Natomiast o dziewiątej zjawił się pan Bata z synem i przynieśli śniadanie: jajka sadzone na szynce, sałatki warzywne, brzoskwinie, chleb i półtoralitrową butelkę napoju mlekopodobnego. O rany, kto tyle tego wypije? Zaraz potem podstawili nam rowery, więc uznaliśmy, że nie będziemy ryzykować zmieszania mleka ze smażonym, bo szukanie toalety albo krzaczków mogłoby być ciut kłopotliwe.

Wskakujemy na koła. W centrum ruch, ale też sporo rowerzystów, którzy - podobnie jak u nas - jeżdżą gdzie popadnie i trzeba uważać również na chodnikach. Bardzo dużo osób używa takich dziwnych elektrycznych maszyn, na pół rowerków, na pół skuterków. Pewnie chińszczyzna.

Jedziemy nad Cisę, a następnie wałem przeciwpowodziowym wzdłuż niej. Przez wał przebiega międzynarodowy szlak rowerowy EuroVelo nr 11.

Niestety, po kilku chwilach dojeżdżamy do dość ruchliwej drogi, dobrze, że ten odcinek jest dość krótki. Mijamy położone niżej samotne gospodarstwo.

Tablica wyjazdowa różni się od wjazdowej - tu umieszczono również serbską wersję łacińską. W ogóle kwestia nazewnictwa jest interesująca: jej pochodzenie jest zdecydowanie słowiańskie i nawiązuje od księcia, Węgrzy przyswoili ją do swojego języka. Potem kilkukrotnie się zmieniała: Stara Kanjiža dla Serbów, w odróżnieniu od Nowej, którą założono za rzeką. Następnie przymiotnik usunięto, za to w latach 30. ubiegłego wieku proponowano zastąpienie jej Petrov Gradem. Ta opcja nie przeszła. Węgierska wersja Magyarkanizsa funkcjonowała prawdopodobnie do końca II wojny światowej, odróżniała miejscowość od innych nazywających się Kanizsa. Komuniści wycięli narodowy przymiotnik, a następnie próbowali ją zesłowianizować. Jakiś czas temu (nie wiem dokładnie kiedy) powrócono do poprzedniej nazwy Magyarkanizsa, ale ponoć mieszkańcy z przyzwyczajenia i tak używają Kanizsa

Za Cisą znajduje się kolejne miasteczko: Novi Kneževac (Нови Кнежевац, Törökkanizsa). W jego przypadku historia także odcisnęła piętno na nazwie. Założone zostało nieco później niż Stara Kanjiža, więc znane było wśród Serbów jako Nova Kanjiža albo Turska Kanjiža. Obie miejscowości z dwóch stron rzeki łączyła przeprawa. W okresie międzywojennym władze nadały miastu nazwę obowiązującą do dziś, natomiast węgierska pozostała bez zmian (török znaczy turecka). Jest to w sumie dziwne, bo to nie Turcy założyli osadę, istniała długo przed ich przybyciem, natomiast co najmniej raz ją spalili.

Przejeżdżając Cisę opuściliśmy Baczkę i znaleźliśmy się w Banacie. Czy to ma jakieś znaczenie? Owszem i nie mam na myśli wydarzeń z przeszłości: północna część serbskiej Baczki jest znacznie bardziej węgierska niż północna część serbskiego Banatu. Madziarzy oczywiście także i tu mieszkają, ale w mało której miejscowości stanowią większość. Tak jest też w Kneževacu - Serbowie są od nich liczniejsi, a na ulicach jest dokładnie odwrotnie niż Kanjižy, bo zazwyczaj słychać język serbski. Ogólnie liczba Węgrów w Wojwodinie regularnie spada, według ostatniego spisu stanowią już jedynie dziesięć procent ludności prowincji.

Pedałujemy przez mniej lub bardziej opuszczone place i deptakiem, obok kościoła katolickiego, ponownie zajeżdżamy nad rzekę.


Na brzegu stoi Spomenik Palim Borcima z 1965 roku, przedstawiający dwie postacie, w tym jedną schyloną. Wyglądają, jakby grali w jakąś grę.

Robimy sobie zdjęcie na tle Cisy (Teresa ma dziwną minę, bo kazałem jej wyobrażać sobie różnych chłopów bez majtek P)) i z faną na tle fan.


Kawałek dalej stoi cerkiew z początku XIX wieku; zaglądamy jedynie przez drzwi, bo w środku trwa sprzątanie. Z miotłą lata facet, to naprawdę rzadkość!

Niebo zakrywają chmury, ale jest bardzo duszno, zatem zajeżdżamy do knajpy na deptaku. Siedząc tam przez ponad godzinę, możemy trochę popodglądać życie lokalsów. Przy sąsiednim stoliku ulokowała się grupa starszych mężczyzn, większość z nich pije kawę i wodę. Obgadują jakąś grubą babę, co chwilę wybucha głośny śmiech. Za to po ulicy ciągle kręcą się te same osoby, niektóre widzę z dziesięć razy łażące tam i z powrotem. Szczególnym powodzeniem cieszy się "rzeźnik bio", cokolwiek to znaczy.
Na deptaku stoi kolejna dziwna rzeźba, mi z daleka przypomina ślimaka.

Gdy idę zapłacić, uśmiechnięta barmanka zagaduje, skąd przyjechaliśmy.
- No rowerach z Polski?? - dziwi się.
Aż tak popieprzeni nie jesteśmy
- A wiesz, że my też jesteśmy Kanjiža, tylko Nowa? - właśnie wtedy się o tym dowiedziałem. - Fajnie, że tu zaglądają turyści z zagranicy, bardzo się cieszę. Widziałam twój aparat, ja też lubię robić zdjęcia bez smartfona! - woła. Czyli jeszcze lustrzankowcy nie wyginęli całkowicie!

Pogadaliśmy jeszcze przez chwilkę, po czym ruszyliśmy dalej. Na ścianach budynków zauważyłem sporo przekreślonych nazw ulicy, bo ze dwa lata temu burmistrz usunął wszystkich patronów z okresu komunistycznego. Pomników na szczęście nie ruszył.

Wyszło słońce, a my żółtym mostem wracamy do Baczki. Nota bene to ostatni most na Cisie na terenie Serbii, następny jest dopiero w Segedynie, za ponad dwadzieścia kilometrów.

Banacki brzeg jest tu zagospodarowany, baczki pokrywa las.

Kręcimy się jeszcze po bardziej oddalonych dzielnicach Kanjižy. Zaglądamy na nieczynny od 2014 roku dworzec kolejowy w typowym austro-węgierskim stylu. Nazwa węgierska jest tu jeszcze bez przymiotnika.


Tory rozebrano, zostały tylko na przejazdach.

Nie udało nam się dojść do cmentarza żydowskiego, który ze wszystkich stron otoczony jest terenami prywatnymi. Zajrzeliśmy natomiast na cmentarz katolicki, czyli węgierski. Znajdujemy na nim dużą kwaterę żołnierzy armii habsburskiej z Wielkiej Wojny.

Ciekawa kompozycja na grobie pewnego małżeństwa.

Wracamy odstawić rowery do hostelu. Przyglądając się krzyżowi przy kościele katolickim zauważam, że fundatorami pod koniec XIX wieku była rodzina... Bata.

A w hostelu przychodzi pan Bata i pyta się, na którą chcemy jutro śniadanie. Oddajemy mu napój mlekopodobny (który okazał się jakimś specjalistycznym jogurtem), tłumacząc, że go nie wypijemy, więc szkoda go marnować. Zabiera go wyraźnie zirytowany, pewnie pomyślał, że cudzoziemcom kompletnie odwala.
Wieczorem pora na kolejny spacer po mieście. Ulice oddalone od centrum są puste, ludzi wymiotło.


W Kanjižy również dokonano dekomunizacji i nawet marszałek Tito musiał opuścić pozycję patrona.

Z powodu specyfiki narodowościowej partia rządząca reklamuje się tutaj po węgiersku i zdjęciami z Orbánem. Wykonano je dość dawno temu, bo obaj politycy są mocno szczuplejsi niż dzisiaj. Tak jak Serbia i Węgry zazwyczaj ze sobą nie przepadały, tak teraz oficjalna narracja mówi o wielkiej miłości obu narodów. Ciekawe jak długo?


W restauracji nad rzeką objadamy się po uszy. Nie tylko my, obok leży kot tak gruby, że nawet nie spojrzy na rzucane mu mięsko.

Nieśpiesznie udajemy się na spoczynek. Czasem przemknie jakiś samochód, ale ogólnie w mieście panuje cisza. Chwilę bawię się z aparatem w parku przy ratuszu, stoi tam również pięciopalczasty spomenik.


Na nowy osiedlu brak żywego ducha, za to w największym parku ławki obsadzone przez młodzież. Palą jak smoki, ale alkoholu nie zauważyłem.

Rano ze śniadaniem przychodzi pani Bata. Przynosi gotowane parówki z chlebem i warzywa w panierce, a do picia herbatę, nic białego
Na koniec wizyty udajemy się jeszcze do najbliższego i jednocześnie największego parku, tam, gdzie w nocy imprezowała młodzież. Teraz są tam ludzie w starszym wieku i matki z wózkami. Na skraju skromny pomniczek jakiś założycieli.

Narodni park (Néppark) to pozostałość po węgierskim uzdrowisku z przełomu XIX i XX wieku. Oryginalny budynek łaźni - przypominający cerkiew - jest w kiepskim stanie, dookoła stoją obiekty mniejszej architektury i też się rozpadają.

Uzdrowisko nadal działa, ale w nowszych obiektach. Przed jednym z nich stoi rzeźba Cyganki; według legendy uleczyła ona kolana w miejscowym cudownym źródle i znowu mogła tańczyć!

W uzdrowisku zakończyliśmy wizytę na serbskiej i wojwodińskiej prowincji, pora udać się w stronę granicy.


.png)



























































.png)