Napełnieni wrażeniami schodzimy z naszych miradorów. Zahaczamy o budynek Guarderii, gdzie zainstalowano malutkie muzeum i spędzamy tam kilka chwil, oglądając gabloty z patagońską florą, podziwiając zaznaczone na zdjęciach trasy zdobywców najsłynniejszych turni, zaznajamiając się pokrótce z historią eksploracji południowej Patagonii. Sprawdzamy również prognozę pogody; niestety, sięga od kilku dni wstecz tylko do jutra i na dzień następny przewidziane są niewielkie opady. Cóż, wiemy, że patagońska pogoda lubi kaprysić i nie możemy liczyć stale na tak piękną aurę, jaka nas dziś tu przywitała.
Zaglądamy do tutejszych, nielicznych sklepów, gwarantujących podstawowe zaopatrzenie. Kupuję między innymi litrową flaszkę piwa, upewniając się, czy dostanę z powrotem pięć peso kaucji. Opowiadam moją chilijską przygodę, ale pan w sklepie zapewnia, że w Argentynie nie będę wystrychnięty na dudka. No cóż, jak będzie naprawdę - przekonam się wkrótce. Pod kątem następnego dnia sprawdzamy w agencji turystycznej możliwość przejazdu do El Pilar - okazuje się, że proponowana cena 45 peso od głowy jest znacznie wyższa od tej, jaką nam sugerowano w hotelu. Wracamy więc do siebie i uzgadniamy z panią w recepcji taksówkę na poranek kolejnego dnia. Będzie nas to kosztowało po 20 peso, a więc znacznie mniej, niż poprzez agencję.
Piwo wychylamy duszkiem i resztę popołudnia oraz wieczór spędzamy w zaciszu hotelu. Robimy użytek z wina, które przytargałem z El Calafate, wspominając kończący się dzień oraz snując marzenia na następny. W ruch idą również po raz pierwszy karty, które ktoś z nas przywiózł z kraju. Przed oddaniem się w objęcia Morfeusza, wychodzę jeszcze na zewnątrz, by w spokoju sporządzić notatki do relacji. Kropi lekki deszczyk, ale pomimo to na niebie tu i ówdzie przeświecają blade gwiazdy. Co nas czeka jutro?..

.png)
.png)
.png)
.png)