Karta jest potrzebna też przy wjeździe na most łączący Europę i Azję.
No i jesteśmy w AZJI. Spodziewam się wreszcie innego świata. A tymczasem .... obok autostrady co kilka kilometrów dobrze nam znane blokowiska, to chyba jakieś jaja. Różnią się od naszych tym, że są całkiem nowe i w każdej grupie budynków wewnątrz osiedla jest basen. Takich nowych osiedli spotykamy od Stambułu do Ankary co najmniej kilkanaście. Powstają one w różnych dziwnych miejscach, na pustkowiach, na górkach. Ciekawe jak oni to finansują i skąd ludzie mają tyle środków na zakup tych mieszkań.
Po "nacieszeniu" oczy widokiem bloków jedziemy dalej. Powoli krajobraz zaczyna się zmieniać, ale na razie Azji nie czujemy. Mijamy stolicę Ankarę w dość dużej jednak odległości, widać tylko przedmieścia. Po około 7 godzinach jazdy od Stambułu docieramy do pierwszego dziś celu jeziora Tuz Golu. Pierwszy widok nie jest powalający, widać sam początek jeziora, ale zamiast pięknej bieli widzimy sól pomieszaną z błotkiem. Tak jest jednak tylko na początku potem jest już coraz lepiej. Jest kilka miejsc z parkingami wzdłuż jeziora z których można dojść do brzegu i pochodzić po samym jeziorze. Mniej więcej w połowie długości jeziora jest dość duży parking (praktycznie przy samym brzegu), są także kramiki z pamiątkami, można także coś zjeść i się napić. Tutaj odbyliśmy godzinny spacer po solnej tafli jeziora. Według statystyk powierzchnia jeziora jest zmienna w zależności od pory roku i waha się od 1600 do 2500 kilometrów kwadratowych, a zasolenie wody wynosi 33 procent czyli więcej niż Morze Martwe. We wrześniu wody jest tam jak na lekarstwo i pozostała głównie sól, można chodzić boso i leczyć stopy. Wygląda to wszystko bajecznie i wszystkim polecam solny spacer. My zatrzymaliśmy się dodatkowo na końcu jeziora, gdzie także jest niewielki parking i tutaj ludzi nie było już wcale. Trzeba przejść w dół około 200m ale widoki zdecydowanie najpiękniejsze. Wprawdzie nie można od brzegu oddalać się za daleko ponieważ było tutaj dużo więcej wody, ale za to tworzy ona w połączeniu z bielą soli i piekącym słońcem fantastyczne widoki.
Tak wyglądało to zejście na końcu jeziorka, teoretycznie można zjechać ale ja nie ryzykowałem.
Stąd kierujemy się do Goreme, gdzie mamy spędzić kolejne 4 dni. Droga jest nieco gorsza, ale znając polskie realia narzekać nie mamy prawa.
Wjeżdżamy do Kapadocji i odtąd już wszystko cieszy nasze oczy, jest pięknie, jest cudownie. Pierwszy rzut oka na Goreme przy zachodzącym słońcu.
Jesteśmy w miejscu naszego noclegu, do głównej ulicy Goreme 50 metrów. Za cztery noce ze śniadaniem zapłaciliśmy 180 euro. Całe Goreme zbudowane jest na skałach i w skałach. Nasz pokój wygląda tak i jak widać jest w "kapadockim" skalnym stylu.
A tak wygląda otoczenie widziane z progu naszego pokoju, bajecznie. Po prawej taras na którym jedliśmy śniadania. Dla potrzebujących dostępu do świata był też internet wi-fi. Atmosfera rodzinna, posiłki przygotowuje starsza pani ze swoim wnukiem. Drugi wnuk mówiący po angielsku załatwia wszystkie formalności, pomaga, a nawet któregoś ranka umył nam auto, które powoli po jazdach na kapadockich trasach zmieniało barwę z granatowej na białą. Co ciekawe obok turystycznych apartamentów po niektórych podwórkach chodzą sobie kury. Ta swojska turecka atmosfera i otoczenie tworzą niezapomniane wrażenia.
Po przyjeździe wieczorem wybieramy się na pierwszą krótką wycieczkę po Goreme i na pierwszy posiłek. Restauracje bardzo ciekawie wyglądają, a nocne Goreme zachwyca. Hotele w skałach, ulice w skałach i te światła z wykutych okiennic.
Od jutra wyruszamy na podbój Kapadocji.

.png)

.png)
.png)
.png)
.png)

