12 listopada 2025, dzień 6, środa c.d.Przejeżdżamy dosłownie 950 metrów i tu na spokojnie
parkujemy. Więc jeśli na poprzednim parkingu nie ma miejsca to warto podjechać tutaj i na spokojnie przejść się tych kilka minut, zwłaszcza że widoki są miłe dla oka i idzie się ścieżką po polu lawowym równolegle do drogi (choć miejscami w pewnej odległości od niej).
Przyjechaliśmy tu zobaczyć pewne zjawisko geologiczne.
Zgodnie z opisami w necie ma być miło i szybko. Jak szybko to nie zabieramy ze sobą niczego.
Jesteśmy u podnóża Caldera Colorada – tego wulkanu, który było widać w oddali spod Cuervos. Colorada jest bardzo charakterystyczny: typowy wyodrębniony stożek w charakterystycznym czerwonym kolorze (o różnej intensywności tego koloru), widocznym zwłaszcza po jego wschodniej stronie. Wulkan zawdzięcza swój kolor utleniającemu się żelazu, które jest w skałach wulkanicznych.
Przed nami wyraźnie oznaczona ścieżka oraz tablica informacyjna:
Można obejść wulkan dookoła, to ok. 4 km spacer, który zajmie 1-1,5 h. Niestety, obecnie nie ma już możliwości wejścia na szczyt krateru (ok. 600 m. n.p.m). To idziemy…
Mijamy panoramę na region z wulkanem Cuervos…
I tak idziemy, idziemy i naszego celu nie widać, a miał być po 5 min... Tak google pokazywało..
10 min. i już jesteśmy u naszego celu – bomby wulkanicznej Bomba Volcánica Gigantesca. Bomba to wyrzut lawy (w postaci płynnej lub półpłynnej) z głębi wulkanu, lawa stygnie już w powietrzu do postaci stałej (obracając się nabiera częściowo kulistą formę) zanim opadnie na ziemię. Mają różne kształty (generalnie opływowy) i rozmiary (od kilku milimetrów nawet do 2 metrów). Takich bomb na Lanzarote jest sporo, ale ta jest najbardziej znana i do tego bardzo duża, no i przeleciała 100 metrów…
Niestety obecnie nie można już podejść do bomby…szkoda, bo można by było zrobić fajne zdjęcie bomby z jej matką-wulkanem… A z daleka jakoś niespecjalnie wygląda…

I tak to ze skały zrobiono jedną z atrakcji wyspy… W sumie jak nie ma wielu spektakularnych miejsc, zabytków to niech atrakcją będzie bomba wulkaniczna… Ale jednak mogli ścieżkę poprowadzić pod samą bombę (nawet ogrodzoną ścieżką skoro bali się i chcieli chronić malpais). Odczuwam spore rozczarowanie, bomba jest za daleko….
Przeszliśmy ok. 1/3 obwodu wulkanu, stwierdzamy, że nie chce nam się iść dookoła, zwłaszcza, że po drodze nic spektakularnego czy ciekawego nie ma. A słońca ładnie i przyjemnie grzeje, więc pora poleniuchować.
Wracamy na parking są samą drogą…
Spoglądam na Montana Negra – geologicznie jest całkiem inny niż młody Colorado, choć dla oka są podobne: pojedynczy wyraźnie wyodrębniony stożek pokryty lapillami. A jednak jest to starożytny wulkan, z wierzchu odmłodzony przez opady z wybuchu Timanfaya. Nagromadzone na nim rofe (wulkaniczny żużel i/lub popiół)
„pozwoliły na stworzenie na nim małych gospodarstw rolnych, głównie winnic i upraw drzew owocowych”. My ich nie widzimy, ale obserwujemy za to żółciutką koparkę przerzucająca zużel, która na zdjęciu jest prawie niewidoczna …. Na ten wulkan można wejść
(część trasy jest dość mocno pionowa+sypkie podłoże), bo jest poza terenem chronionym i to z niego, przy użyciu odpowiedniego sprzętu, można zrobić zdjęcia El Cuervo z góry
(przy El Cuervo jest obszar chroniony i nie można tam latać dronami, zresztą nad dużą częścią Lanzarote nie wolno).
I tutejsza flora...
I to by było tyle z naszego spaceru po wulkanach.
