Kolejny dzień to absolutne nic nierobienie – żadnych kamieni, świątyń, jaskiń. Tylko basen, bilard, smaczne jedzenie i rodzinna wyprawa na tajski masaż.
Następnego dnia poszaleliśmy nieco bardziej. Chcieliśmy zobaczyć jaskinię Phraya Nakhom, która słynie z dużej fotogeniczności. Jaskinia jest położona w parku Khao Sam Roi Yot, raptem 60 km od Hua Hin. Najlepiej dotrzeć tam około 10.30 bo wtedy słońce wpadające do jaskini ładnie ją oświetla. Nam się ta sztuka nie udała ale i tak było ciekawie.
Rano wyjeżdżamy z Hua Hin i po około 1,5h jesteśmy na parkingu. Kupujemy bilety do Parku Narodowego i na łódkę, dzięki której oszczędzimy około 20 minut marszu.
Jest odpływ więc musimy się trochę przespacerować.
Potem opływamy cypel i sternik wysadza nas w pobliżu plaży.
Na miejscu jest bar gdzie kupujemy coś zimnego do picia po czym idziemy w górę.
Ścieżka nie jest jakaś wymagająca ale jest stromo w górę, temperatura i wilgotność też robią swoje. W połowie trasy jest punkt widokowy.
W tym miejscu jest też mobilny ratownik, który może udzielić wstępnej pomocy medycznej potrzebującym. Sprytne rozwiązanie.
Po około 30 minutach osiągamy cel.
Jaskinia jest bardzo ładna.
W drugiej „komnacie” jest tradycyjnie świątynia. Na szczęście nie trzeba ściągać butów i nikt nie zwraca uwagi na strój (chociaż są znaczki informujące o tym, że powinien być przyzwoity).
Trochę spacerujemy po jaskini i wracamy z powrotem na plażę.
Chwilę czekamy aż podpłynie jakaś łódka i wracamy na parking. Kupujemy na straganie zimne napoje i jedziemy w kierunku Hua Hin.
Popołudniu dzieci zażądały morza – bo jak to tak być w Tajlandii i nie być na plaży. Co koledzy powiedzą

. I tu mieliśmy mały problem – rozważaliśmy jakąś plażę po drodze do Hua Hin ale przy żadnej nie było knajpy serwującej jedzenie, które by nas satysfakcjonowało. Poza tym był odpływ więc do morza daleko. Ostatecznie dojechaliśmy do miasta, zjedliśmy w bardzo ładnie położonej włoskiej restauracji (ile można jeść ryż i makaron ryżowy i różne wariacje na jego temat). I rozpoczęliśmy poszukiwania plaży. Nie jest to takie łatwe bo w Hua Hin nabrzeże jest dość mocno zabetonowane. Dodatkowo jest dość duża strefa wyłączona z użytkowania z uwagi na znajdujący się tam pałac królewski.
Ostatecznie jakiś fragment piasku udało się znaleźć. Ja nie byłam nim specjalnie zachwycona ale dzieciaki trochę się pochlapały i pobawiły w piachu.
Byliśmy tam zupełnie sami, tylko przez chwilę towarzyszyła nam angielska rodzinka. Dzieciaki razem poszalały. Jak już morze zaczynało zalewać nasze budowle ewakuowaliśmy się do naszego domu.