
Wreszcie się odzywam

Z góry przepraszam za literówki - później je popoprawiam na razie tylko napiszę co i jak - może jakoś da się to przeczytać

Ufff, tak na gorąco nie pisałam, za co przepraszam - ale chyba musiałam się najpierw trochę ogrzać
I tak ogrzewam się do dziś - bo oczywiście moje gardło nie wytrzymało tak dużej dawki wdychanego lodu. Gardło niestety mam bardzo wrażliwe z powodu przebytej w młodości mononukleozy i teraz daje to znać przy większych wychłodzeniach....
No ale po kolei.
Od rana miałam już niezłego pietra. W sumie nie wiem czego, bo to nie pierwszy taki bieg, a ja jak przed debiutem dosłownie

Oczywiście pierwsze pytanie to jak się "kurczaczek" ubrać

Zimno jak diabli a ostry wschodni wiatr potęguje tylko odczucie piekącego zimna. (temperatura powietrza to niby tylko -10, ale przy tym wietrze odczuwalna była podawana jako -19....) No ale jak bieg to nie mogę się ubrać za ciepło.... Czyli bluzka termo, jakaś lekka bluza i na górę koszulka klubowa. Tylko ta koszulka jest dość wąska (taka letnia startówka), a bluzy mam w wersji szerszej i jak tu wcisnąć jedno na drugie bez krępacji ruchów? No kurcze się nie da!

I tak kombinuję, zmieniam i w wyniku tego jako strój zostają dwie takie cienkie bluzeczki longsleeve i na to koszulka. Na nogi legginsy jesienne z lekkim dociepleniem i albo drugie długie albo na wierzch takie tylko do kolan - aby uda dogrzać. Zabieram oba warianty do torby i zdecyduję na miejscu. Na głowę opaska termo (nie lubię biegać w czapce) no i rękawiczki (moje extra ciepłe "kucharskie" zostały w domu, a zabrałam tylko takie zwykłe polarki).
Na miejsce przyjechałam godzinę przed startem i już miałam wielki problem aby znaleźć miejsce do zaparkowania

Z samochodu jeszcze w kurtce i zimowych buciorkach poleciałam do hali, gdzie mieliśmy zbiórkę naszej drużyny. Po nogach już wiało, że szlak. Kilka zdjęć grupowych i trzeba szybko lecieć na rozgrzewkę. Wyszłam z hali w stroju, a tu tak zimno, że od razu dygoty.... Pierwsza myśl to, że głupia się za lekko ubrałam i zaraz zamarznę. Ludzie na pierwszy rzut oka dużo cieplej "okutani", ale co tam - właśnie widzę jakiegoś gościa w krótkich spodenkach

i już się zastanawiam czy po biegu trafi na reumatologię

Rozgrzewka bardzo dynamiczna, aby szybko nabrać ciepła i zaczynam powoli czuć lekki komfort termiczny, a przynajmniej nie telepie mnie już z zimna. Biegnę jeszcze aby zmienić getry zewnętrze na te krótsze. Nogi mam dość dobrze rozgrzane, jeszcze stopy trochę lodowate i paluchów w butach nie czuję, ale wiem, że w trakcie biegu to powinno się zmienić na plus. Po ustawieniu w strefach startowych zaczyna się oczekiwanie. I tak czekamy, czekamy, czekamy no i czekamy. Każdy podskakuje i dogrzewa się jak może, zimno w nogi masakrycznie, a start się przedłuża.... Niefajnie... Mam słuchawki na uszach to nawet dobrze nie słyszę jak tam z przodu rzeczy się mają, czy już wszystkich sponsorów wyczytali, pozdrowili, itd. Widzieć też kiepsko widzę co tam z przodu bo moja strefa jest całe lata świetlne za czołem biegu. No wreszcie dostrzegam ruch z przodu, czyli poszli

Więc lecimy

Zimno strasznie, nogi po rozgrzewce już zdążyły zesztywnieć na mrozie. Włączam muzę i zegarek gdy mijam linię startu. W głowie mam rady - "początek wolno i spokojnie, nie szarpać i nie trzymać na siłę tempa na podbiegach, atakować w II części biegu po ostatniej górce". No to zaczynam spokojnie, patrzę na zegarek i widzę, że tempo za spokojne, więc oczywiście przyspieszam, ale już po 1 km zaczyna się intensywny podbieg z miejscami o nachyleniu 6% i tutaj moje trzymanie tempa zapiekło na niedogrzanych nogach o gardle nie wspominając. Poczułam dziwne zdrętwienie całej twarzy z ustami włącznie i zastanawiam się "o co kaman"

Troszkę z obawy czy wszystko jest ze mną ok, nie biegnę szybciej na pierwszym zbiegu i kolejnej dłuższej prostej, a spokojnie do 3 km. Patrzę też na tętno - ale odczyt pokazuje, że jestem w strefie BC2 czyli nie przesilam się na pewno. Po minięciu 3 km zaczyna się chyba najgorszy podbieg - długi i dość męczący ciągnący się przez prawie kilometr i nawet tam gdzie już niby płasko jest stale lekko pod górkę. Tu trzymam nie tempo a staram się utrzymać w miarę równe tętno, przez co oczywiście tracę na prędkości, ale za to już w tym miejscu mijam ludzi idących pod górę

Potem jeszcze prosta i wreszcie najdłuższy odcinek z górki. Tu przy 5 km jest punkt nawadniania

tzn. naladzania, bo woda w kubeczkach jest.... lodem

Pod warstwą lodu jest co prawda woda ale tak zimna, że .... szpile w gardle. Po zbiegu oczywiście ostro w górę - bo jak w Lublinie - mieście wąwozów leżącym na siedmiu wzgórzach, wytyczyć w miarę płaską trasę - tego tu nikt nie wie. Podbieg niezbyt długi ale dający najbardziej w d.... (w nogi

) No ale potem to już od tego 6 km tylko proste i zbiegi do mety czyli mam dać po garach. No i wreszcie wbiegam w upragnione, wytęsknione al. Racławickie

I co? I lipa! Aż mnie cofnęło od tego wiatru! Pech taki, że przede mną luka na 200 m, i nie ma za kim się schować. Mam co prawda towarzysza biegowej niedoli w postaci dość miłego nieznajomego, który trzyma się obok mnie cały czas - ale właśnie - obok - a teraz wolałabym przed! I właśnie takiego teraz peacemakera by mi było trzeba! Mam chwilową nadzieję w jakimś biegaczu w niebieskiej kurtce - ale on tylko do nas dobił i dopasował się do tempa naszej dwójki. Schowałam się chwilowo za nim przed wiatrem - ale on myślał, że mi przeszkadza i stale mi ustępuje miejsca! No co za niedomyślny

Gdy podkręcamy trochę tempo potrzebuję mocniejszego oddechu (ja w ogóle zawsze zieję jak parowóz - taki mam już oddech), a tu taki lód, że piecze cała klatka piersiowa. Zaczynam się tego bać. Rok temu oskrzela i płuca miałam chore, teraz wolę nie ryzykować aż tak bardzo, tym bardziej, że już widzę, że wynik będzie słabiutki. Więc nie przyspieszam tak jak miałam to w planie a biegnę stałym tempem. Na końcowej prostej do mety trochę szybciej, a ostatnie 100 metrów to już wręcz sprint

Wbiegam, lekki skłon rozciągający, odbiór medalu ... i nawet zadyszki nie mam. Zero zmęczenia - jak po mocniejszym treningu a nie po zawodach. Czas netto 55:17 i dopiero odległe 23 miejsce w kategorii wiekowej, to jeden z moich najgorszych rezultatów. Co prawda trzeba chyba z niego trochę odjąć bo trasa okazała się nadmierzona o jakieś 200m (wszystkim nagle wyszło +200 metrów na gps-ach a to trochę dziwne przy trasie w mieście). Organizator oczywiście zaczął się tłumaczyć, że oczywiście mierzy się przy krawężniku a biegnie szeroką trasą ale 200m to raczej się nie nadrobi, a ja biegłam praktycznie cały czas przy krawężniku najbardziej optymalną linią... No ale pies to trącał

Nie ważne! Ważne jest to, że w sumie odkryłam, że mam w sobie jeszcze duże pokłady sił i trzeba tylko nie bać się ich uwolnić. Trza zapier...... od startu do mety a nie kalkulować

Tym bardziej, że po analizie biegu w komputerze do maksymalnego poziomu bardzo dużo jeszcze brakowało. To był bieg w strefie BC2. Więc kolejna nauczka i do następnego oby wreszcie udanego startu!
A co po biegu? Oczywiście chore gardło. Dziś jeszcze straszliwie kaszlę... Aczkolwiek na tygodniu z bolącym gardłem robiłam sobie biegi po Lasach Kozłowieckich, no i niestety przedobrzyłam... wczoraj już nie dałam rady i dziś też się poważnie obawiam czy w ogóle zrobię cokolwiek biegowo

Szkoda szczególnie dzisiejszego ranka bo odwiedziła nas Iza Zatorska i bardzo chciałam ją poznać. No ale z takim atakiem kaszlu to do łóżka a nie biegać po mokrym śniegu z lodem. A propos lodu - takie lodowisko to u nas cały czas

Bez kolców to się już nawet nie ruszam na żaden trening
