napisał(a) kulka53 » 05.06.2012 08:09
Nie ma co... trzeba wracać, zimno jest okropnie, jesteśmy przemoczeni, w butach też już chlupie woda a deszcz wciąż pada. Po drodze wstępujemy do kościoła San Lino.
A potem stwierdzam, że nie ma sensu byśmy oboje mokli w drodze do samochodu zwłaszcza, że i tak będziemy musieli potem przejechać pod bramą którą wychodzimy za mury. Zostawiam Małgosi plecak i aparat i puszczam się szybkim krokiem w dół, do auta. Leje coraz mocniej, a gdy po kilkunastu minutach ruszam z parkingu, mgła z nisko ciągnących się chmur ogranicza widoczność do parunastu metrów. To jakiś koszmar, nic nie widać, woda leje się z nieba wprost strumieniami, szyby parują...Zabieram zmarzniętą Małgosię spod bramy, nieco przestraszoną bo nie tylko pada i nic nie widać, ale też wali grzmotami i piorunami gdzieś w bliskiej okolicy. Nie chcę kontynuować jazdy w takich warunkach w zupełnie nieznanym miejscu... zwłaszcza gdy mówi mi, że widziała jak Włosi mimo tak słabej widoczności nie włączają w swych samochodach świateł

. Wciskam się więc gdzieś na pobocze i przeczekujemy tam najgorsze chwile.
Gdy mnie nie było, Małgosia zrobiła takie zdjęcia:
W końcu ruszamy. Niewiele widać, ale mniej pada, wyjeżdżamy więc z pięknej, ale niegościnnej dla nas Volterry. To wspaniałe miejsce, bardzo nam się podobało, nawet mimo zimna i przemoczenia (które w sumie sami sobie zafundowaliśmy) uważamy, że jest obowiązkowym do zaliczenia punktem na mapie Toskanii

.
c.d.n.
Ostatnio edytowano 24.06.2012 12:59 przez
kulka53, łącznie edytowano 1 raz