Chorwacja Online..........odkryj Chorwację na forum obecnych i przyszłych Cromaniaków

Albania, Kosowo, Czarnogóra - górski wypad

Słowenia, Czarnogóra, Albania, a nawet Grecja, Włochy, Hiszpania, a może Floryda, albo ... Słowacja?
[Nie ma tutaj miejsca na reklamy. Molim, ovdje nije mjesto za reklame. Please do not advertise.]
AroN
Podróżnik
Posty: 21
Dołączył(a): 25.12.2008

Nieprzeczytany postnapisał(a) AroN » 25.12.2008 22:25

Zawodowiec, gratulacje!

Jestem tu nowy więc serdecznie wszystkich witam.

Chciałbym prosić o wrysowanie trasy na Korab na tę mapę.

Mam już pewną wizję, ale... :wink: Pozdro.
Ostatnio edytowano 28.12.2008 19:00 przez AroN, łącznie edytowano 1 raz
zawodowiec
Cromaniak
Avatar użytkownika
Posty: 3457
Dołączył(a): 17.01.2005

Nieprzeczytany postnapisał(a) zawodowiec » 28.12.2008 15:47

AroN napisał(a):Zawodowiec, gratulacje!

Dzięki AroN!

AroN napisał(a):Chciałbym prosić o wrysowanie trasy na Korab na tę mapę.

Nie ma sprawy, robi się :D
Tylko mam małą prośbę - wyedytuj swojego posta żeby się strona nie rozjeżdżała i żebyśmy nie musieli jeździć mychą w prawo i w lewo czytając tekst (wstawiamy tu tylko obrazki szerokości do 800pix). Już sam zmniejszyłem Twoją mapę więc już nie musisz tego robić, możesz ją zwyczajnie usunąć. Jak nie to pewnie któryś z naszych dzielnych Moderatorów sam to zrobi :D

Twoja mapa zmniejszona:

Obrazek

i wycinek z wykropkowaną na czerwono naszą trasą:

Obrazek

Szliśmy widoczną na mapie ścieżką od Radomire przez dolinę Fusha Korabit, skręciliśmy na południe do kotliny Panair (nazwy nie ma na tej mapie), zielonym trójkątem oznaczyłem nasze późniejsze obozowisko. Poszliśmy mniej więcej na południe do granicy i grzbietem weszliśmy na główny szczyt.
Czarnymi trójkątami oznaczyłem jeszcze 2 wierzchołki między głównym szczytem (2751) i Shulani i Radomires (2716). Na jeden z nich weszliśmy (wg tej mapy ma 2745), wróciliśmy na przełęcz między nim i głównym i zeszliśmy do Panair mniej więcej tak jak zaznaczyłem czerwonymi kropkami i tak jak opisałem w relacji.
Jak masz jeszcze pytania to zapraszam.
Najlepszego w Nowym Roku!
Kamil
AroN
Podróżnik
Posty: 21
Dołączył(a): 25.12.2008

Nieprzeczytany postnapisał(a) AroN » 28.12.2008 19:23

Wielkie dzięki, na pewno będę miał jeszcze wiele, wiele, wiele :wink: pytań, na razie czytam m.in. Wasze relacje, i układam wstępnie wstępny :lol: plan działania.

Nie mogę tylko znaleźć relacji Typa, podawał linka, ale strona chyba już wygasła :?

Na razie 1 pytanie, czy dolina Panair, to ta w której obozowaliście? Generalnie przebieg drogi wrysowałeś taki, jaki mi po głowie chodził, po Waszej relacji i konsultacji z mapą i poziomicami.

Pozdrawiam i życzę również wszystkiego Dobrego w Nowym 2009 Roku,
A.
zawodowiec
Cromaniak
Avatar użytkownika
Posty: 3457
Dołączył(a): 17.01.2005

Nieprzeczytany postnapisał(a) zawodowiec » 28.12.2008 20:05

Dokładnie, Panair to kotlina w której obozowaliśmy. Taka duża płaska łąka, miejscami podmokła, z przepływającymi strumieniami, jest na zdjęciach w relacji.
typ
Cromaniak
Avatar użytkownika
Posty: 908
Dołączył(a): 27.03.2004

Nieprzeczytany postnapisał(a) typ » 28.12.2008 20:08

AroN napisał(a):Nie mogę tylko znaleźć relacji Typa, podawał linka, ale strona chyba już wygasła :?

Na razie 1 pytanie, czy dolina Panair, to ta w której obozowaliście? Generalnie przebieg drogi wrysowałeś taki, jaki mi po głowie chodził, po Waszej relacji i konsultacji z mapą i poziomicami.


Strona wygasła i stała się bardziej prywatna - szczegóły podałem w innym poście...

Co do Koraba - szliśmy tak samo jak Kamil. Kiedyś komuś wysyłałem na maila mapę - być może też ci się przyda..
Poniżej jest miniaturka, po kliknięciu masz mapę w pełnej rozdzielczości.

Obrazek

Oczywiście - tak jak zwykle podkreślam - to jest orientacyjna mapka.... być może coś nie jest dokładnie naniesione. Zawsze lepiej zapytać miejscowych pasterzy na Fusha Korabit - jest ich tam dużo....
I uważajcie na psy :-)
zawodowiec
Cromaniak
Avatar użytkownika
Posty: 3457
Dołączył(a): 17.01.2005

Nieprzeczytany postnapisał(a) zawodowiec » 10.03.2009 13:05

W mojej tegorocznej relacji tu było trochę nawiązań do naszego wypadu z 2005 roku. W tej starej relacji sporo zdjęć zeżarła żółta żaba (imageshack) no i panuje w niej taki sobie twórczy bajzel :lol: Widziałem że czasem się komuś przydają informacje w niej zawarte, ale w tym stanie ciężko się czegoś doszukać. Ale w końcu to była pierwsza relacja jaką pisałem. Postanowiłem ją troszkę odnowić - brakujące zdjęcia uzupełnione, trochę nowych dodanych, zauważone byki poprawione, dodane tytuły odcinków...
Ostatnio edytowano 10.03.2009 13:27 przez zawodowiec, łącznie edytowano 3 razy
zawodowiec
Cromaniak
Avatar użytkownika
Posty: 3457
Dołączył(a): 17.01.2005

Nieprzeczytany postnapisał(a) zawodowiec » 10.03.2009 13:09

Albania, Kosowo, Czarnogóra 2005 - górski wypad


Michal

Tamte góry już od dawna za mną chodziły, słyszałem o nich jako o jednym z nielicznych naprawdę dzikich miejsc w Europie. Od jakiegoś czasu namawiałem na ten wypad mojego starego górsko-wspinaczkowego kumpla. Szukałem trochę w sieci i zarejestrowałem się na summitpost gdzie znalazłem dużo informacji o Prokletijach i Maja Korabit (Golem Korab). Rzuciłem parę pytań do tych, co tam byli. Odpowiedział mi pewien Czech, Michal, który planował tam jechać z dwoma znajomymi i szukał więcej towarzystwa. Napisałem mu emila, dał mi też namiar na Ivoša i Davida. Mieli w planach dokładnie te rejony, co ja. Michal miał wcześniej wyskoczyć w góry Bośni i Hercegowiny, a Ivoš, David i ja mieliśmy się z nim jakoś ustawić gdzieś w Czarnogórze. W międzyczasie się okazało, że mój łódzki przyjaciel nie może jechać.

Po jakimś czasie dostałem maila od Ivoša, że Michal spadł i się zabił gdzieś w górach Prenj między Sarajewem a Mostarem. Totalny szok. Chłopaki mieli jechać na pogrzeb do Pragi i w najbliższych dniach się zdecydować, czy jechać czy nie.

Po paru dniach przyszła wiadomość, że jednak jadą. Mieli już wykupione bilety na autobus do Belgradu, ja miałem tam sam dojechać, a potem już razem w góry. Oni mieli trochę więcej czasu ode mnie, więc zaplanowaliśmy, że na początek śmiałym atakiem zdobywamy Korab (2751 m), najwyższy szczyt Albanii i Macedonii, położony na granicy. Jako że od strony macedońskiej jest potrzebny specjalny glejt z ambasady, na który się czeka 2 tygodnie, postanowiliśmy wejść od mniej znanej strony albańskiej. Potem miał nastąpić szybki przerzut grupy operacyjnej wozem bojowym do Kosowa i wejście na najwyższą górę wschodniego Prokletije - Đeravicę (2658 m), a następnie desant na Czarnogórę i atak od flanki przez granicę albańską na Maja Jezerce (2694 m) w zachodnim Prokletije. W zeszłym roku wystarczyło podobno się zgłosić na policji w Gusinje i spokojnie przejść łatwą drogą przez granicę, ale w tym roku władze zaczęły robić jakieś zgryzy i według mojego wywiadu tylko jedna ekipa z Belgradu dostała pozwolenie specjalnie z albańskiej ambasady dzięki znajomościom. Człowiek z Belgradu, który właśnie dostał tego glejta, napisał mi, że wcześniej w tym roku policja czarnogórska zwinęła jakąś grupę Czechów, co w górach podeszli za blisko do albańskiej granicy. Na zwykłej drodze na Maja Jezerce przez Vusanje jest strażnica policji, więc postanowiliśmy znaleźć jakąś drogę przez góry naokoło. Chłopaki mieli zostać w Prokletije jeszcze parę dni, a ja miałem wracać do domu zaraz po wejściu na Maja Jezerce. Jeszcze krótka wymiana maili i wszystko było dograne.
zawodowiec
Cromaniak
Avatar użytkownika
Posty: 3457
Dołączył(a): 17.01.2005

Nieprzeczytany postnapisał(a) zawodowiec » 10.03.2009 13:10

1. Droga
22 lipca 2005

22 lipca rano ładuję bety w skodzinkę i ruszam na południe. Zaraz po wyjeździe z Łodzi zabieram gościa stopem aż do Cieszyna. Jedzie do kumpla, z którym zamierzają stopować aż do Rumunii i tam się powłóczyć po górach. Dalej krótki odcinek przez Czechy to nieustanny korek - zapchane miasteczka, roboty drogowe, tracę prawie godzinę. Z powrotem będzie trzeba jechać przez nowe przejście w Bukovcu.

Przez Słowację jadę przez Žilinę i Prievidzę, tam się trochę gubię, ale szybko wracam na właściwą trasę. Kierując się na Komarno, przed miasteczkiem Partizanske odbijam w lewo na drogę 511 na Zlate Moravce zakładając, że będzie krócej i mniejszy ruch, niż jakby dawać przez Nitrę. No i rzeczywiście jest fajny kręty odcinek specjalny przez słowackie kopce, zupełnie pusta droga, niezła zabawa jak ktoś lubi. Dalej do Komarna przez Vrable i Hurbanovo, obok browaru Złotego Bażanta, ale zamiast piwka tankuję ino wachę.

Po przejechaniu granicznego mostu w Komarom roboty drogowe, objazd i długo brak oznakowania wyjazdu na mój kierunek. Dalej przez Szekesfehervar do Szekszard, połączenie z tradycyjnym szlakiem budapeszteńskim i do chorwackiej granicy w Udvar. Trasa przez Węgry szybka, ze znikomym ruchem, z ominięciem Budapesztu i bezwinietkowa (podobnie, jak przez Słowację).

Już po ciemku wjeżdżam do Chorwacji i jadę przez Osijek i Vukovar. Zniszczeń wojennych nie widać, poza ostrzelaną i sypiącą się wieżą ciśnień. Około 11 w jakiejś opustoszałej wsi widzę błysk w krzakach przy drodze i zaraz za zakrętem machają na mnie czerwonym światełkiem. Teren zabudowany, ograniczenie do 50, mówią że jechałem 72. O naciąganiu nie ma mowy, rzeczywiście tyle mogłem mieć, w pierwszej chwili się cieszę że tylko tyle. Szczena mi opada jak śpiewają 500 kun i nie chcą słyszeć o żadnym targowaniu. Normalnie kawałek Europy na takim zadupiu. Próbuję zbić do jakiejś niższej sumy w euro, a oni że nie ma takiej możliwości i koniecznie chcą w kunach. Mają moje papiery, więc mówią, żebym podjechał na granicę (rzeczywiście rzut beretem) i kupił kuny. No to podjeżdżam, wymieniać można całą dobę, nie mam za dużo euraków, więc chcę opchnąć trochę funtów, ale jak mówią po jakim kursie mogą przyjąć, to mi się odechciewa. Z żalem poświęcam 70E, chociaż dobrze że po kursie zbliżonym do kantorowego. Jak wracam do naszych dzielnych glin, to robią się jakoś mniej sztywni i milsi, ja jakoś nie mogę się na to zdobyć. Przepisy przepisami, ale w takim miejscu i o tej godzinie to czysta chciwość.

Szybko wracam na granicę (Ilok/Bačka Palanka) i po krótkiej kontroli wjeżdżam do Serbii. Jadę wolno, ale w jakiejś wsi znowu na mnie machają. Tym razem tylko patrzą w papiery, pytają dokąd jadę i życzą srećan put.

Novi Sad po pierwszej w nocy tętni życiem. Na stacji najpierw pytam, czy można płacić kartą i tankuję. Terminal nie widzi mojej karty, nie chcą funtów, znowu muszę się wysupłać z euraków i dostaję resztę w dinarach. Potem w jakimś całodobowym kantorze wymieniam trochę funtów na dinary, jak szybko policzyłem to się bardziej je opłaca sprzedać niż euro. Zmęczony szukaniem wyjazdu na starą belgradzką drogę, rezygnuję i wjeżdżam na tą niby-autostradę. Gdzieś w połowie drogi bramka, myto chyba 320 DIN czy coś koło tego, niecałe 4 E. Podobno przy płaceniu w euro byłoby 6. Na dużej stacji przed Belgradem około drugiej staję na parkingu, oparcie w tył i myk do śpiwora. O 6.30 mam odebrać chłopaków z dworca autobusowego.
zawodowiec
Cromaniak
Avatar użytkownika
Posty: 3457
Dołączył(a): 17.01.2005

Nieprzeczytany postnapisał(a) zawodowiec » 10.03.2009 13:11

2. Dein Auto - nicht gut!
23 lipca 2005

W Belgradzie zjeżdżam na kierunek dworca kolejowego, tam miejscowi mnie kierują na pobliski autobusowy.

Obrazek Obrazek


Wjeżdżam na jakiś prawie pusty placyk za dworcem, zapytany parkingowy śpiewa 100 DIN, po czym patrzy na moje tablice i mówi, że dla cudzoziemców 200. Wjeżdżam, wychodzę z samochodu i z uśmiechem wręczam mu stówkę mówiąc, że dla mówiących po serbsku jest 100. Gostek też się uśmiecha. Dostaję smsa od Czechów, że ich bus ma 2 godziny opóźnienia i są dopiero w Novim Sadzie. Włóczę się do tego czasu po okolicach dworca, piję kawę w przydworcowej knajpce, gawędzę chwilę z właścicielem i w końcu spotykam Ivoša i Davida.

Szybko znajdujemy wspólny język, nie tylko językowo. Górskim doświadczeniem przerastają mnie o głowę, razem lub osobno bywali w Andach, Kanadzie, Alpach, Islandii, Pakistanie, Indiach...

Droga na południe Serbii przez Čačak i Kraljevo mija szybko, aż gdzieś w górach stajemy w korku - roboty drogowe. Mają otworzyć drogę o 12. W kraju, gdzie wszystko jest maniana, nie wiemy czy to będzie o 12 dziś czy jutro. Na szczęście szybko nas puszczają.

Obrazek Obrazek

Na granicy Kosowa trochę czekamy, aż nam wypiszą coś w rodzaju wiz, nie pobierają żadnych opłat. Dalej jedziemy przez Kosovską Mitrovicę, wjeżdżamy na chwilę do stolicy - Prištiny, w mieście wydają się nie obowiązywać żadne przepisy ruchu. Robimy parę fotek i ruszamy dalej na południe.

Obrazek Obrazek Obrazek

W kierunku Prizrenu i granicy albańskiej klimaty robią się coraz bardziej bliskowschodnie, a na dwujęzycznych tablicach drogowskazów nazwy serbskie są coraz częściej zamazane farbą.

Obrazek Obrazek Obrazek

Na granicy kosowsko-albańskiej w Vrbnicy/Morine chcą od nas kosowskiego ubezpieczenia i są zdziwieni, że przy wjeździe do Kosowa nic nam o nim nie powiedzieli. Mówię im, że mam zieloną kartę ważną na całą Federację Serbii i Czarnogóry, a oni na to że Kosowo nie ma z Federacją nic wspólnego i jest pod zarządem ONZ. Po chwili negocjacji decydują się nas puścić bez niego, ale uprzedzają że przy następnym wjeździe do Kosowa i tak będziemy musieli je kupić, bo Kosowo jest poza systemem zielonej karty. Jako właściciel samochodu muszę jeszcze się podpisać na jakichś drukach, ich wypełnienie zajmuje wcześniej celnikowi kilka minut.

Pierwsze co nas uderza po wjeździe do Albanii, to dużo mniejsze zaludnienie, niż w Kosowie. Droga na razie jest asfaltowa, naokoło piękne górskie widoki.

Obrazek Obrazek Obrazek

Parę kilometrów za granicą na drodze stoi grupka agresywnie wyglądających nastolatków, jakby coś od nas chcieli. Powoli ale zdecydowanie przejeżdżam, w ostatniej chwili niechętnie się rozchodzą, coś do nas mówiąc. Dojeżdżamy do miasteczka Kukësi, bliskowschodni bałagan i gwar, pytani o drogę miejscowi są przyjaźni.

Jednak na tej stacji benzynowej jakoś na wszelki wypadek nie mamy ochoty tankować, cokolwiek by to nie znaczyło po albańsku.

Obrazek

Jeśli chodzi o dalszą drogę, to mapy Albanii moja (dwusetka) i Davida (czterysetka) się sporo różnią co do rejonu w który jedziemy. Potem się okaże, że najlepiej korzystać z obu jednocześnie, bo informacje się nieźle uzupełniają. Mam jeszcze sześćsetkę, która jednak daje raczej ogólny pogląd, niż szczegółowe informacje. Z opisu znalezionego w sieci wiemy, że do Radomire da się dojechać zwykłym samochodem od południa, ale "twojemu samochodowi ta droga się nie spodoba". Południowy szlak jest zaznaczony na wszystkich naszych mapach. Nam jednak wypada jechać z przeciwnej strony. Nie dysponujemy żadnym opisem północnego dojazdu poza tym, że jest on zaznaczony tylko na jednej z moich map - dwusetce. Figuruje też na mapie Davida.

W głosowaniu map jest więc wynik 2:1, a więc jedziemy. Gdyby mapa Czechów mówiła co innego... też byśmy pojechali.

Obrazek

We wsi Kolesjan kończy się asfalt, a my odbijamy w lewo, stromym szutrem pod górę. Spotkani miejscowi z powątpiewaniem patrzą na skodzinkę, jeden znający parę słów po niemiecku odradza dalszą jazdę. Mein Auto - gut, dein Auto - nicht gut! - kręci głową, pokazując dalszą drogę.

Obrazek

Oni tam jeżdżą ciężarówkami, busami, bogatsi terenowcami, a najczęstsze są stare merce, doskonale sobie radzące na wybojach. Naszym celem jest wioska Radomire, pod samym Maja Korabit, odległa jeszcze o jakieś 30 km drogą o niewiadomej przejezdności. Kilku facetów wsiada do busika i macha, żebyśmy jechali za nimi. Nasz "Niemiec" jeszcze tłumaczy, gdzie skręcać. Ruszamy za busem.

Obrazek

Bus musi czasem na nas czekać. Przy przejeżdżaniu większych potoczków płynących przez drogę razem wysiadamy, rozkminiamy jedyną możliwą drogę przejazdu, Czesi mnie pilotują, z busa też ktoś wychodzi pomóc, czasem coś chrupnie o chlapacza albo i o podwozie.

W pewnym momencie Albańczycy muszą już wracać. W godzinę przejechaliśmy chyba mniej niż 1/3 drogi. Dają ostatnie wskazówki, gdzie jechać. Wręczam załodze busa Żubrówkę. Faleminderit! - dziękujemy!

Parę minut później widzimy za nami naszego busa. Puszczamy go naprzód, pilotuje nas jeszcze przez dwa rozstaja, na trzecim kierowca pokazuje ręką w lewo - tam jedźcie! Magia bakszysza. Nasze mapy razem wzięte by tego nie pokazały. Szybko robi się ciemno, makadamski put idzie stromo raz w górę, raz w dół, skodzinka się grzeje na jedynce, wyboje w światłach reflektorów wydają się większe, niż w rzeczywistości. Już zupełnie po ciemku przejeżdżamy most na rzeczce, mapy z zadziwiającą zgodnością mówią, że to wieś Bushtrice, a więc prawie połowa drogi. Zjeżdżam na dogodne dobudowane podwyższenie obok jakiegoś baraku przy drodze. Czesi namawiają, żeby jechać jeszcze kawałek, nie podoba im się to miejsce, ale ja i skodzinka jesteśmy już trochę zrąbani, więc odmawiamy. Robimy jakieś kanapki, gryzą nas meszki, szykujemy się kimać na dachu baraku. Z domku naprzeciwko wychodzi facet, wita się, trochę na migi i mówiąc lulishte, proponuje nam spanie na trawniku w jego podwórku. Po chwili narady wjeżdżam przez bramę, rozkładamy się na trawie i zasypiamy pod miliardem gwiazd i meszek.
Ostatnio edytowano 11.03.2009 16:58 przez zawodowiec, łącznie edytowano 1 raz
zawodowiec
Cromaniak
Avatar użytkownika
Posty: 3457
Dołączył(a): 17.01.2005

Nieprzeczytany postnapisał(a) zawodowiec » 10.03.2009 13:13

3. Angielski łącznik
24 lipca 2005

Już przed 5 rano drogą zaczynają kursować busy rozwożące ludzi między wsiami i do Kukësi. Wielu przejeżdżających wpada na chwilę do naszego gazdy, wszyscy na nas patrzą z zaciekawieniem. Podchodzi młody facet i zagaduje doskonałym angielskim, pracował kilka lat w Londynie. Gapi się z wywalonymi gałami na skodzinkę. To nie na nasze drogi - mówi. Mieszka w pobliskiej wiosce Veshi Veshi, której nawet nie ma na naszych mapach. Tłumaczy, że jej nazwa dosłownie znaczy "Wieś Wieś". Zaczyna padać deszcz. Przed wyjazdem robimy śniadanie, kupujemy u gazdy kilka albańskich browców, dajemy mu parę paczek fajek, serdecznie dziękujemy. Żegnamy się za pomocą rozmówek albańskich Ivoša i Davida i ruszamy dalej w kierunku Radomire.

Pada coraz mocniej. Na szczęście droga przechodzi w kategorię "szybkiego ruchu", tzn. czasem daje się na dłuższych odcinkach wrzucić dwójkę. Około 10 jesteśmy w Radomire - wiosce na końcu świata. Pierwsze złażą się dzieci, które zaglądają w każdy kąt samochodu, potem kilku mężczyzn w różnym wieku. Co ciekawe, kobiety i dziewczynki się w ogóle nie pokazują. Po pół godzinie przestaje padać.

Obrazek Obrazek

Znowu okazuje się, że jeden chłopak jeździ regularnie pracować do Londynu, miał dziewczynę z Polski, umie parę słów po polsku. Wszystkie są jednak niecenzuralne, a więc niezbyt przydatne w tej sytuacji - pozostaje się dogadać po angielsku. Robi za tłumacza, gdy jeden ze starszyzny pokazuje nam gdzie zostawić samochód, żeby był trochę bezpieczniejszy od ciekawskich dzieci. Znowu nasze dyżurne paczki fajek idą w ruch. Czesi wybierają górskie mapy do zabrania. Ktoś im załatwił topograficzne rosyjskie i jugosłowiańskie wojskowe mapki z lat 80-tych, obejmujące wszystkie rejony, w które się udajemy - prawdziwy skarb. Pakujemy wory i ruszamy na Korab.

Najpierw idziemy ścieżką przez pola, mija nas starszy wieśniak na osiołku, pozdrawiamy się nawzajem. Widzimy też pojedyńcze kobiety pracujące w polu albo przechodzące drogą, wszystkie mają chusty na głowach, prawie albo wcale nie odpowiadają na pozdrowienia. Nasz "Anglik" z Veshi Veshi wspominał, że Radomire to bardzo tradycyjnie muzułmańska wieś. Gdy podchodzimy stromo do góry, robi się zupełna lampa. Wychodzimy do długiej, szerokiej doliny Fusha Korabit, będącej wielkim pastwiskiem.

Obrazek Obrazek Obrazek
Obrazek Obrazek

Spotykamy chodzące swobodnie stada koni. Obszczekują nas pasterskie psy, a potem podchodzi do nas trzech chłopaczków pasących owce. Znają trochę angielski ze szkoły. Mówią, że byli na szczycie Koraba. Towarzyszą nam aż na próg kotliny Panair, stanowiącej wyższe piętro doliny. Oprócz większej fauny, dolina jest również pełna mniejszych jej przedstawicieli.

Obrazek Obrazek Obrazek

Ivoš, botanik z zamiłowania, nachyla się nad każdą ciekawszą roślinką i zapisuje nazwy i miejsca występowania w kapowniku. Z progu schodzimy do Panair.

Obrazek Obrazek

Po przejściu płaskim dnem krasowej kotliny zostawiamy to co niepotrzebne pod głazem i ruszamy w górę. Na podejściu zaczyna ze mnie wyłazić ostatnich parę miesięcy roboty, kiedy nie mogłem nawet pomarzyć o przejechaniu się rowerem, czy przebieżce po górach. Idę w ślimaczym tempie, spory kawałek za Czechami.

Obrazek

O 18.30 wchodzimy na szczyt z albańsko-macedońskim granicznym słupkiem. Wokół ani śladu macedońskich żołnierzy, przed którymi nas ostrzegano. Widoki takie sobie, jest sporo chmur, które czasem się rozchodzą.

Obrazek

Czesi wyciągają małą flaszkę domowej śliwowicy. Wypijamy po łyku i wspominamy Michala, pomysłodawcę wyprawy, którego nie było mi dane poznać. Wiemy, że jest tu z nami.

Jak chmury się rozwiewają, to widzimy dolinę, z której przyszliśmy...

Obrazek

...i okoliczne góry, wszystkie poniżej nas.

Obrazek

Widzimy też niezaznaczony na naszych mapach drugi wierzchołek, położony całkowicie w Albanii. Wydaje się on tej samej wysokości, co główny. Jest w zasięgu ręki.

Obrazek

Chłopaki zaczynają coś przebąkiwać, żeby na niego wejść i schodzić do Panair prosto z przełęczy pomiędzy wierzchołkami. Nie wyrażam specjalnie entuzjazmu, bo ciągle jestem zryty. Tak czy inaczej schodzimy na przełęcz, mówię że tu na nich poczekam, a oni idą w górę. Po paru minutach jednak zbieram siły i po skałach ruszam za nimi. Normalnie by było łatwo, ale nie dziś. O 19.30 gramolę się na górę, gdzie już na mnie czekają. Dzięki chmurom i zachodzącemu słońcu główny wierzchołek, na którym byliśmy wcześniej, ukazuje się nam w ciekawej oprawie.

Obrazek Obrazek

Na zejściu dopada mnie totalny kryzys. David szybko zbiega po sypiącym się piargu, Ivoš cierpliwie dostosowuje się do mojego ślimaczego tempa, końcówkę zejścia do Panair robimy już w świetle czołówek. David już czeka na dole z całym szpejem, który w międzyczasie wyjął z naszej nory. Stawiamy namiot i gotujemy kolację. Łykamy jeszcze po trochu śliwki na dobranoc. Dziękuję chłopakom za cierpliwość. Zapewniają mnie, że jeszcze jeden dzień w górach i kondycha mi się poprawi.
zawodowiec
Cromaniak
Avatar użytkownika
Posty: 3457
Dołączył(a): 17.01.2005

Nieprzeczytany postnapisał(a) zawodowiec » 10.03.2009 13:14

4. Sempre sinistra
25 lipca 2005

Rano nas budzi piękny słoneczny dzień. Sprzed namiotu widać "albański" wierzchołek, na którym byliśmy (po lewej) i jeszcze jeden, trochę niższy, środkowy.

Obrazek Obrazek

Żeby pstryknąć więcej zdjęć, odchodzę dalej od naszego obozu, aż zobaczę nasze oba wczorajsze szczyty. Z prawej strony widać też ten środkowy, na którym nie byliśmy. Dobrze widać też ciemniejszą dolinkę, wzdłuż której wczoraj po ciemku wracaliśmy.

Obrazek

Gdy zwijamy obóz, podchodzi do nas pasterz, a chwilę potem drugi. Jedyną nicią porozumienia są nazwy naszych krajów i uśmiech. Częstują nas chlebem, czymś w rodzaju żętycy i papryką marynowaną w kwaśnym mleku, całkiem smaczną zresztą. Żętycy boimy się więcej pić, nie wiemy jak nasze nieprzyzwyczajone żołądki mogą zareagować, ale po parę łyków próbujemy dla dobra stosunków międzynarodowych. W rewanżu dajemy im czeski chleb i trochę papierosów.

Obrazek

W końcu przychodzi czas się pożegnać. Pakujemy wory i ruszamy z powrotem naszą wczorajsza drogą. Ivoš ciągle wyżywa się botanicznie, notując nazwy wszystkich spotkanych roślinek.

Obrazek

Dzięki ładniejszej pogodzie mamy lepszy widok na wszystkie trzy wierzchołki Koraba. Te dwa najwyższe, które wczoraj zaliczyliśmy, to lewy i środkowy.

Obrazek Obrazek Obrazek

Po drodze zwracamy uwagę na roślinę, której korzeń napotkani miejscowi zbierają jako afrodyzjak. Według Ivoša jej czeska nazwa to vstavač. Po naszemu to pewnie jakiś storczyk.

Obrazek

W coraz większym upale, z przerwą na posiłek, krótko po południu schodzimy do Radomire. Skodzinka stoi na swoim miejscu. Dopiero po dłuższej chwili zauważam artystyczną twórczość na masce, wykonaną zapewne przez jakiegoś miejscowego przyszłego Picassa, mimo zapewnień starszyzny o całkowitym bezpieczeństwie.

Obrazek

Przechodzący wieśniak rozkłada bezradnie ręce, jakby chciał powiedzieć - to nie ja i nie moje dziecko. Klnę pod nosem, ale po chwili myślę, że najważniejsze że możemy jechać dalej. Jak wyjeżdżam na główny plac wioski żeby się przepakować, dzieciaki nas znowu oblepiają ze wszystkich stron.

W pełnym blasku słońca wbijamy się w górską drogę, którą w tamtą stronę przejechaliśmy w większości po ciemku. Wesoło się nastawiam na pokonywanie znanego już i oswojonego odcinka specjalnego i radosne strzelanie fotek.

Obrazek Obrazek Obrazek

Wjeżdzamy na przełęcz i odwracamy się ostatni raz. Do zobaczenia, Korabie, dzięki za wszystko!

Obrazek Obrazek

Jedziemy dalej. Życie w wioskach toczy się leniwym tempem, my też się dostrajamy do tej atmosfery.

Obrazek

Jak kierowca osiołka w końcu wymieni wiadomości dnia z jeźdźcem merca, to można ruszyć dalej.

Obrazek Obrazek Obrazek
Obrazek Obrazek Obrazek

Na jednym z długich podjazdów na jedynce temperatura w chłodnicy się niebezpiecznie zbliża do 110 stopni, więc dajemy skodzince chwilę odsapnąć.

Obrazek Obrazek

Dzięki temu możemy się dokładniej przyjrzeć drodze do wsi Wieś Wieś, gdzie mieszka nasz "Anglik", i temu co nad nią wisi.

Obrazek

Po obejrzeniu przez lornetkę okazuje się, że nie jest to gigantyczna chłodziarko-zamrażarka, lecz zwykły blok skalny, obdarzony wyjątkowo regularnymi kształtami. Blok ten w swoim czasie zapewne osłabi regularność kursowania busów Trans Alpin do Veshi Veshi i z powrotem.

Obrazek

Przez potoczek, który w tamtą stronę pokonywaliśmy w asyście licznej załogi miejscowych, tym razem pilotują mnie sami Czesi, wykonując dokumentację fotograficzną.

Obrazek

Szutr się wreszcie kończy, asfaltem docieramy do Kolesjan, gdzie miejscowy szewc skleja buta Davida, rozwalonego na zejściu z Koraba. Nie będzie go już musiał wiązać moim sznurkiem.

Obrazek

Na granicy albańsko-kosowskiej nie ma przebacz, zgodnie z przewidywaniami musimy wysupłać 25 euraków na kosowskie ubezpieczenie. Dodatkowo musimy zapłacić 4 euro autobahn tax, o czym poinformował nas celnik władający zapewne niemieckim i angielskim. Widocznie zauważył, że nasz samochód nie wykazuje większych oznak zniszczenia - tak więc poruszaliśmy się drogami wyższej kategorii i podatek autostradowy nas obowiązuje. Opuszczamy ten kraj przyjaznych ludzi i pięknych gór, planując za kilka dni do niego wrócić. Tyle, że trochę mniej legalnie.

* * * * *

Naszym następnym celem jest Đeravica we wschodniej części Prokletije. Jedziemy przez Prizren i Đakovicę do Dečani, przed wejściem na Đeravicę chcemy zwiedzić prawosławny klasztor Visoki Dečani. Według naszych map jest on po drodze do wioski o dwóch nazwach, Kožnjar/Belaje, naszej bazy wypadowej w góry. Do miasteczka Dečani dojeżdżamy już po ciemku, zapytany miejscowy pewnie pokazuje nam drogę.

Wyjeżdżamy z miasteczka i serpentynami w górę, asfalt się kończy, widzimy jakieś wojskowe zabudowania, zero ludzi, obszczekuje nas tylko sfora psów. Jedziemy dalej szutrem, na rozstaju na czuja w prawo, jeszcze raz w prawo, tam gdzie widać jakieś zabudowania, może będzie kogo spytać. Brama pilnowana przez włoskich żołnierzy, na pytanie o klasztor i Kožnjar coś odpowiadają, rozumiem tylko sempre sinistra, cały czas w lewo. Czyli dokładnie tam, skąd przyjechaliśmy. Nie ma wyjścia, wracamy do Dečani pytać dalej.

Dogadujemy się łamanym serbskim, co pewnie wychodzi nam na korzyść. Jakbyśmy mówili za dobrze, to nie wiem czy by nas tak przyjaźnie traktowali. Informacje pytanych tubylców są sprzeczne, poza tym że trzeba jechać przez włoski posterunek. Jeden starszy facet odradza zostawienie samochodu w Kožnjar, mówię mu że w razie czego damy miejscowym bakszysza żeby popilnowali. Wychodzi, że trzeba jechać drogą w prawo, którą na początku od razu odrzuciliśmy ze względu na stojący jak byk znak zakazu wjazdu. Czyli, patrząc z tamtej strony, faktycznie sempre sinistra. Krótki kawałek mocno dziurawym asfaltem i znowu posterunek wojskowy, tym razem dużo mocniej ufortyfikowany. Pilnujący Włoch mówi, że teraz na noc droga zamknięta, z tego co rozumiemy to jakoś można objechać naokoło, tak jak próbowaliśmy na początku. Nie wiemy, czy dobrze rozumiemy i czy nasz dzielny wojak w ogóle jest dobrze poinformowany. To chyba nawet nasi żołnierze przed misją ONZ przechodzą jakiś podstawowy kurs angielskiego. Włosi natomiast są przekonani, że z resztą świata się dogadają po włosku, z niewielką pomocą rąk i nóg.

Wracamy tak, jak na początku, znowu nas obszczekują te same psy, dalej zamiast skręcić w prawo na ten wcześniej napotkany włoski posterunek, jedziemy prosto coraz gorszym szutrem. Dochodzi północ, wiemy, że już dziś nie dotrzemy do Kožnjar, trzeba by gdzieś przykomarować. Jakieś rozszerzenie drogi, jakieś ogrodzone ujęcie wody czy coś. Żaden pies za nami nie przyszedł. Miejscówka wydaje się spokojna. Ładny widok z góry na światła Dečani. Polskie kiełbaski z serem na kolację i zasypiamy pod širákem, jak mówią Czesi, czyli pod gwiazdami.
Ostatnio edytowano 10.03.2009 14:55 przez zawodowiec, łącznie edytowano 1 raz
zawodowiec
Cromaniak
Avatar użytkownika
Posty: 3457
Dołączył(a): 17.01.2005

Nieprzeczytany postnapisał(a) zawodowiec » 10.03.2009 13:15

5. Zasieki i miny
26 lipca 2005

Pod širákem zwykle śpi się twardo, ale budzi wcześnie. Szybkie śniadanie i jedziemy dalej szutrową drogą. Przejeżdżamy obok zapuszczonych resztek jakiegoś dużego ośrodka wypoczynkowego w lesie, dalej asfalt i... zasieki na drodze, odsunięte tak, że można wejść, ale nie wjechać, chociaż nie byłoby problemem ich całkowicie odsunąć. Zostawiamy jednak skodzinkę i idziemy na rozpoznanie. Za zakrętem, a jakże, pełno umundurowanych Włochów i wojskowych samochodów. Na wprost widzimy klasztor Visoki Dečani. Pozdrawiamy najbliżej stojących żołnierzy, pokazujemy paszporty, próbujemy wytłumaczyć, że tam wyżej mamy samochód, że chcemy zwiedzić klasztor a potem jechać dalej w góry, czy można wjechać itd. Po dłuższej chwili takiej konwersacji zdesperowany Włoch gdzieś dzwoni. Po o wiele dłuższej chwili podjeżdża gazik, z którego wysiada uśmiechnięty żołnierz i przyjaźnie się z nami wita najczystszą angielszczyzną. Na mundurze ma naszywkę Interpreter. Okazuje się, że nasze plany są możliwe do spełnienia, ale nie możemy wjechać tędy, tylko przez ten wjazd, który był zamknięty na noc. David jest trochę niezadowolony z perspektywy kilkunastokilometrowego objazdu szutrem, próbuje negocjować czy nie dałoby się po prostu odsunąć i tak otwartych zasieków i wjechać od tej strony. Tak by nakazywała logika, ale we wszystkich armiach świata obowiązują inne prawa fizyki, których nie ma co próbować zrozumieć, tylko trzeba je przyjąć do wiadomości, podobnie jak teorię Einsteina. Mówię mu po polsko-czesku, żeby już dał spokój, dobrze że w ogóle się udało.

Na punkcie kontrolnym już o nas wiedzą, ale nasze paszporty jeszcze raz przechodzą dokładny przegląd. Szybciej przepuszczają miejscowych jadących do Kožnjar. Eskortowani przez Land Rovera dojeżdżamy do klasztoru, zostawiamy samochód i idziemy zwiedzać.

Obrazek Obrazek Obrazek

Żeby wejść do środka, musimy się przebrać w długie spodnie. Ogromna ilość średniowiecznych malowideł robi wrażenie. Trafiamy na ekipę robiącą dokumentację fotograficzną, pod przewodnictwem serbsko-amerykańskiego małżeństwa. Pracują dla organizacji zajmującej się zachowaniem serbskich zabytków i dziedzictwa kulturalnego w Kosowie. Amerykanka nam opowiada o wojennych losach klasztoru, który dla prawosławnych Serbów jest czymś w rodzaju naszej Częstochowy. Większość okolicznej serbskiej ludności musiała opuścić swoje domy z powodu prześladowań etnicznych. Nie wiadomo, jaki byłby los klasztoru, gdyby nie chroniący go z ramienia sił międzynarodowych włoscy żołnierze. W jugosłowiańskich konfliktach nie ma prostych prawd ani łatwych podziałów na dobrych i złych. Milošević i jego banda byli tyle samo warci, co przywódcy albańskich ekstremistów, a najwięcej cierpieli zwykli ludzie wszystkich narodowości.

* * * * *

Dobra szutrowa droga prowadzi nas w górę potoku w kierunku odległego o kilkanaście kilometrów Kožnjar/Belaje. Wypatrujemy dobre miejsce nad potokiem. Z przyjemnością włazimy do chłodnej wody i zmywamy z siebie syf i brud ostatnich dni. Suszymy się na słońcu. Zupełnie jak w Chorwacji nad Jadranem.

Przed trzecią po południu jesteśmy w Kožnjar. Wszystko, co widzimy w wiosce, to dom z warsztatem stolarskim przy głównej drodze. Przy nim kilku facetów, wszyscy mówią po serbsku, ale chyba niektórzy to Albańczycy. Chwilę z nimi gawędzimy, dajemy parę paczek fajek i prosimy żeby rzucili okiem na samochód. Jeden wspomina coś o minach w górach. Obiecujemy sobie trzymać się dróg. Łatwo powiedzieć.

Idziemy dalej przedłużeniem naszej drogi, teoretycznie jeszcze sporo by się dało podjechać, tylko skodzinka by została bez opieki. Dochodzimy do dosyć głębokiego brodu, przejezdnego chyba tylko dla traktorów, może ciężarówek. Stoi tam jakaś furgonetka, zostawiona, bo dalej by nie wjechała. Jest też mostek w budowie, który przechodzimy po balach.

Obrazek

Jeszcze dwie godziny marszu rozjeżdżoną leśną drogą i jesteśmy na dużej łące zwanej Rupa (Dziura), gdzie według starego czeskiego przewodnika powinniśmy odbić ścieżką w lewo. Przewodnik pamięta czasy Jugosławii, opisana ścieżka widać nie pamięta, że kiedyś istniała. Po chwili poszukiwania idziemy na czuja w górę w las, terenem rozjeżdżonym przez drwali. Coś na kształt ścieżki zaczyna się stromo piąć zboczem, ku naszej radości odnajdujemy wyblakły czerwony znak szlaku turystycznego na drzewie. Bardzo stroma ścieżka czasem jest wyraźniejsza, czasem zupełnie zanika, idziemy po znakach. Las się kończy, wychodzimy w piętro hal.

Obrazek Obrazek

Według przewodnika powinniśmy dojść do dużego schroniska. Albo idziemy jakąś inną drogą, albo wszystko co z niego zostało to resztki niskich murków i osiedle pasterskich szałasów.

Obrazek

Nie schodzimy tam, droga wypada bardziej w lewo. Idziemy jeszcze trochę w górę i przed zmrokiem rozbijamy namiot.
zawodowiec
Cromaniak
Avatar użytkownika
Posty: 3457
Dołączył(a): 17.01.2005

Nieprzeczytany postnapisał(a) zawodowiec » 10.03.2009 13:16

6. Planinari
27 lipca 2005

Śpimy jak zwykle znakomicie i budzimy się przed wschodem słońca.

Obrazek Obrazek

Krótko po wyruszeniu, za pierwszym przekroczonym grzbietem ukazuje się nam wreszcie Đeravica.

Obrazek

Mimo wczesnej pory słońce ostro grzeje, a muchy są wyjątkowo upierdliwe.

Obrazek Obrazek Obrazek

Ostatnie strome podejście i już o 8.30 rano jesteśmy na najwyższym szczycie Kosowa.

Obrazek Obrazek Obrazek

Siedzimy na szczycie chyba z półtorej godziny. Wreszcie łapię zasięg żeby wysłać semsa do Ag. Wokół góry, góry i góry... daleko widać też zachodnie Prokletije, nasz następny cel...

Obrazek Obrazek

...i jeszcze więcej gór wszędzie naokoło.

Obrazek Obrazek Obrazek

Znajduję kilka łusek po nabojach. Wala się też parę kapsli po piwie. Może ktoś sobie zrobił balangę ze strzelaniem na wiwat. Na jednym z głazów napis sprayem - UCK (Armia Wyzwolenia Kosowa).

Dobrze się nam siedzi na górze, ale zejść w końcu kiedyś trzeba. Złazimy na drugą stronę, w końcu dołączając do naszego szlaku podejścia. Kapownik Ivoša jest ciągle w ruchu. Niebieskie dzwoneczki rozpoznaje bez wahania jako hořec...

Obrazek

...a nazwy pozostałych chyba tylko on pamięta...

Obrazek Obrazek
Obrazek Obrazek

...no może z wyjątkiem jednego.

Obrazek

Sądząc z proporcji kolorów, w Kosowie "czarna owca" nie jest chyba aż tak negatywnym określeniem...

Obrazek

Z daleka widzimy traktor, powoli rzęzi pod górę naszą dalszą drogą zejściową. Jak on tam wjechał? Musi być jakiś łagodniejszy objazd, przecież nie podjechał naszym szlakiem. Czesi wyciągają lornetkę, widać doczepione z tyłu wiszące siedzenie, na którym zasiadają dwie kobiety. Babosed - pokazuje Ivoš. Uśmiecham się do siebie, podziwiając prostotę i pomysłowość ich języka.

Od jakiegoś czasu na horyzoncie zbierają się chmury i grzmi. Szybko zbiegamy naszą ścieżką przez las. Już jesteśmy na drodze w dolinie, gdy przychodzi krótki, odświeżający deszcz. Przed 3 po południu, dokładnie 24 godziny od wyruszenia stamtąd, jesteśmy w Kožnjar. Skodzinka na nas czeka, znowu ucinamy pogawędkę z gospodarzami warsztatu. Ruszamy szutrową drogą w dół potoku, po drodze nie zapominając o kąpieli.

* * * * *

Planujemy się dostać do Czarnogóry najkrótszą trasą, przez przełęcz 1849 i wieś Čakor, podobno piękną widokową drogą. Jeden z mieszkańców Kožnjar wspominał wprawdzie o kiepskiej jakości szutrze, ale po albańskich przejściach tylko się uśmiechnąłem na jego ostrzeżenia.

Na rogatkach Peć drogowskaz na Čakor, posterunek KFOR, droga dnem wąwozu. Asfalt najwyraźniej niedawno położony, chociaż wyrwy się zdarzają.

Obrazek

W Kućište koniec tej przyjemności, drogowskaz na Čakor kieruje w makadamski put. Zabudowania się kończą, w lewo odchodzi droga z drogowskazem na jakąś restaurację, my jedziemy prosto coraz bardziej zapuszczoną trasą, wcale nie mając pewności, czy tak trzeba. Coraz częściej muszę wrzucać jedynkę, chociaż jest prawie płasko. Myślę, co będzie dalej, jak będzie podjazd na ponad 1800 m.

Nagle drogę zagradza położony w poprzek lekki kawałek pniaka. Co za cholerstwo? Niewiele myśląc, odwalamy go na bok i hajmo raja! Za chwilę tablica - "znajdujecie się na terytorium Czarnogóry, pojazdy KFOR muszą tu zawrócić". Ale przecież my nie jesteśmy KFOR, nikt nas nie zwerbował po drodze. Naprzód! Jeśli jazda 5 km/h na jedynce może oznaczać "naprzód".

Obrazek

Naszym oczom ukazuje się wielki stos pniaków i gałęzi na całej szerokości drogi. I nie jest to wiatrołom, zwalili to celowo. Tym razem oczyszczenie przejazdu zajęłoby trochę dłużej. Widocznie ktoś zaliczył nas do KFOR-u.

Jedno, co mogliśmy przeoczyć, to droga "do restauracji". Wracamy, na rozjeździe spotykamy samochód, kierowca na pytanie, czy tamtędy na Čakor, odpowiada twierdząco. Szeroka, znakomita szutrowa droga pnie się serpentynami, nachylenie jak nic 20% jakby potwierdzało, że nas doprowadzi na 1849 m. Po dłuższej jeździe w końcu škodovka się grzeje, trzeba jej dać odsapnąć, na przełęcz jeszcze spory kawał.

Obrazek

Ruszamy. Za zakrętem restauracja, parking i... koniec drogi. Knajpiarz tłumaczy, że droga na Čakor szła dołem, ale parę lat temu została zamknięta przez wojska KFOR. Myślę, że minie następnych parę lat, to i jakąś tablicę informacyjną też postawią. Albo i drogę prędzej z powrotem otworzą.

Między wąwozem a Peć można by zobaczyć klasztor Patrijaršija. To dlatego tam jest posterunek, z tych samych przyczyn co w Visoki Dečani. Pytamy żołnierza, czy można zwiedzić. Sprawdza nam paszporty, pyta nas o wyznanie, czy nie jesteśmy przypadkiem muzułmanami. Dwaj jasnowłosi Czesi najwyraźniej na nich wyglądają, Polak z trochę ciemniejszymi włosami tym bardziej. Dzwoni do klasztoru, dowiaduje się, że zwiedzanie tylko do piątej po południu, a jest już po siódmej. Zaprasza jutro, ale niestety nie mamy tyle czasu.

Pozostaje jechać do Czarnogóry przez przełęcz 1710, Rožaje i Berane. Długi podjazd, lecz bez żadnych ekstrem, świetna droga. Przed samą przełęczą przejście graniczne, posterunek kosowski. Ze 2 km dalej, za najwyższym punktem, czarnogórski. Wychodzi do nas wesoły pogranicznik o posturze niedźwiedzia. Pyta nas, skąd i dokąd jedziemy. Z Koraba, Đeravicy... Planinari! - wpada mi w słowo - isto sam planinar, volim svih planinarov! A sada Durmitor, kroz Gusinje - rzucam mu naszą oficjalną czarnogórską legendę. Gusinje? - wesoło ciągnie celnik. Człowieku, nie wnikaj w to Gusinje, przecież powiedziałem Durmitor - myślę sobie. Prokletije? Maja Karanfil? Znam je sve! Fajny człowiek, no dobra, do Karanfila można mu się przyznać. Na koniec wręcza nam kartę pobytową, jedną na wszystkich, żeby ją oddać przy wyjeździe. Co jest? Byłem już w Czarnogórze i nie było takiego zwyczaju. Mówię mu, że pewnie nie będziemy razem wracać, koledzy zostaną dłużej, niech im wypisze oddzielnie. On na to, żebyśmy poszli na posterunek w Gusinje albo gdziekolwiek, to nam wypiszą bez problemu, wyraźnie już mu się nie chce. Hmm, policję w Gusinje to będziemy omijać szerokim łukiem. Jedziemy, zostawiając sympatycznego pogranicznika w nieświadomości naszego prawdziwego celu.

Parę kilosów dalej znajdujemy dobry zjazd do lasu i walimy się spać pod širákem.
zawodowiec
Cromaniak
Avatar użytkownika
Posty: 3457
Dołączył(a): 17.01.2005

Nieprzeczytany postnapisał(a) zawodowiec » 10.03.2009 13:17

7. Pożegnalna kolacja
28 lipca

Następnego dnia chcemy mieć jak najszybciej z głowy formalności biurokratyczne. Pewnie nie warto w ogóle sobie zawracać głowy, ale wychodzimy z założenia że strzyżonego... Od policji w Gusinje wolimy się trzymać z daleka, więc znajdujemy posterunek po drodze, w miasteczku Berane. Musimy swoje odczekać, zanim dyżurny policjant załatwi bieżące sprawy, potem po obejrzeniu świstka i wysłuchaniu moich tłumaczeń w końcu skuma bazę i odeśle nas do właściwego pokoju. Tam następny stróż prawa wysyła mnie do kiosku na rogu celem zakupu odpowiednich formularzy, za grosze na szczęście, jako miejsce pobytu dla formalności wpisuje Berane. Powtarza to samo co słyszeliśmy na granicy, żeby wpisać datę opuszczenia Czarnogóry w dniu wyjazdu. Oczywiście jak dla niego naszym celem wędrówki pozostaje Durmitor.

Koło południa jesteśmy w Gusinje. Ludzie, jakie tłumy, normalnie Krupówki w szczycie sezonu. Przeciskamy się między straganami i tłumem pieszych, w końcu znajdujemy wyjazd na Grbaję. Jedyna logiczna droga do naszego celu, Maja Jezerce, wiedzie przez Vusanje i dolinę Ropojana. Z Vusanje dałoby się wejść na szczyt i wrócić w jeden dzień. W Vusanje znajduje się jednak posterunek policji. Do zeszłego roku trzeba się tam było meldować w drodze na najwyższy szczyt Prokletijów. W tym roku, według naszych wiadomości, próba zameldowania skończyłaby się zawróceniem. A próba przejścia bez zameldowania, jeśli nieudana...wolimy nie próbować. Dlatego też zamiast Ropojany kierujemy się na Grbaję. A najpierw do wioski Ahmedmujovići.

Zatrzymujemy się przed ostatnim domem. Przychodzi czas rozliczenia benzyny, bo odtąd odpalamy z buta, a potem Ivoš i David zostają dłużej w górach, a ja będę wracał sam. Zrobiliśmy razem prawie 1000 km. Z dodatkowymi kosztami 60-parę euraków na nich dwóch. Chłopaki odchodzą na chwilę na bok, po czym wręczają mi 80 euro i nawet nie chcą słyszeć o zwrocie reszty, mówią że ich tak woziłem że sobie zasłużyłem. Lubię ich coraz bardziej.

Gadam chwilę z bardzo miłą gaździną. Pokazuje gdzie stanąć, zapewnia że samochód będzie całkowicie bezpieczny. Pyta, gdzie idziemy. Podaję oficjalną wersję - góry naokoło doliny Grbaja, Volušnica, Karanfili... Mam wrócić sam za kilka dni, nie wiem dokładnie kiedy, towarzysze zostają w górach dłużej.

Pierwszy długi kawałek wiedzie asfaltową drogą. Zaraz na początku zatrzymujemy się przy obudowanym źródełku, zasiadamy na ławach. Ostatnie polskie kiełbaski z chlebem, pomidorami, papryką i ogórkami, do tego pramenita voda.

Idziemy w głąb doliny, otwierają się widoki na Karanfili. Już tyle ludziom nagadaliśmy, że tam idziemy, że kiedyś będzie wypadało je odwiedzić.

Obrazek Obrazek Obrazek

Przy ujęciu wody uzupełniamy jej zapas. Droga się kończy, szukamy ścieżki, co nas wyprowadzi na naszą przełęcz. Po pierwszej próbie, po kilkunastu minutach darcia przez krzaki stwierdzamy, że to chyba nie to. Druga próba i napotykamy wyblakłe czerwone znaki na drzewach. Drogowskazu nie było, ścieżka też zarastająca, znaczy oficjalnego szlaku nie ma, ale według wojskowej jugosłowiańskiej mapy kierunek się zgadza. A więc zaczynamy dymać ostro pod górę.

Gdy wychodzimy ponad las, zaczyna trochę padać. Przeczekujemy pod drzewkiem. Znajdujemy zaznaczone na mapie źródło. Całe szczęście, że mogę uzupełnić wodę, na podejściu wyżłopałem chyba ze 2 litry. Nie mam już problemu z wytrzymaniem tempa Czechów, parę dni w górach zrobiło swoje, ale człowiek nie wielbłąd, pić musi. Chmury się rozchodzą, mamy świetny widok na Grbaję i naszą drogę podejścia. Przez lornetkę widać nawet chałupę, przy której stoi skodzinka.

Obrazek

Przychodzi druga fala deszczu, równie nagle jak pierwsza, ale jeszcze gwałtowniejsza. Tym razem nie ma się gdzie schować. Zanim się okutamy w goreteksy, już jesteśmy mokrzy. Na szczęście jeszcze parę minut i jesteśmy na przełęczy, z ulgą zrzucamy wory i rozbijamy namiot.

Obrazek Obrazek

Zachodzące słońce oświetla góry.

Obrazek Obrazek
Obrazek Obrazek

Według wojskowej mapy jesteśmy już na granicy. No to się udało wejść, nikt nas nie niepokoił. Dobry wieczór Albanio!

Topimy wodę z pola śnieżnego i gotujemy kolację z kilku dań. Wypijamy specjalnie wyniesione na górę albańskie piwko. Jaramy nawet po fajeczce, chociaż żaden z nas normalnie nie pali. Albański szewc, który skleił Davidowego buta, dał nam trzy z paczki, którą dostał od nas, więc trzeba z nich zrobić pożytek. Być może już jutro wejdziemy na Maja Jezerce i przyjdzie czas się rozstać, więc musi to być oslavna večeře. Skąd możemy wiedzieć, ile jeszcze będzie tych pożegnalnych kolacji.
zawodowiec
Cromaniak
Avatar użytkownika
Posty: 3457
Dołączył(a): 17.01.2005

Nieprzeczytany postnapisał(a) zawodowiec » 10.03.2009 13:17

8. Tři sedélka
29 lipca 2005

Pozostaje nam się dostać na Jezersky vrh, jak mówią Czesi. Michal kiedyś tu był, zrobił rozpoznawczy wypad z Grbaji w tamtym kierunku. David i Ivoš słyszeli od niego o jakiejś możliwej drodze przez tři sedélka. To wszystko, co wiemy.

Wschodzące słońce oświetla ścianę nad miejscem biwaku. Zwijamy się, pora iść na poszukiwanie trzech przełęczy.

Obrazek

Schodzimy w polodowcowy kocioł, przez chwilę szukamy najlepszej drogi przejścia. Zostawiamy wory na dole dużego śnieżnego pola. Nad nami dwie przełęcze. Jeśli z tej po lewej by się dało zejść na drugą stronę, prawdopodobnie bylibyśmy w albańskiej części doliny Ropojana, skąd droga już krótka. Prawdopodobnie, bo na mapie, chociaż dokładnej, w skalnym terenie nie widać poziomic i trudno się rozeznać. Podchodzimy na tą lewą przełęcz i widzimy, że zejście nie rokuje większych szans. Zbiegamy z powrotem polem śnieżnym, często zjeżdżając na butach. Wory na garb, droga niestety będzie dłuższa. Wychodzimy na tą prawą przełęcz, patrzymy w dolinę po drugiej stronie i na okoliczne szczyty i już trochę lepiej się orientujemy gdzie jesteśmy. Planujemy dalszą drogę, chyba po drugiej stronie następnej grani będzie już upragniona Ropojana.

Zejście do doliny jest parszywe, stromy piarg sypie się spod nóg, w jednym miejscu przyglebiam, zdzierając lekko skórę na ręce i nodze. Jeszcze kawałek trawersujemy polem śnieżnym i wychodzimy na następną przełęcz. Drugą z trzech Michalowych? Słońce cały czas niemiłosiernie jebie, do spółki z worem na plecach. Na przełęczy zrzucam plecak i walę się w cień pod skałą.

Rzut oka w dolinę poniżej i na mapę mocno weryfikują nasz pogląd na to, gdzie jesteśmy. Jaka Ropojana? Wyrzuciło nas dalej na zachód, to co widzimy to może być tylko ten wielki kocioł o płaskim dnie, doskonale widoczny na mapie. Rypiące słońce i brak wody nasuwa mi wisielcze skojarzenie - Dolina Śmierci. Rozpuszczamy w wodzie šumaka o owocowym smaku, popijamy nim suszone owoce i orzeszki. Trzeba się napić na zapas.

Obrazek Obrazek

Zejście jest jeszcze paskudniejsze i dużo dłuższe niż poprzednie, w dodatku coś jakby niehalo z moim lewym kolanem, boli przy obciążaniu. Długi trawers zboczem, jak dobrze, że nie musimy schodzić na sam dół i jeszcze bardziej tracić wysokości. Rypanie na następną przełęcz, trochę drapania się po skałach, już zupełnie na pilocie automatycznym. To już ta trzecia. Tym razem już wiemy na pewno, że po drugiej stronie czeka Ropojana. Wychodzimy na górę, wreszcie odsłania się Maja Jezerce. Słońce jeszcze wysoko, myślę sobie, że jeszcze dziś zejdziemy w dół, ale chłopakom już się nie chce. Zabieramy się do pichcenia.

Obrazek

Przygląda się nam młody albański pasterz, który podszedł za nami z Doliny Śmierci. Odmawia spróbowania zupy z torebki. Przypuszczamy, że jako muzułmanin może się bać, czy nie ma tam wieprzowiny. Chętnie natomiast częstuje się czekoladą. Po dłuższej chwili schodzi z powrotem w dół. Czechom przychodzi pomysł wejścia na szczyt nad naszą przełęczą i znalezienia na wierzchołku miejsca do spania. Czemu nie? Bierzemy bety i wyłazimy na górę. Na płaskim przedwierzchołku będzie aż nadto miejsca na nocleg. Obudowujemy nasze orle gniazdo niskim murkiem z kamieni dla ochrony od wiatru, w środku rozkładamy karimaty i śpiwory. Słońce oświetla jeszcze szczyt Maja Jezerce.

Obrazek

Wychodzimy jeszcze na chwilę granią na pobliski wierzchołek. Zachodzące słońce oświetla Dolinę Śmierci. W końcu nadchodzi czas, by wrócić do orlego gniazda.

Obrazek Obrazek Obrazek

Już leżąc w śpiworach, pijemy po łyku śliwki. Za Michala, który nam wskazał drogę przez tři sedélka.
Poprzednia stronaNastępna strona

Powrót do Jak nie Chorwacja to ... ???



cron
Albania, Kosowo, Czarnogóra - górski wypad - strona 30
Nie masz jeszcze konta?
Zarejestruj się
Chorwacja Online
[ reklama ]    [ kontakt ]

Serwis Cro.pl Chorwacja Online wykorzystuje cookies do prawidłowego działania, te pliki gromadzą na Twoim komputerze dane ułatwiające korzystanie z serwisu; więcej informacji w polityce prywatności.

Redakcja serwisu Cro.pl Chorwacja Online nie odpowiada za treści zamieszczone przez użytkowników. Korzystanie z serwisu oznacza akceptację regulaminu. Forum wykorzystuje oprogramowanie M 2.0. Serwis ma charakter wyłącznie informacyjny. Cro.pl nie reprezentuje interesów żadnego biura podróży, nie zajmuje się organizacją imprez turystycznych oraz nie odpowiada za treść zamieszczonych reklam.

chorwacja online - cro.pl 1999-2018