6.07.2021 – dzień 3 : Vućine, wieczorny TrstenikZapomniałam w poprzednim odcinku dodać, że wprawdzie grilla w Orebicu nie udało się upolować, ale za to kupiliśmy deskę do krojenia, bo niestety takiego luksusu w "naszej" kuchni nie ma
Rano potwierdza się, że istotnie mamy z tarasu widok na kawałek morza
A sam taras prezentuje się tak. Brak pralki na pierwszą część urlopu musieliśmy zaakceptować i przeboleć. Ale brak suszarki jest już irytujący. Szczególnie, że apartman pod nami suszarkę posiada...
Przy wejściu na taras (i do apartmanu przez taras) rośnie przeogromne drzewo oliwne, które podobno ma 600 lat. Jest faktycznie imponujące, chociaż te zdjęcia zupełnie tego nie odzwierciedlają.
Odpowiedź na moje wczorajsze pytania do właścicielki pojawia się w czasie porannej kawki na tarasie:
"Piekarnia koło OPS Fijaka”.O grillu ani słowa.

No cóż, nie będziemy się więcej przypominać, nie ma wyjścia, trzeba będzie wszystko zrobić na patelni.
Nasz apartman znajduje sie "na wsi", kawałek za "strażą pożarną" i kościółkiem. Wszędzie pełno rozmarynu i oliwek.
Po 8:00 idziemy do piekarni, którą tym razem znajdujemy już bez problemu, pomimo, że nieco ukryta. Kupujemy pieczywo na śniadanie i trochę przekąsek na plażę.
Poranna Žuljana wygląda całkiem przyjemnie, chociaż ja już wiem, że to nie jest moje miejsce. I z głównej plaży na pewno nie będziemy korzystać.
Po późnym śniadaniu ruszamy na pobliską Vućine. Chociaż teoretycznie dałoby radę iść piechotą, podjeżdżamy autem.

Trafiliśmy dziś na okienko pogodowe i już o 10:00 jest ponad 30C i zero wiatru. Ratunkiem szybkie przemieszczenie się nad wodę.
Plaża Vućine faktycznie wygląda cudnie, chociaż w pozytywnym odbiorze niestety przeszkadza ilość plażowiczów.
Nie robiłam zdjęć z plażowiczami, bo na co mi takie

Coś mi się zdaje, że tutaj będę musiała zapomnieć o pustych jak na Hvarze zatoczkach, które miało się na wyłączność…
Przy dużym zaludnieniu plaży niezłą opcją byłoby pewnie zadekowanie się w tej zatoczce po prawej stronie. Jedyny minus, że z całym majdanem trzeba by najpierw przejść trochę przez wodę tak do pasa.
W przybliżeniu wygląda to tak. Plusem jest cień i brak ręczników w pobliżu, minusem niewielka powierzchnia.
Woda bardzo ciepła. Nie mamy termometru, ale spokojnie jest ponad 25C. Tylko świat podwodny tutaj raczej żaden. Ale dla dziewczyn nie stanowi to problemu. Wystarczy materac.
Po południu plaża się przerzedza. Strefa komfortu zaczyna się powiększać. Mimo wszystko, nie wydaje mi się, abyśmy mieli tu jeszcze wracać.
Po południu zbieramy się do domu na obiad. Ostatecznie dziś M. serwuje faszerowane papryki, bo mięso do nich miało krótszy termin, niż to grillowe.

Zatem cevapy jutro, zanim będą się nadawać już tylko do kosza.
Po późnym obiedzie i minimalistycznym pindrzonku postanawiamy zajrzeć do pobliskiego Trstenika. Droga, która łączy Žuljanę z tym uroczym, jak się wkrótce okaże, miasteczkiem, jest przecudowna. I dopiero teraz odkrywamy, że to dobry skrót na drogę do Orebica. Wcale nie trzeba wspinać się na górę i jechać przez Drace.
Do Trstenika docieramy już po zachodzie słońca, ale mimo to od pierwszej chwili wydaje nam się wyjątkowo przyjemnym miejscem.
Po szybkim rozeznaniu i zachwycie nad przepiękną bugenwillą, siadamy w jednej z knajpek (Felix) na wieczorne… espresso.

Dziewczyny tradycyjnie robią się w takich miejscach głodne, więc zamawiają małą pizzę i lody.
Widoczek z knajpki bardzo przyjemny.
A tymczasem zaczyna się właśnie mecz Włochy-Hiszpania na Euro i knajpka momentalnie się zapełnia i robi się coraz głośniej. W sumie fajnie byłoby zostać, ale jesteśmy trochę zmęczeni po całym dniu na słońcu. Mam przeczucie, że jeszcze tu wrócimy. Może na finał Euro ? Na zdjęciu akurat poglądowo inny lokal 50 m dalej.
Kolejny wieczór spędzamy na tarasie w towarzystwie zimnego Karlovacko, meczu zza szyby, sowy z pobliskiego lasku i szakali. Nadal mam ciary, kiedy przypominam sobie ten dźwięk.
