napisał(a) Franz » 18.10.2015 22:09
Ferratka Mindelheimer zaczyna się zwykłą ścieżką, prowadzącą trawiastym grzbietem. Bez konieczności użycia rąk wchodzę na pierwszy garb w grzbiecie, zwężającym się w tym miejscu do krótkiej grani. Trochę strome zejście i na przełęczy napotykam oddział wojaków, który właśnie zdejmuje zbroje wspinaczkowe. Jeszcze kilkadziesiąt metrów i staję pod ścianą ze stalową liną i dodatkowo drabinką w jej górnej części. Pora więc i na moje wdzianko. Kiedy po chwili, już w uprzęży chcę sforsować ściankę, akurat kilka osób zaczyna zejście. Muszę więc chwilę odczekać.
Drabinka wyprowadza na zupełnie łatwy teren, a kiedy później ponownie pojawiają się ubezpieczenia, nie widzę potrzeby stosowania asekuracji. Mijam pierwszą z trzech "Głów" w grani, na zejściu z której chwilę marudzę w pochyłym kominku. Niby nie jest trudny, ale wymaga pewnej gimnastyki, a akurat w tym miejscu ubezpieczenia nie są najszczęśliwiej zamocowane. Opieram stopy na ściankach, ale moje stare, praktycznie pozbawione wibramów buty, nie przyjmują do wiadomości teorii tarcia. Cóż, nowe Salomony oddałem do reklamacji i jakoś muszę sobie chwilowo bez nich radzić.