napisał(a) meeg » 08.05.2017 14:06
Żyję
Tzn. jakoś przebiegłam i dobiegłam, choć oczywiście nie bez problemów z bólem nóg. Ale strasznie się cieszę, że przebiegłam całość dystansu i ukończyłam może nie w imponującym czasie ale jak na debiut i to na dość trudnej trasie, z fajerwerkami pogodowymi w tle te 4:21'33" to nie jest może aż tak źle. Byłam 35 w open kobiet i 10 w kategorii wiekowej.
Co prawda mierzyłam w czas w okolicy 4:05 - 4:15 i do 28 kilometra wszystko było pod kontrolą, w odpowiednim tempie i czułam się silna. Ale jak się zaczęły perypetie ze stopami i bóle mięśniowe to musiałam walczyć z samą sobą aby jakoś przeżyć i dobiec do mety. Trochę podcięło mi skrzydła gdy w chwili kryzysu minęła mnie grupa z zającem na 4:15. To był moment, gdy walczyłam jeszcze o wynik a z bólu chciało mi się płakać. Zającem był mój znajomy i krzyczał do mnie, abym postarała się utrzymać - ale akurat wtedy nie byłam w stanie. Zostałam i biegłam już wolniejszym tempem widząc jak mi moje marzenie czasowe powoli "odbiega" w dal. No ale pomyślałam sobie, że nie! Tak łatwo to ja się nie poddam i na pewno ukończę i na pewno zmieszczę się w 4:30. Dlatego wolniej ale cały czas biegłam. Od 30 km mijałam coraz więcej idących biegaczy, karetka też zaczęła jeździć do potrzebujących pomocy. Bardzo trudne były dla mnie jeszcze kilometry pomiędzy 32 a 34 gdy rozpętała się wielka ulewa i zrobiło się niesamowicie zimno. Zaczęłam drżeć, poczułam skurcze mięśni i wtedy to już wiedziałam, że nie mogę się zatrzymać! Bo zamarznę, rozchoruję się i wtedy to już na pewno nie dobiegnę - no i co wtedy powiem synkowi w domu - że się poddałam?! Nie na pewno nie! Więc zaciskam zęby z bólu i biegnę dalej myśląc tylko o pokonaniu kolejnego odcinka, a potem kolejnego i tak dalej. Tylko te odcinki są teraz bardzo bolesne - od 35km zaczyna się "mój rejon" czyli moja dzielnia

gdzie praktycznie każdy trening biegam - a to oczywiście podbieg długi i męczący jak .... Podbieg trwa nieprzerwanie przez 4 km - do 39km, zmienia się tylko jego amplituda. Pierwszą część lecę wręcz z automatu i wyprzedzam biegaczy ale po połowie gdy następuje zaostrzenie wzniesienia nogi przestają mnie słuchać zupełnie. Mam wrażenie, że ten już teraz trucht to jakieś czołganie się pod górę. Na punkcie odżywiania jednak przystaję na chwilę aby uzupełnić paliwo - piję wodę, izo i jem czekoladę - opycham się dosłownie. Te sekundy odpoczynku dużo mi dają, wychodzi słońce po burzy i dodaje energii. Znów biegnę i teraz trochę szybciej. Znów mijam biegaczy, choć i mnie mijają Ci, którzy teraz zachowali siły na końcówkę. Po 39 km zaczyna się wreszcie zbieg a potem w miarę płasko już do mety. Niestety ten zbieg strasznie mnie zabolał. Chciałam rozluźnić mięśnie, puściłam nogi aby pobiec szybciej a tu ból jak ..... No ale już tak blisko, że leciałam nie myśląc. Dwa kilometry przed metą złapała mnie koleżanka z drużyny, która wcześniej miała kryzys i jakoś go przetrwała a teraz leciała szybkim tempem prowadzona przez kolegę, który już wcześniej ukończył bieg towarzyszący na 10km. Krzyczą abym się podpięła, a ja już nie mam siły aby podkręcać, wolę już dobiec stałym tempem aby mnie już skurcze nie łapały. I tak właśnie dobiegłam minutę za nimi. Niestety nauka jest taka, że aby zminimalizować ból nóg trzeba jeszcze dużo czasu i dużo biegania aby przyzwyczajać organizm i mięśnie do pracy. Wydolność tlenowa jest i jestem przygotowana pod tym względem na dużo szybszy bieg (puls nawet na podbiegach nie wyszedł poza drugi zakres a normalnie to było konwersacyjne BC1) - tylko jeszcze nogi muszą mi pozwolić....
Pod spodem jak ktoś jest ciekawy jak wyglądał profil trasy to podsyłam link:
http://www.traseo.pl/trasa/v-maraton-lubelski
- Załączniki:
-

- Medal i nr startowy
-

- Telemark na mecie
-

- To jakiś 24 kilometr