Ostatni wieczór na wyspie. Wieczorem zebrało się sporo chmur, dzięki czemu mogliśmy podziwiać kolejny spektakularny zachód słońca.

Już zacząłem myśleć, że tradycji stanie się zadość i pogoda po naszym wyjeździe zepsuje się, ale ranek był bardzo pogodny. Doskonała widoczność i czyste powietrze to zasługa wiatru bura (bora), który rankiem ześlizgnął się z Velebitu.

Przez dwa tygodnie naszej bałkańskiej pętli grzało niemiłosiernie, temperatura sięgała 40 stopni. Dopiero w dzień wyjazdu zrobiło się wyraźnie chłodniej. Ulga.

Cholera, przy takiej temperaturze i widoczności można by wleźć na najwyższy szczyt wyspy... Niestety, trzeba wracać, Sveti Vid musi poczekać na lepsze czasy. Mówię "do widzenia", nie mówię "żegnaj"

.

Klucze zostawiamy w drzwiach, wszak gospodarza nie mieliśmy. Pora ruszać. Jeszcze tylko krótki przystanek na przełęczy przed stolicą wyspy. Niestety, patrzymy pod słońce.

Dziewczyny próbują utrzymać w ryzach swe fryzury. Bora tańczy we włosach. I po co było się czesać?

Wieje tak, że aż trudno złapać oddech. Niestety, fruwa tutaj sporo śmieci. Paški zaljev wygląda pięknie, kiedyś tam wrócę.

Krótka sesja... Ania z irokezem

.

Ostatnie fotki...

...i żegnaj, Pagu.
Lijepa li si...
Na autostradzie przed Velebitem ograniczenia do 50km/h z powodu silnego wiatru. Słusznie, jadę wolno, a i tak kilka podmuchów sprawia, że auto zaczyna tańczyć jak na lodzie. Rozumiem już, dlaczego czasem drogi się z powodu bory zamyka.
A potem znaną na pamięć drogą (Zagrzeb - Budapeszt - Bańska Bystrzyca - Chyżne - Kraków) do domu.
To tyle. Miło było. Trzymajcie się. Dziękuję wszystkim za komentarze i odwiedziny. Do zobaczenia na Bałkanach. Pozdrav!