15 maja, niedzielaNa włoskim promie, jak to na promie. Póki noc, cisza i spokój, 95% pasażerów zasypia w swoich kabinach, pozostali na kanapach (jak my), albo po kątach na podłodze tu i ówdzie. Też kiedyś tak spaliśmy, ale na kanapie zdecydowanie wygodniej, bo miękko. Jednak wówczas wyjścia nie było, zresztą nawet na podłodze o wolny kawałek nie było łatwo

.
Gdy robi się jasno, zaczyna się spory ruch i przestaje być tak fajnie i sielankowo… ale godzinkę można wytrzymać. Ostatnie kanapki zjedzone, można szykować się do wyjścia, a to chwilę trwa bo klatki schodowe na Mobym wąskie a ludzi multum. Około 7 dobijamy do portu w Olbii, zdjęć brak, bo w zeszłym roku robiliśmy

, poza tym wolimy sobie posiedzieć w ciepełku przed zbliżającym się męczącym (wg planu) dniem. Pogoda dopisuje, ale upału na zewnątrz nie ma a do tego powiewa lodowaty wręcz, choć niezbyt na szczęście silny wiatr.
Pierwsze sardyńskie kilometry pokonujemy dokładnie w to samo miejsce, w które trafiliśmy rok temu – plaża Rena Bianca tuż za Portisco (na północ od Olbii). Wówczas prawie całkiem pusta, teraz zastajemy tam co najmniej 10 kamperów

. Przyjechaliśmy jednak o tydzień później, większy ruch turystyczny może nie dziwić.
Stajemy pod ostatnim wolnym zakazem parkowania


Pora wczesna, plaża zatem pusta.



Kamperowcy dopiero wstają, na cypelek zajeżdżają kolejne auta… nie podoba się nam tutaj tak jak rok temu. Do tego woda lodowata

, oczywiście jak dla mnie, bo jedna pani z kampera nie zawahała się by do niej wskoczyć…zawsze i niezmiennie podziwiam.
Jeszcze rzut oka na pobliską, niedużą Razza di Juncu


i odjeżdżamy.