Tego dnia mamy wodną atrakcję – rejs mokoro po delcie. Mokoro to tradycyjna łódka (kiedyś drewniana, obecnie z jakiś poliwęglanów) prowadzona przez polera. Porusza się odpychając się jednym długim wiosłem.
Taki rejs daje unikalną możliwość doświadczenia delty z poziomu wody.
Najpierw jednak musimy dotrzeć na brzeg, gdzie spotkamy się z naszymi polerami. Wstajemy rano, idziemy na śniadanie (Semowi to taki camp gdzie w cenie jest pyszne śniadanie). Dopiero w dziennym świetle mamy możliwość zobaczyć w jak pięknym miejscu jesteśmy. Aż szkoda, że wczoraj dotarliśmy tak późno a dziś musimy wyjechać tak wcześnie, że nie możemy dłuższą chwilę posiedzieć po prostu na tarasie i pogapić się na rzekę.
Przejeżdżamy z powrotem drogę, którą pokonaliśmy wczoraj. Kiedy nie goni nas zachodzące słońce możemy dokładnie się przyjrzeć z czym musieliśmy się mierzyć:
Na miejsce zbiórki docieramy po 9. Panowie już są. Szybkie szkolenie z bezpieczeństwa i wsiadamy na łódki. Od początku będzie to bardzo relaksujące doświadczenie, tylko przyroda i my. Poler ciekawie opowiada o delcie, mijanych roślinach, ptakach, pokazuje zalane campingi. Kilkukrotnie powtarza, że w tym roku delta została pobłogosławiona bardzo dużą ilością wody.
Dopływamy do hippo pool gdzie moczy się w wodzie stadko hipciów. Obserwujemy, ale nie podpływamy zbyt blisko. Wkurzony hipcio potrafi przewrócić łódkę. Gdy tylko samiec alfa zbliża się do nas polerzy cofają łódki w trzciny. Zdjęcia nie są więc zbyt atrakcyjne, szczególnie, że siedziałam z tyłu, bo synek zajął miejsce z przodu.
Kolejny punkt programu to spacer po wyspie. Na dzień dobry spotykamy stado antylop, ale przed nami uciekają – słabi z nas tropiciele. Przewodnik pokazuje nam różne rośliny i opowiada do czego służą w tradycyjnej medycynie.
Dodatkową atrakcją jest analiza różnych zwierzęcych odchodów – na tej podstawie można określić jakie zwierzęta odwiedzały ten teren, w jakim mniej więcej były wieku (qpa starego słonia wygląda inaczej niż młodego) i kiedy zostawiły zrzut.
Po spacerze pakujemy się z powrotem do łódek i wracamy na przystań. Po drodze znów mijamy hipcie.
Dopływamy na przystań i żegnamy się z naszymi polerami. Całość zajęła nam ok 2,5h. To akurat odpowiedni czas, żeby doświadczyć delty w inny sposób, ale nie znudzić juniorów.
Pakujemy się do auta i jedziemy do Maun. Po drodze zatrzymujemy się w Shorobe kupić tradycyjne botswańskie kosze. Są piękne:
Droga do Maun jest dość nużąca i nieciekawa – usiana dziurami jak dobra kasza skwarkami, między dziurami inwentarz wszelaki, ludzie łażą jak chcą.
Na tę jedną noc w Maun wynajmujemy na bookingu mieszkanie. Mąż jedzie na zakupy, ja wrzucam jedną pralkę za drugą, dzieciaki chwilę moczą się w basenie, ale woda chłodna więc zalegają przed TV i Netflixem. Do tego ładujemy cały sprzęt elektroniczny, który mamy – kolejne dwie noce mamy zaplanowane z dala od cywilizacji i prądu też nie będzie…