którym raz już byłam, a którego nigdy dość.
Przed pojawieniem się Pauliny chcieliśmy (jeśli będzie taka możliwość) wybrać się gdzieś sami.
Mamy w Hurghadzie dobrych znajomych, prowadzących biuro podróży. Już na miejscu chcieliśmy się do nich odezwać z pytaniem, co mogą nam zaproponować? A konkretnie, jakby to wyglądało, gdybyśmy chcieli zobaczyć świątynie na południu Egiptu?
Zakładaliśmy, ze gdyby nic nie mieli w ofercie, nie będzie tragedii. W końcu słońce, leżak, słońce... 8)
Pozostały czas postanowiliśmy spędzić wystawiając wszystkie przemarznięte, blade części ciała na słoneczko.

Dzień poprzedzający wylot był mało zachęcający. Popołudniu zaczął pruszyć śnieżek. Do wieczora sypało już tak, że trudno było rozpoznać własny samochód pod zaspami.
Wieczorem zadzwoniła koleżanka z informacją, że pod Berlinem poprzewracały się tiry i żebyśmy wyjechali wcześniej, bo prawdopodobnie czekają nas objazdy.
Ok. Wylot o 6:30.
Planowany czas wyjazdu: 2:00.
Budzik na 1:00.
Nie wiem, o której zasnęłam. Wiem natomiast, że jeszcze o wpół do pierwszej oglądałam sufit. Przedwyjazdowe ,,podjaranie" nie pozwala spać.
Po krótkiej drzemce, wyruszyliśmy przez ciemną noc. O dziwo przyszła odwilż, ze śniegu została rozmoczona breja.
Rozmawialiśmy sobie o tym, jak to nie znosimy zarywać nocek. I jak to na przyszłość piszemy się tylko tam, gdzie można wyruszyć po śniadaniu... :)

Lecieliśmy z lotniska Tegel. Liniami airberlin. Wystartowaliśmy prawie o czasie. Siedzieliśmy w ostatnim rzędzie. Zawsze przy odprawie proszę o miejsce na końcu, bo nie lubię gdy ktoś kopie w mój fotel, kaszle mi nad głową, chrapie za moimi plecami...
A możecie być pewni, że to byłyby główne zajęcia delikwenta, który usiadłby za mną. Ja już tak mam.
Airberlin powziął oszczędności. Zrezygnowali z bezpłatnych, a raczej wliczonych w cenę, posiłków na krótkich trasach.
Piszę czysto informacyjnie. Zawsze zabieramy ze sobą własne drożdżówki. Samolotowe bułki a la papier to nie jedzenie.

Lecimy. Drzemiemy. Gramy w karty. Czytamy.
1392 (Kopiowanie).JPG





Przelatujemy nad Grecją, której wybrzeże z góry wygląda pięknie.
Potem Morze Śródziemne i rzut oka na Afrykę.
610 (Kopiowanie).JPG





Krótko po południu lądujemy w Port Ghalib, na lotnisku obsługującym kurort Marsa Alam. Rozglądamy się i dociera do nas,
że oto znaleźliśmy się po środku wielkiego niczego.
Na lotnisku oprócz nas jest jeszcze jeden samolot.
Dociera do nas coś jeszcze... jest ciepło!


Wklejają nam wizy do paszportów. Nie chcą za nie pieniędzy. Naiwnie myślimy, że może organizator miał to w cenie.
Wsiadamy do transferu.
611 (Kopiowanie).JPG


Miło gawędzimy z pilotem. Dla prawie wszystkich jest to powrót do Kraju Faraonów.
Transfer mamy króciutki, zaledwie 3 kilometry. Suniemy wolniutko i dowiadujemy się, że nadszedł czas na rozliczenie się za wizy. Ci którzy jeszcze nie płacili, płacą teraz... tylko że o 5 euro drożej.
Wyjdę o tydzień naprzód. Paulina będzie szukała stosownego okienka na lotnisku, ale takowego tam nie będzie. Chętni na przedpłatę, mogą zapłacić poprzez stronę egipskiej ambasady w Berlinie. Niby drobiazg, ale jakoś niesmacznie.
Potem pilot wyjął worek z bilonem dla chętnych, żeby mogli sobie ,,porozmieniać" banknoty euro, bo mogą się przydać...
Następnie dowiedzieliśmy się, że możemy zostawić kierowcy napiwek, w końcu wiózł nas całe 3 kilometry...
Dojeżdżamy.
Bakszysz oczywiście sobie odpuszczamy. Czujemy, że wystarczająco nas oskubali.
Jesteśmy w hotelu.
613 (Kopiowanie).JPG
piotrf
Cromaniak
Avatar użytkownika
Posty: 15139
Dołączył(a): 26.07.2009

Nieprzeczytany postnapisał(a) piotrf » 11.02.2017 03:01

A siostra mówiła : nigdy w styczniu :roll:

Słowa nie powiem , czekam na dalszy ciąg . . .


Pozdrawiam
Piotr
elfik44
Croentuzjasta
Avatar użytkownika
Posty: 147
Dołączył(a): 13.12.2016

Nieprzeczytany postnapisał(a) elfik44 » 14.02.2017 14:05

Tam mnie jeszcze nie było:)) Ale marzę o Egipcie. Może kiedyś już bez dzieci:))
Magdalena S.
Cromaniak
Avatar użytkownika
Posty: 832
Dołączył(a): 03.06.2008

Nieprzeczytany postnapisał(a) Magdalena S. » 14.02.2017 21:45

piotrf napisał(a):A siostra mówiła : nigdy w styczniu :roll:

Dla mnie jeśli Egipt, to właśnie w styczniu. Bo ja nie lubię upałów 8)

elfik44 miło, że jesteś. A Egipt warto odwiedzić :)
Magdalena S.
Cromaniak
Avatar użytkownika
Posty: 832
Dołączył(a): 03.06.2008

Nieprzeczytany postnapisał(a) Magdalena S. » 14.02.2017 21:52

Hotel.
Pomagają nam wyjąć bagaże. Proszą żebyśmy zostawili je przed wejściem i poszli do recepcji. Idziemy.
Rozglądam się, żadnych achów i ochów. W recepcji obsługuje nas pani. Później okaże się, że to jedyna kobieta pracująca w hotelu.
Proszę o cichy pokój. Pani patrzy mi w oczy i mówi, że pokój będzie bardzo cichy. W bardzo cichej okolicy...
Na zewnątrz czeka na nas meleks. Ładujemy bagaże, ładujemy się. Jedziemy, czuję pierwsze rozczarowanie.
Widzę, że nie jest super. Hotel jest ogromny. Połączony z dwoma innymi. Przez dwa tygodnie nie dojdziemy, gdzie kończy się jeden a zaczyna drugi.
To takie rozległe, dwupiętrowe budynki. Mnóstwo korytarzy, z których wchodzi się do pokoi.
Aby dostać się na owy korytarz, musimy przejść przez coś co miało być trawnikiem, a jest pylistą, ubitą ziemią.
Ten pył będzie mnie wkurzał przez cały pobyt.
Drzwi do pokoi są jak z trzeciego świata. Pokój niby sprzątnięty do czysta. Ale wszystko jest byle jak wykonane.
Szafki niby postarzone białą farbą, miało być retro, a jest dziwnie, bo farba się wylała.
Z fugi w łazience wystają włosy fachmana... :evil:
Przy oknie urwał się maleńki element. Wydostanie się na balkon będzie dla mnie akrobacją. Ale pokój jest niby czysty.
Mamy fajny witraż pomiędzy kabiną prysznicową a sypialnią. Taki bajer.
Będzie dla nas sprzątać trzech Ahmedów. Aby uprościć sprawę, panie sprzątające zawsze nazywam Mariją.
A panów, czyli w Egipcie, nazywam Ahmedami. Ale jeden naprawdę tak miał na imię.
Wszyscy będą się starać. I wszyscy po kolei przyjdą mi opowiedzieć, że właśnie jadą do domu. Do Luksoru, Kairu, Aleksandrii,
do dawno niewidzianą rodzinę. Opowieściom tym, będą towarzyszyć pytania, czy jestem zadowolona? Zachwyty nad moją urodą i sympatycznym usposobieniem 8O .
I pobrzękiwanie kieszeni.
Faktem jest, że w egipskich kurortach pracownicy są przyjezdni. Przyjeżdżają z dużych miast,
lub -gorsza opcja, z pustynnych wsi.
Pracują dzień w dzień, przez kilka miesięcy i odjeżdżają.
Przez dwa tygodnie będą się z nami żegnać również kelnerzy.
No i zawsze przed wyjazdem będą próby rozmienienia nam banknotów. A właściwie zamienienia sobie bilonu na papier,
bo przecież bilon może nam się przydać... Co mogłam, zamieniałam, ale ile można?

Jesteśmy głodni. Idziemy do restauracji. Trochę błądzimy korytarzami. Kilka dni będziemy się przyzwyczajać do nieeuropejskiej logiki w planowaniu przestrzeni.
W końcu docieramy do restauracji, która okazuje się taką raczej stołówką...
A to za sprawą współtowarzyszy naszego wypoczynku. Okazuje się, że najwięcej gości jest z Ukrainy.
Tak, będą nocne, ukraińskie pieśni w ogrodzie i skoki ,,na banię" do basenu.
Drugą dominującą nacją jesteśmy my. Niestety ze słowem na literkę k jako przecinek. Z dziećmi, którym wszystko wolno.
I z przeświadczeniem, że skoro zapłaciliśmy za All, wolno nam wszystko.
Jest garstka Holendrów,Włochów i Niemców. Cała klientela jest dziwna.
Na wejściu obrazki by nie wchodzić w strojach kąpielowych. Ale co z tego? Biegają boso. Próbują z garnków.
Nakładają sobie takie sterty, że im się wysypuje, wylewa z talerzy.
Personel jest przemiły. Jedzenie smaczne. Ale ogólnie jest nieprzyjemnie.
Zjadamy i uciekamy.

Aby zamknąć temat gastronomiczny w hotelu napiszę, że ani razu nie wypiliśmy drinka w lobby. Raz, że nie przetrwaliśmy kolejki. Jeden barman i tłum. Dwa, że może lepiej nie pić tam gdzie przyklejam się do podłogi.
W barze na plaży będę piła butelkowaną wodę. Szklanki zbyt często bywają tam brudne, żeby ryzykować coś innego.
Z czasem odkryjemy, że w sąsiednim hotelu obsługują nas w barze.
Tamtejsi goście mogą wypoczywać w opcji All -ci nieszczęśnicy przychodzą na posiłki do nas.
Albo Hp -ci szczęśliwcy jadają w eleganckiej, czystej restauracji, przy akompaniamencie muzyki. Patrzę i zazdroszczę.
Ale w ich barze w ogrodzie możemy coś wypić przy czystym stoliku, z czyściutkiej szklanki.
Zaczynamy doceniać małe rzeczy.

Ruszamy na pierwszy spacer. Jest ciepło 8)
Ostatnio edytowano 14.02.2017 21:56 przez Magdalena S., łącznie edytowano 1 raz
fiechu
Cromaniak
Avatar użytkownika
Posty: 900
Dołączył(a): 15.07.2012

Nieprzeczytany postnapisał(a) fiechu » 14.02.2017 21:56

Rewelacyjny pomysł.
W zeszłym roku byliśmy w styczniu w Royal Tulip w Marsa Alam.
W tym roku w lutym Hotel Concorde Marsa Alam.
Słońce....palmy....rafa....cóż chcieć więcej :)
Pozdrawiamy
egiptt.jpg
Magdalena S.
Cromaniak
Avatar użytkownika
Posty: 832
Dołączył(a): 03.06.2008

Nieprzeczytany postnapisał(a) Magdalena S. » 14.02.2017 21:59

fiechu napisał(a):Rewelacyjny pomysł.

To prawda. Słońce i palmy są wspaniałą odskocznią od zimy :D :papa:
zibi.s
Cromaniak
Posty: 2111
Dołączył(a): 01.02.2013

Nieprzeczytany postnapisał(a) zibi.s » 14.02.2017 22:22

Obłoczki z ostatniego zdjęcia poprzedniego wpisu przepiękne...normalnie zazdroszczę :wink:
renatalato
Cromaniak
Avatar użytkownika
Posty: 4918
Dołączył(a): 04.05.2005

Nieprzeczytany postnapisał(a) renatalato » 14.02.2017 22:50

Brakuje mi słońca, muszę się trochę z Wami pogrzać 8)
słoma79
Cromaniak
Avatar użytkownika
Posty: 2166
Dołączył(a): 29.11.2015

Nieprzeczytany postnapisał(a) słoma79 » 14.02.2017 22:57

Literacko pięknie...proszę mi to teraz jakoś zobrazować :oczko_usmiech:
Magdalena S.
Cromaniak
Avatar użytkownika
Posty: 832
Dołączył(a): 03.06.2008

Nieprzeczytany postnapisał(a) Magdalena S. » 16.02.2017 23:19

zibi.s napisał(a):Obłoczki z ostatniego zdjęcia poprzedniego wpisu przepiękne...normalnie zazdroszczę :wink:

Obłoczki wręcz prosiły, by je uwiecznić.
renatalato napisał(a):
Brakuje mi słońca, muszę się trochę z Wami pogrzać 8)

Zapraszamy :D
słoma79 napisał(a):
Literacko pięknie...proszę mi to teraz jakoś zobrazować :oczko_usmiech:

Dziękuję :D . Wszystko zobrazuję, niech no tylko przebrnę przez to ,,Egiptowo" i dojadę do Egiptu.
Magdalena S.
Cromaniak
Avatar użytkownika
Posty: 832
Dołączył(a): 03.06.2008

Nieprzeczytany postnapisał(a) Magdalena S. » 16.02.2017 23:45

Port Ghalib.
Teren wielkości małego miasteczka kupił bogacz z Kuwejtu. I wybudował miasteczko hotelowe.
Port Ghalib nie jest typowo egipskie. Jest bardzo czystym, sztucznym, zamkniętym tworem. Brakuje biegnących do szkoły dzieci, niewykończonych budynków, tubylców niezwiązanych z turystyką. Przyjemnie, ale nieprawdziwie.
Kilka, może kilkanaście hoteli. Nasz na samym końcu. Pomiędzy hotelowymi ogrodami a plażą przebiega ścieżka wiodąca do portu. Porciku.
Przybija tam kilka statków. Wzdłuż wybrzeża uliczka z knajpkami. W drugiej linii brzegowej sklepiki. Sprzedawcy miło nas witają. Odpuszczają po pierwszym -dziękuję. Jest centrum nurkowania. Są łodzie zabierające na całodniowe wycieczki. Sennie i spokojnie.
616 (Kopiowanie).JPG
1409 (Kopiowanie).JPG
888 (Kopiowanie).JPG
1176 (Kopiowanie).JPG
1177 (Kopiowanie).JPG
1385 (Kopiowanie).JPG
1408 (Kopiowanie).JPG

A najwspanialsze jest to co widzimy, wychylając się za keję. Masa kolorowych rybek, tylko czeka na okruszyny chleba.
Będziemy tam chodzić codziennie.
1194 (Kopiowanie).JPG


Jesteśmy zmęczeni. Wracamy do pokoju. Prysznic i padamy na łóżko. Postanawiamy odpuścić sobie kolację. Zasypiam. Zastanawia mnie szum...
Budzę się w środku nocy. Jak szumiało tak szumi. Ale bardziej przeszkadza mi impreza pod nami. Wyprawili ją rodacy ( z którymi zresztą przylecieliśmy jednym samolotem). Tak, w pokoju. Głośno i radośnie!
Stopery w uszy. Poduszka na głowę. Obiecuję sobie, że rano zamienimy pokój.
Ale rano sytuacja nieco się zmieniła. Imprezowicze zmieniają pokój. Może nie odpowiadał im ten szum? A może położona tuż obok wieża, z której pięć razy na dobę, nawołują do modlitwy. Zauważyłam, że nawoływania o czwartej nad ranem są głośniejsze i dłuższe od tych popołudniowych...
Postanawiamy na razie zostać. Zobaczyć, co będzie dalej. Ostatecznie zostaliśmy tam do końca.
Będą nas za to opuszczać wszyscy sąsiedzi. Z czasem przyzwyczaimy się do nawoływań. Uznamy je za część egipskiej kultury.
A szum, jeśli uruchomimy wszystkie pokłady wyobraźni, może udawać morze.
Ale dźwięk będzie mnie intrygował. Zapytam o to moich Ahmedów. Wersje będą dwie: kotły hotelowe, dzięki którym mamy ciepłą wodę.
Albo mała stacja benzynowa, wg mnie z własnym, małym wydobyciem :wink:

Rano śpimy dobrze. Przesypiamy porę śniadania. Niewielka strata. Na balkonie zjadamy nasze drożdżówki. Idziemy na plażę.
Przez kolejne dwa dni będziemy spać do późna i drzemać na leżaku. Chyba byliśmy zmęczeni polską zimą.
Odeśpimy tyle ile będzie domagał się organizm, potem zaczniemy wstawać skoro świt.

Plaża nie jest kamienista. Daleko jej do chorwackiego raju. Piasek dostaje się wszędzie. Jest we włosach, książce, torbie.
Od wiatru chronią nas wiklinowe parawany. Daje to wrażenie kameralności. Leżaki rozstawione są daleko od siebie.
Ale i tak słyszymy nową modę, a mianowicie można na plażę przyjść z własnym radyjkiem. A jeśli na ten genialny pomysł wpadnie więcej osób, efekt jest ciekawy... 8O
626 (Kopiowanie).JPG
898 (Kopiowanie).JPG
901 (Kopiowanie).JPG
905 (Kopiowanie).JPG
910 (Kopiowanie).JPG


Powtarzam jak mantrę:
-nic mnie nie denerwuje
-nic mnie nie denerwuje...
Ok. Wszystko mnie denerwuje. Bezczynność. Unieruchomienie na zamkniętym terenie.
A najbardziej facet, który kupił dziecku plastikową gitarę. I teraz młody wyje, bo stary nie chce mu oddać, bo sam gra.
Ratunku! Musimy się stąd wydostać :!: :!: :!:
Załączniki:
617 (Kopiowanie).JPG
Chłopaki się starali.
Magdalena S.
Cromaniak
Avatar użytkownika
Posty: 832
Dołączył(a): 03.06.2008

Nieprzeczytany postnapisał(a) Magdalena S. » 28.02.2017 23:15

Dlaczego wycieczki tylko od Mostafy...?

Żeby wytłumaczyć, muszę cofnąć się do roku 2006. Wtedy zwieliśmy ślub. Kuba oświadczył mi się rok wcześniej, podczas naszej pierwszej wyprawy do Chorwacji.Pływaliśmy w maskach i pod wodą pokazał mi pierścionek. Zgadzałam się tak radośnie, że nieźle się tej wody napiłam. A woda pita bezpośrednio z morza, zamiast z fontanny, gwarantuje częste powroty do Chorwacji.
Ale uciekam od tematu.
Podróż poślubna do Sharm el Sheikh. Stamtąd już na miejscu kupiliśmy dwudniową wycieczkę do Kairu.
Chętnych było wielu. Pojechał cały autokar, z tym że większość wracała tego samego dnia. Na noc zostało nas tylko pięcioro.
Odwiedziliśmy Muzeum Egipskie, gdzie za brak napiwku z mojej strony,
pani sprzątająca toaletę serdecznie ,,wycięła" mi z łokcia :evil: .
Zobaczyliśmy piramidy.
Kupiliśmy, nie wiadomo po co, papirusy. Wieczorem pływaliśmy statkiem-restauracją po Nilu.
Był czerwiec, upał niemiłosierny :hut:
Spaliśmy w hotelu w Gizie, z widokiem na piramidy. Była to najdziwniejsza noc w moim życiu.
Wyobraźcie sobie luksusowy hotel. Kryształowe żyrandole, bordowe dywany, puszyste tapety, złote poręcze. Arabski przepych.
A teraz wyobraźcie sobie, że nikt tam nigdy nie posprzątał. Ile się przez dziesięciolecia nakurzyło, tyle kurzu tam było.
Personel chodził dumny z owego luksusu, brudu jakby nie zauważając. Bardzo dziwne miejsce.
Naszym przewodnikiem po mieście był piszący doktorat, mieszkający w Kairze, zafascynowany Egiptem, Polak Mariusz Budek.
Opowiadał z wielką pasją. Szybko poczuliśmy, że do Kairu wrócimy. Obejrzymy go dokładniej. I koniecznie z Mariuszem.

W styczniu 2008 polecieliśmy do Hurghady. Poznani tam sympatyczni Polacy, zaproponowali nam wspólne fakultety. Mieli już nagrane przez internet, lokalne biuro podróży. Tak poznaliśmy Mostafę. Myślę, że najlepiej opiszą go słowa: elegancki, profesjonalny, niezawodny. I jego czarującą żonę Ewę, która po ślubie została Fatmą. To oni zorganizowali nam wtedy wyjazd do Luksoru. Ugościli nas w swoim domu. Poprosiliśmy ich wtedy o pomoc w zakupie biletów na lokalny autobus jadący do Kairu. Planowaliśmy przecież spotkanie z Mariuszem. A kupno biletów w tym nieeuropejskim chaosie zwyczajnie nas przerosła.
Fatma i Mostafa zaproponowali, że w podróży może potowarzyszyć nam Mostafa, który chętnie odwiedzi w Kairze rodzinę, a potem wspólnie wrócimy.
No i pojechaliśmy. Przez noc, wiele wojskowych posterunków, bramek. Kilka razy podczas kontroli żołnierz wybierał kilka osób, te musiały wysiąść i pokazać swój bagaż. W autobusie mogło być tylko czterech cudzoziemców. Takie panowały wówczas przepisy.
W Kairze przejął nas Mariusz. Pokazał miasto. Zabrał na pierwsze w naszym życiu kosheri. Pikantne danie z ryżu, makaronu, ciecierzycy, prażonej cebulki i sosu pomidorowego. Uwielbiam. Były piramidy. I nocleg w hotelu na wyspie Roda na Nilu. Przez całą noc budynek drżał. ..
Rano pojechaliśmy do, sąsiadującej z Kairem, Prowincji Fajum. Byliśmy w niewiarygodnie nieturystycznych miejscach.
W Świątyni Boga Sobka gdzieś pośród pustyni. W miejscu gdzie miliony lat temu było morze, a dziś są niesamowite, przypominające grzyby, formacje skalne. Dotarliśmy do wykopalisk kości dinozaurów. Ale żeby nie wszystko było takie super, w kilku miejscach kierowca mówił, że tu nie możemy się zatrzymać, bo ludność tubylcza gotowa obrzucić nas kamieniami.
Po powrocie do Kairu czekał na nas Mostafa. Ruszyliśmy do Hurghady. Buzia mi się nie zamykała, tyle miałam mu do opowiedzenie, aż ze zmęczenia padłam w pół słowa, jak kamień.

Styczeń 2009. Rezerwujemy urlop w Tabie. Jest to moment zaognienia się konfliktu pomiędzy Izraelem a Palestyną. W ostatniej chwili zmieniamy rezerwację na bezpieczniejsze Scharm. Rezygnujemy z planowanej wycieczki do Petry.
Odwiedzamy jedynie okoliczny Klasztor Świętej Katarzyny. Postanowiliśmy nie wspinać się na Górę Synaj, by obejrzeć wschód słońca. Lenistwo... Do dziś żałuję tej decyzji.
Fatma i Mostafa zapraszali nas wtedy do siebie. Mieliśmy, płynącym dwie godziny promem, przeprawić się przez morze. Byliśmy już w porcie. Z walizką. My na prom, a tu rejs odwołany. Nie dane nam było się spotkać.
Ale wzajemna sympatia pozostała :D . Za sprawą internetu, mieliśmy kontakt przez kolejne 8 lat.
Wiedzieliśmy, że jeśli mamy gdziekolwiek w Egipcie pojechać, chcemy aby to Mostafa zajął się organizacją.

Wracamy do współczesności. Od razu po przylocie, odezwaliśmy się do nich. Wyjaśniłam ,że chcemy gdzieś jechać. Najlepiej tam, gdzie jeszcze nie byliśmy. Stanęło na Asuanie i dalej do Abu Simbel. Mostafa miał zorientować się, czy uda się to zorganizować. Bo w Egipcie poza sezonem, nigdy do końca nie wiadomo, czy wycieczka się odbędzie.
Początkowo myślałam, że nic się nie stanie jeśli zostaniemy w hotelu. Poleniuchujemy.
Szybko poczułam, że bardzo mi zależy, żeby opuścić ,,nasze więzienie".
Na wyjazd do Asuanu nie było żadnych innych chętnych. Ostatecznie mieliśmy jechać we dwoje z kierowcą o prostym angielskim. W połowie drogi miał się do nas dosiąść polskojęzyczny przewodnik. Cudownie, cały przewodnik dla nas dwojga.
Mostafa obiecał, że jeśli praca mu na to pozwoli, dołączy.
Mój mąż ma taką cechę, że dopiero na miejscu interesuje się tym, co będziemy oglądać.
To ja zajmuję się logistyką. Coś tam planuję, proponuję. Mam świadomość, że nie do końca jestem słyszana... 8O
Ale, żeby nie było, Kuba zawsze jest naszym kierowcą. No chyba, że tak jak w Egipcie, dostajemy kierowcę.
Tak więc, zakomunikowałam, że jedziemy do Asuanu.
-Do Asuanu, dobrze do Asuanu.
A potem jeszcze do Abu Simbel, bo to już tylko kawałek dalej...
-Dobrze, do Abu Simbel też.
-Pokazać Ci na mapie?
-Potem, potem.
W wieczór poprzedzający wyjazd, Kuba zajrzał wreszcie w internet, spojrzał na mapę, sprawdził odległości.
Napiszę, że jego mina gdy dowiedział się, że do Asuanu jest 300 kilometrów, a do Abu kolejne 300 była bezcenna... :mrgreen:
Powiedział, że na przyszłość, musi zacząć słuchać, co ja tam nam proponuję.

Wtorek. 17 stycznia. Mieliśmy nie zarywać więcej nocek... A wyszło tak, że wyruszamy o piątej rano.
Ku przygodzie.
Załączniki:
602 (Kopiowanie).JPG
Transport publiczny w Prowincji Fajum. Styczeń 2008.
Poprzednia stronaNastępna strona

Powrót do Jak nie Chorwacja to ... ???



cron
Krótka opowiastka o styczniowym Egipcie. - strona 2
Nie masz jeszcze konta?
Zarejestruj się
reklama
Chorwacja Online
[ reklama ]    [ kontakt ]

Serwis Cro.pl Chorwacja Online wykorzystuje cookies do prawidłowego działania, te pliki gromadzą na Twoim komputerze dane ułatwiające korzystanie z serwisu; więcej informacji w polityce prywatności.

Redakcja serwisu Cro.pl Chorwacja Online nie odpowiada za treści zamieszczone przez użytkowników. Korzystanie z serwisu oznacza akceptację regulaminu. Serwis ma charakter wyłącznie informacyjny. Cro.pl nie reprezentuje interesów żadnego biura podróży, nie zajmuje się organizacją imprez turystycznych oraz nie odpowiada za treść zamieszczonych reklam.

chorwacja online - cro.pl 1999-2019