Rano budzę się dość wcześnie, niedługo potem budzi się małżonek, ale dzieciaki śpią jak zabite. Głód zmusza mnie do samodzielnej wycieczki na śniadanie – idę bez telefonu i aparatu. Bo co ciekawego może człowieka spotkać jak je śniadanie?
Jeśli je się śniadanie nad brzegiem Zambezi to czasem dzieje się coś fajnego. Na przykład stadko słoni płynie sobie z lądu na wyspę na środku rzeki, a jak już dopłynie to się jeszcze wykąpie. Fantastyczny widok. Mąż z dzieciakami dotarli na koniec tego spektaklu więc w mamy jeszcze jakąś fotkę chociaż robiona na dużym przybliżeniu telefonem nie jest jakiejś super jakości.
Po śniadaniu pakujemy do końca auto i jedziemy. Przejazd przez Livingstone bezproblemowy, potem jedziemy przyzwoitą asfaltową szosą w kierunku granicy. Na odcinku około 60 km były 3 check pointy – na jednym sprawdzali dokumenty kierowcy, na drugim papiery auta a na trzecim już nie pamiętam co. Po około godzinie docieramy do granicy, przejeżdżamy przez nowoczesny most, wybudowany przez Koreańczyków i oddany do użytku w 2021 r. Zanim go wybudowali pływało się promem przez rzekę – to na pewno była przygoda. Ale teraz też jest ciekawie.
Przy wjeździe do Botswany odkażamy auto i buty. Zajeżdżamy do terminala granicznego – w jednym miejscu załatwia się kwestię wyjazdu z Zambii i wjazdu do Botswany. Punkt pierwszy - pieczątki wyjazdowe z Zambii do paszportów – mamy - poszło gładko. Punkt drugi – wywiezienie auta z Zambii – mamy – poszło w miarę prosto – pieczątka na kopii dowodu rejestracyjnego (zwanego tutaj „white card”) i jeszcze jakiejś jednej kartce+ zabierają nam jakąś kartkę, którą dostaje się przy wjeździe. Przechodzimy na drugą stronę. Punkt trzeci – pieczątki wjazdowe. Urzędniczka bardzo dokładnie ogląda nasze paszporty, szczegółowo analizuje akty urodzenia dzieci, pyta się o planowane noclegi. Grzecznie spowiadam się z naszego planu i podaję, gdzie zamierzamy spać (a trochę tego jest). Po 4 lokalizacji Pani już dziękuje chociaż nie jesteśmy nawet w połowie (chyba skończyło się miejsce w formularzu ). Mamy pieczątki . Teraz punkt 4 - trzeba wwieźć auto. Następne okienko – pokazujemy papiery, urzędniczka coś przegląda przekłada, prosi o coś jeszcze aż w końcu mówi, że nie jest w stanie nam pomóc i musimy zaczekać na kogoś „more experienced” – WTF??? Pytam się za ile będzie ten ktoś „more experienced” ale kobieta jakby nie rozumiała pytania – będzie to będzie . A ja się zastanawiam jakie mam opcje – a) poszedł do toalety i za chwilę wróci, b) poszedł coś zjeść i wróci za dłuższą chwilę, c) skończył robotę na ten dzień i wróci jutro? Na szczęście było to coś pomiędzy a) i b). Pan chyba rzeczywiście był „more experienced” bo szybko ogarnął o co nam chodzi, wypisał jakieś dwa kwitki, przybił dwie pieczątki, pobrał opłaty (drogową i za most – od razu w 2 strony) i uznał, że możemy jechać. No to lecim … Ha, ha, ha – nie tak szybko. Podjeżdżamy pod szlaban. Tam kolejny miły człowiek bierze od nas papiery, ogląda wszystkie pieczątki i pyta – a auto odkażone – tak, a buty – tak, a bagaże – WTF? No to zawracajcie. No więc wracamy podjeżdżamy do niepozornego budynku ze skanerem – tam trzeba wyładować CAŁY bagaż (łącznie z kocami, śpiworami, poduszkami itp.) a z bagażu wyciągnąć WSZYSTKIE buty. Następnie to wszystko jest skanowane i pryskane jakimś płynem. W „międzyczasie” kolejna urzędniczka ogląda nasze kwity i zauważa, że w potwierdzeniu zapłaty podatku drogowego jest błąd w numerze rejestracyjnym auta… No to idę z powrotem do tego „more experienced” urzędnika mówię w rzecz, pan ogląda kwity, dopisuje ręcznie właściwy (jak się wydaje) numer, parafka, 2 pieczątki i vamos. Jeszcze raz ta sama kobiecina robi double-check i znowu znajduje jakiś błąd – tym razem idzie ze mną i w miejscowym narzeczu wyłuszcza koledze, żeby się ogarnął. Kwity poprawione, bagaż odkażony, jedziemy pod szlaban – a tam … inna kobieta, która … absolutnie nic od nas nie chce, nie ogląda paszportów, nie analizuje pieczątek, nie pyta czy wszystko odkażone tylko macha ręką i nakazuje jechać dalej …
Po 10 minutach jesteśmy w Kasane. Najpierw idziemy na obiad, bo towarzystwo mocno głodne. Przewidując, że kolejne dni to będzie makaron z sosem ze słoika idziemy na porządną pizzę. Potem zakupy w pobliskim supermarkecie Spaar – wypełniamy po brzegi dwa duże wózki. Następny porządny sklep za 6 dni w Maun.
Pakujemy auto i jedziemy na nasz pierwszy camp. W pierwotnych planach miał być Ihaha Camp w samym środku Chobe Riverfront. Niestety nie było na nim miejsc. Wybór pada więc na Mwandi View Campsite położony ok 20 km od zachodniej bramy parku (Ngoma Gate). Musimy przejechać tzw. Transit road przez Chobe NP. Na transit road spotykamy słonie:
Dojeżdżamy na camp, miła pracownica recepcji prowadzi nas na nasze miejsce. Mamy do dyspozycji dużą parcelę, prąd, grilla. Rozkładamy namioty. Potem chwila relaksu w małym basenie i zachód słońca na tarasie z widokiem na rzekę.
Po kolacji jeszcze raz przychodzimy na taras. Mamy szczęście, bo do oczka wodnego przyszedł akurat mały szakal ale nocne zdjęcie jest dość marnej jakości.
Z kronikarskiego obowiązku napiszę, że camp kosztował nas 1260 puli za 2 noce (1 pula to ok 0,26). Płatność z góry, w dwóch ratach przez bramkę płatniczą. Jednak w przypadku tego campu aż takie środki ostrożności nie były konieczne - każdej nocy było kilka wolnych miejsc.