Odcinek jedenasty - hardcorowa Stiniva i zimna SrebrnaWrzucam ten odcinek jako przeciwwagę do ostatnio najbardziej popularnego wątku na forum dotyczącego pewnego wirusa
Może trochę błękitów w tym poście pozwoli chociaż na chwilę oderwać się od smutnej rzeczywistości , zapraszam
Wieczorem po powrocie z fiesty z okazji Roty Palagružonej położyliśmy się dość późno.
Zasypiałam z nadzieją na spokojny sen , gdyż kolejnego dnia była niedziela.
Niestety o 4 rano obudziło mnie głośne skrobanie do drzwi.
Co jest ?! Ktoś się do nas włamuje , czy co?
Oczywiście małż jak zwykle spał jak zabity i nie obudziłby go nawet wybuch wulkanu
Podbiegłam do drzwi .... ale szybko zorientowałam się ,że to nie u nas.
Wyszłam na balkon i zobaczyłam przyczynę tego dziwnego skrobania.
Nasz sąsiad -ten od smutnego psa na łańcuchu - otwiera swój garaż.
Jezusie co on tu robi w niedzielę o 4 rano
W wielkim garażu stoi tylko malutki ciągniczek. Sąsiad wytoczył ciągniczek z garażu.....zamarłam,
myśląc ,że zaraz go odpali i obudzi całą Komižę.
Ale sąsiad skierował ciągniczek w dół ulicy , wskoczył na niego i po cichutku potoczyli się w dół.
Odetchnęłam z ulgą i wróciłam do łóżka z kolejną nadzieją na sen do 6 .
Niestety po chwili rozbolał mnie brzuch , co skończyło się pośpieszną wizytą w toalecie
Coś mi się zdaje ,że zaszkodziły mi te ościste sardele z fiesty.
No to sobie pospałam.
Zabieram sprzęt ,czyli książkę i aparat fotograficzny i cichutko wychodzę na taras.
O 4.30 robi się jasno . Czekam na wschód słońca, który powinien być o 5.20.
To będzie gdzieś tu:
Kościółek niedaleko puntu widokowego:
Słońca jednak nie widać., choć jest już całkiem jasno
W końcu jest słońce

Wychodzi zza gór dopiero o 6.30
Komiža położona jest między górami i słońce operuje tu zdecydowanie krócej.
Tak samo jest wieczorem : słońce powinno zachodzić o 20.40 a tymczasem znika za górami już o 19.30 .
Czyli żeby na Visie zobaczyć w czerwcu zachód słońca trzeba wyjechać z Komižy
Przypomina mi to Kotor.
Oświetlone skałki:
Pogoda jest piękna. Słońce świeci , wieje dość mocny wiatr i jest zdecydowanie chłodniej. W mojej głowie rodzi się plan
Po 7 słyszę ryk silnika - sąsiad wraca na swoim ciągniczku. Odgłos silnika ciągniczka jest odwrotnie proporcjonalny do wielkości tego pojazdu
Sąsiad wrócił z pomocnikiem , a ciągniczek był załadowany zgrzewkami wody mineralnej
O 8 bezlitośnie budzę małża i przedstawiam mu plan na dziś
Ten plan to oczywiście Stiniva. Pogoda jest idealna : tylko 24 stopnie i chłodny wiatr.
Pakujemy plecaczek, ubieramy porządne buty i o 9.30 wyjeżdżamy.
Skręcamy w starą drogę do Visu i po chwili zatrzymujemy się na zdjęcia . Widoki zwalają z nóg
Biševo :
i Svetac:
Przed Pliskim Poljem skręcamy w prawo w kierunku Marine Zemlje i tam zatrzymujemy się na parkingu , gdzie zaczyna się zejście na słynną plażę Stiniva. Na parkingu stoją tylko dwa samochody. Jest dobrze
Robię zdjęcia tablic informacyjnych , w tym tej z ostrzeżeniem ,że zejście na plażę jest na własną odpowiedzialność:
Wydaję mi się ,że jesteśmy przygotowani na każdą ewentualność i przede wszystkim mamy pełne buty.
Skręcamy w ścieżkę prowadzącą do plaży, która jest kamienista ale schodzi łagodnie w dół.
Przed nami idą cztery dorosłe osoby w japonkach z dwójką dzieci. Jedno z dzieci ma ok.1,5 roku i niesie go matka na rękach a drugie to niemowle i siedzi w nosidełku na plecach tatusia. Ten widok nastraja nas optymistycznie. Jak oni w takim obuwiu i z małymi dziećmi dadzą radę to my tak przygotowani na pewno zejdziemy tam na luzie.
Nie spieszymy się ,żeby zachować pewną odległość i bezludzione zdjęcia.
Po chwili zaczyna wyłaniać się ONA
No luzik, to zejście wcale nie jest trudne.
Ale dość szybko zejście robi się bardzo strome. Są tu bardzo wysokie skalne stopnie i głazy ,z których muszę schodzić przysiadając , a nogi mam dość długie. Ale najgorsze są luźne drobne kamienie - jeden nieostrożny ruch i można razem z nimi zjechać w dół.
Doganiamy ludzi przed nami . Jak oni dają radę w tych klapkach i w dodatku z małymi dziećmi:?:
No tak, przecież są co najmniej 20 lat młodsi od nas

A my swego czasu z 3,5- letnim dzieckiem na plecach weszliśmy na Giewont.
W pewnym momencie mężczyzna z dzieckiem na plecach poślizgnął się na tych luźnych kamieniach i upadł.
Całe szczęście , że nie na plecy. Ale przestraszone dziecko zanosiło się płaczem przez dalszą drogę.
Zatrzymujemy się na focenie. Stiniva w pełnej krasie:
Schodzimy dalej. Z wysiłku jest mi bardzo gorąco i zużywam większość chusteczek higienicznych do wycierania potu z czoła.
Nagle słyszę soczyste przekleństwo małża.
Odwracam się i widzę krwawą ranę na jego łydce.
Nogę rozorały mu dwie sterczące gałęzie wystające z krzaka przy ścieżce, które ktoś ułamał
Krew się leje , a ja zapomniałam plastrów
Rana a właściwie dwie szramy są dość głębokie i małż usiłując zatamować krwawienie zużywa resztę chusteczek.
Momentalnie tracę chęć na dalszą wycieczkę , ale małż upiera się i idziemy dalej.
Krew na nodze przysycha , ale zdarta skóra piecze i to dekoncentruje małża...
Po kilku metrach zjeżdża w dół po luźnych kamieniach. Upadając, podpiera się ręką i w tym momencie w środkowy palec wbija mu się ostry kamień. O mało nie zemdlałam jak to zobaczyłam
Ale małż fachowiec w swojej branży ze stoickim spokojem wyciągnął kamień z palca i postawił szybką diagnozę :
- rana do jest do szycia , co najmniej 1 szew .
I znowu krew się leje . Wygrzebuję z plecaka resztkę papieru toaletowego i proponuję małżowi powrót do samochodu i szybką jazdę do Visu szukać lekarza . Ale małż stwierdza, że mamy już niedaleko i może w barze na plaży dadzą nam jakiś opatrunek , a szycie palca może godzinkę poczekać. Oczywiście słyszę jeszcze ,że wymyśliłam sobie "niezłą" wycieczkę
W końcu po półgodzinie schodzenia docieramy do plaży i idziemy prosto do baru
Nie wiem jak nazywa się plaster po angielsku więc pokazuję kelnerowi małżowy palec, mówiąc : "Do you have....?"
Facet zastanawia się chwilę i pyta "Flaster?" I w ten sposób przyswajam kolejne chorwackie słówko
Kelner przynosi plaster i mówi ,żeby najpierw odkazić palec w morzu , bo on nic takiego nie ma.
Małż jednak nie decyduje się na takie odkażanie.
Jest 10.30 a na plaży jest już z 15 osób i cały czas nadchodzą kolejne
Robię co mogę ,żeby ludzi na zdjęciach było jak najmniej
Po ostatnich wydarzeniach humory nam nie dopisują .Na plaży spędzamy jakąś godzinkę.
Ostatnie zdjęcie z poziomu kocyka
i wracamy.
Powrót jest znacznie łatwiejszy i szybszy niż zejście na plażę.
Małż wyciąga apteczkę z samochodu i robi sobie opatrunek. Na moje oko rana na placu wygląda paskudnie ,
ale małż po jej oczyszczeniu stwierdził ,że krew przyschła i rana zrośnie się bez zakładania szwów.
To samo zrobił z ranami na nodze i gotowe
