Kolejnego dnia czeka nas przejazd przez Moremi Game Reserve. Nasz początkowy plan zakładał spanie w rezerwacie – najchętniej na kultowym Third Bridge Camp. Ale zadowolilibyśmy się również noclegiem na campie Xaxanaxa a w ostateczności nawet na najmniej polecanym campie przy South Gate. Niestety na początku roku wszystkie były wyprzedane. Stąd wybór padł na Khwai Hippo Pool – miało być wygodnie, bo z pierwotnej lokalizacji do bramy parku było kilka kilometrów i max. 10 minut drogi. I tak mieliśmy zrobić pętelkę przez cały park. Wyjeżdżając wiedzieliśmy, że to się chyba nie uda, bo północna droga miała być zalana. Ostateczna trasa miała się wyklarować na miejscu.
Ale camp jak już pisałam przenieśli i z kilku km zrobiło się ok 15 km, a w praktyce nawet więcej, bo musieliśmy objechać zalany fragment drogi. W tych okolicznościach zamiast 15 min. jechaliśmy ok 45 min. (z uwzględnieniem postoju w Khwai Shopping Center)
I przejazdem przez taki wspaniały most
Nie chciało nam się też zbyt wcześnie wstawać (kardynalny błąd na safari) i w efekcie na bramie parku byliśmy dopiero ok 9.30. Od miłego strażnika dowiedzieliśmy się, że północna droga rzeczywiście jest zalana i po ok 15 km będzie nieprzejezdna. Mimo to chcieliśmy spróbować chociaż tych 15 km. Nawet tyle się nie udało, bo już po 8 natknęliśmy się na duże rozlewisko.
Robimy odwrót i jedziemy w kierunku South Gate. W północnej części parku spotykamy słonie i trochę antylop. Na chwilę zatrzymuje się też nad rzeką i podziwiamy widoki.
Spotkani Szwajcarzy pokazują nam zdjęcia geparda, które spotkali rano w południowej części parku.
Transit road jest niespecjalnie ciekawym, piaszczystym odcinkiem pomiędzy krzakami. Czasem mignie w nich jakaś antylopa. Dojeżdżamy do południowych granic parku, odbijamy w kierunku oczka, przy którym Szwajcarzy widzieli geparda, ale nie mamy szczęścia. Są za to 2 słonie.
Jedziemy dalej do następnego oczka, ale drogę do niego tarasuje złamane drzewo – złamanie wygląda na świeże (czyżby słonie?), nikt nie wyjeździł jeszcze objazdu a my nie jesteśmy tacy odważni. Jedziemy dalej, ale po kilku kilometrach zawracamy przed kolejnym rozlewiskiem. Na chwilę stajemy przy pierwszym oczku bo słoni jest już trochę więcej.
Zatrzymujemy się przy South Gate żeby rozprostować kości i skorzystać z toalety. Przy okazji idę zapytać się jak wygląda sytuacja na innych drogach. Sfochowana strażniczka burka, że ujedziemy góra 8 km, bo wszystko zalane. Mimo to postanawiamy spróbować.
Na początku nie jest zbyt ciekawie. Mijamy duże oczko wodne, ale przy nim żadnego zwierza. Droga raz jest sypkim piachem po kolana, żeby zaraz przejść w mega koleiny w zaschniętym błocie. Im dalej w Deltę tym bardziej zielono. Przejechaliśmy już na pewno więcej niż 8 km. Mijamy objazd do Third Bridge I Xaxanaxy (a to znaczy, że na naszej trasie na pewno za jakiś czas spotkamy wodę nie do przejechania). I kiedy już zupełnie tracimy nadzieję na ciekawy dzień – mamy je – całe stado lwów (a właściwie lwic) – są trochę daleko, ale spokojnie możemy je obserwować z drogi. Mamy je tylko dla siebie …


Decydujemy się jechać dalej, ale mimo, że droga wygląda na bezpieczną dochodzimy do wniosku, że powoli trzeba wracać – mamy bardzo długą drogę na miejsce noclegu a powinniśmy tam dojechać przed zmrokiem. Nowych lwów raczej nie będzie, bo to jednak terytorialne zwierzęta. Na inne koty chyba nie ma co liczyć. Ale wracając znowu stajemy przy „naszych” lwach – łaskawie kierują się bliżej drogi – coś czuję, że populacja antylop, które kręcą się po okolicy może się tego wieczoru nieco skurczyć . Niestety pora robi się taka, że już naprawdę trzeba odpalać wrotki na powrót. Na camp mamy od bramy około 60 km, czyli teoretycznie +/- 2 godziny. A do bramy jakieś 40 minut, jeśli będziemy jechać sprawnie. Teoretycznie…
Wracając do bramy spotykamy trochę więcej zwierza. Są guźce:
Zeberki:
Hipcio:
W krzakach buszują słonie.
Przy bramie krótki postój – rozprostowanie kości, toaleta i w drogę.
Znalezienie campingu w okolicach Moremi nie jest łatwe.
Ostatecznie decydujemy się na Semowi Nature Camp. Znalazłam tylko jeden camping bliżej bramy, ale na odpowiedź czy znajdzie się dla nas miejsce czekam do dzisiaj .
Niestety zarówno Google jak i Tracks4Africa mocno przeszacowują prędkość z jaką można pokonać tę drogę. Pierwszy odcinek drogi (do Mawana check point – punktu kontroli sanitarnej) jest w bardzo złym stanie i to właściwie slalom w piasku między dziurami. Sprawy nie ułatwiają liczne zwierzęta (śmiejemy się, że to te co nie chciały płacić za wstęp do parku). Spotykamy m.in. zebry, żyrafy (których nie było w parku), słonie w ilościach hurtowych.
Ale naszym prywatnym hitem jest hiena, której poza śmietnikową akcją kilka dni temu nie mieliśmy okazji spotkać. A tu proszę – w całej okazałości:
Zwierzaki te rzeczywiście mają fantastyczny węch. W aucie wieźliśmy śmieci (na poprzednim campie nie było koszy) – hiena obeszła nasz samochód bez większego zainteresowania – intensywnie węszyła tylko z tej strony, gdzie była siatka ze śmieciami. Na szczęście nie próbował sforsować karoserii Hiluxa.
Kolejny odcinek, mniej więcej do wioski Phologelo to piaskowa autostrada. Przynajmniej nie trzeba jechać slalomem. Za Phologelo zaczyna się asfalt, ale taki, że człowiek serdecznie za niego dziękuje, bo dziury dość spore i niespodziewane a w zachodzącym słońcu naprawdę dość słabo je widać.
Dlaczego tak zależy nam na czasie – na camp musimy dotrzeć przed zmrokiem. Normalna droga jest nieprzejezdna – powódź – trzeba jechać objazdem, który poprowadzony jest kompletnymi bezdrożami. Dostajemy z campu bardzo szczegółowe wskazówki z wyraźnym przykazaniem – musicie dotrzeć zanim zrobi się ciemno inaczej będzie bardzo trudno.
W Shorobe (jakieś 10 km od celu co równa się około 30 min. jazdy, a do zachody słońca jakieś 20 minut) łapiemy zasięg i piszemy na camp gdzie jesteśmy. Za wioską zjeżdżamy z drogi i jedziemy przez busz, bujamy się w głębokim piachu, mijamy krowy, kozy i inny inwentarz, przejeżdżamy przez mostek, gdzie woda stoi prawie równo z drogą, a za mostkiem woda… Spodziewaliśmy się tego, bo w instrukcji było napisane, że będzie taki fragment, ale myśleliśmy, że po prostu musimy przekroczyć jakiś bród albo większą kałużę, gdzie będzie widać drugi brzeg a nie kluczyć z zanurzonymi kołami pomiędzy krzaczorami ale wyjścia specjalnie nie mamy… Jednak udało się i nie zatopiliśmy auta. W zanikającym dziennym świetle meldujemy się na campingu. Zamiast 2h zajęło nam to około 2,5h a naprawdę jechaliśmy sprawnie jak na warunki, które mieliśmy. Dobrze, że na ten wieczór zamówiliśmy kolację, bo po takich atrakcjach należało nam się coś więcej niż makaron i sos ze słoika.