Nasz następny punkt to świątynia Phnom Bagkeng gdzie mamy w planach podziwiać na zachód słońca.
Tu niestety następuje mały problem. Świątynia, z której jest ładny widok na zachód ma dość strome wejście, na które nie wpuszczają m.in. dzieci poniżej 12 r.ż. Córka jest bardzo rozczarowana. Najpierw idzie zwiedzać mąż z synem, potem mąż wychodzi a ja dołączam do starszego. Mamy całkiem dobre miejscówki na zachodniej ścianie, ludzi przybywa z każdą minutą podobnie jak chmur . Gdzieś w oddali słychać śpiewy z ceremonii pogrzebowej (jak wytłumaczył jakiejś grupie przewodnik co udało mi się podsłuchać).






Atmosfera byłaby całkiem fajna ale wielojęzyczny rozgadany tłum trochę wszystko psuje (na pewno nie jest to tak fajne jak zachód słońca w Tikal gdzie ludzi na wieży było kilkanaście i nawet jeśli rozmawiali to na tyle cicho, że nikt nikomu nie przeszkadzał). Ostatecznie dochodzimy z młodym do wniosku, że ten zachód nie będzie jakiś spektakularny i dołączamy na dole do męża i córki. Schodzimy na parking zanim cały tłum ruszy z góry dzięki czemu sprawnie dojeżdżamy do miasta, odbieramy pranie z pralni, robimy małe zakupy i mamy jeszcze chwilę żeby pochillować w basenie. Po takim dniu należy się każdemu .
Jeszcze kilka migawek z wieczornego przejazdu przez miasto:
Pierwszy dzień w Angkor wypadł bardzo udanie.
Z praktyczny informacji:
1. Bilety można kupić on-line albo w kasie (Visitor Center w Siem Reap). Podobno w Visitor Center są też automaty, w których kupuje się bilety. Bilety 3-dniowy 62 USD, młody płacił normalną stawkę, młoda za free.
2. Są też bilety 1-dniowe i 7 dniowe.
3. Na tym samym bilecie można też zwiedzać inne okoliczne świątynie.
4. Na miejscu, przy parkingach jest dużo straganów z pamiątkami, przekąskami, napojami, po drodze są też restauracje. Nie da się umrzeć z głodu i pragnienia.
5. Warto się przyzwoicie ubrać. Kobieta zasłonięte ramiona i dłuższa spódnica. Chłop długie spodnie. Jak ktoś zapomni to spokojnie można się obkupić na jakimś straganie.
6. Ludzi z jednej strony dużo, z drugiej większość świątyń, tego dnia, zwiedzaliśmy praktycznie sami – ot taki paradoks.