13.08 - czwartek:
Dzisiaj niestety opuszczamy piękną Cro...

Wcale nam do tego nie spieszno, więc ociągamy się ze składaniem namiotu i wyjeżdżamy z campingu dopiero przed 12:00. Focimy okolice Prižby na pożegnanie:
Na zdjęciu widać półwysep Prišćapac, który jest lokalnym zagłębiem turystycznym. Znajduje się tu m.in. baza nurkowa.
Podziwiamy też malowniczą, zalesioną wyspę Otočac:
(Zdjęcia z auta, więc musicie wybaczyć, że jakość nie powala.)
W głębi wyspy mijamy wiele winnic:
Tu rosną szczepy takie jak Pošip, Rukatac, czy też najbardziej znany (i podobno wyśmienity; szkoda, że nie próbowaliśmy) Plavac.
Około 12:30 dojeżdżamy na przeprawę promową do Dominče. Po kilku minutach widzimy, jak w naszą stronę zmierza znany nam już olbrzym:
Porównajcie sobie jego gabaryty z łódką obok (celowo zrobiłam takie zdjęcie)!
Wjeżdżamy na prom. Przeprawa trwa bardzo krótko, zbyt krótko, żeby nacieszyć się widokiem starego miasta i pożegnać z nim, pewnie tym razem na dłużej niż rok:
Po kilkunastu minutach rejsu dobijamy do stałego lądu. Widać już nabrzeże w Orebiću:
Za Orebićiem obowiązkowo postój na focenie w bardzo popularnym punkcie widokowym:
I dalej już jazda bez zatrzymywania się przez zielony, dziki Pelješac (trzeba tu koniecznie przyjechać!), Neum, Opuzen, aż do Metković, gdzie mamy postój na napełnienie żołądków. Zjadamy niezbyt smaczną pizzę (na wybrzeżu robią 100 razy lepszą!).
Granicę chorwacko-bośniacką przejeżdżamy szybko i bez kontroli (ta w Metković to już nasza trzecia granica chorwacko-bośniacka, a będzie jeszcze jedna

)
Droga przez Bośnię to uczta dla duszy i wspaniałe doznania estetyczne. Ślicznie zaczyna się robić tuż za Mostarem, a potem coraz ładniej... Zielone wody Neretvy i skąpane w nich góry. Do tego całkiem niezła, równa jak stół droga.
Zatrzymujemy się na chwilę nad brzegiem rzeki, żeby pofocić:
Okazuje się, że lepiej oglądać te cuda z samochodu. Z bliska jest bardzo brudno, wszędzie walają się śmieci:
Psuje to na moment ogólne wrażenie. Ale już za chwilę "prujemy" dalej i podziwiamy takie zapierające dech w piersiach widoki:
Napisałam: "prujemy", ale w rzeczywistości nie przekraczamy dozwolonej 80-tki, bo za krzakiem, tu i ówdzie, czają się panowie z "suszarkami". W czasie naszego przejazdu przez Bośnię widzieliśmy aż 8 patroli drogówki!
Za kanionem Neretvy musimy przejechać przez miasto Jablanica. Czekają tam na nas atrakcje w postaci częściowego zamknięcia drogi:
Tak wygląda droga międzynarodowa w Bośni

Ale u nas nie lepiej, chociaż w Polsce zrobiliby przynajmniej ruch wahadłowy na tym odcinku.
Za Jablanicą zaczynają się schody, a właściwie zakręty

Przed nami podjazd na przełęcz Makljen (1123 m.n.p.m.). Niestety mamy tego pecha, że wleczemy się za jakimś klamotem. Z ciekawostek występujących na tym odcinku trasy odnotowałam (a właściwie zapisałam na karcie aparatu

) taki znak drogowy:
Chyba należałoby go odczytać jako:
bardzo niebezpieczny zakręt w lewo!
Na przełęczy zatrzymujemy się na moment, żeby rozprostować kości i oczywiście strzelić parę fotek. Nieco "zamglony" widok okolicy:
Dalej już jest z górki, dosłownie i w przenośni

Droga jakoś szybciej mija. Nie jest już co prawda tak piękna krajobrazowo (poza Jajcami, na które mamy "chrapkę" i zaplanowaliśmy je na za rok!), ale za to szybciej się ją pokonuje. Zwłaszcza kiedy dojeżdżamy do pseudo-autostrady w Banja Luce. Nie rozwijamy jakiś zatrważających prędkości bo to "autostrada" (droga szybkiego ruchu?), na której co chwilę zatrzymują nas światła, ale przynajmniej nie trzeba uważać na
bardzo niebezpiecznych górskich zakrętach.
Przed ponownym wjazdem do Chorwacji, chcemy się jeszcze zatrzymać na kolację. Koniecznie musi to być w Bośni, bo pamiętamy z ubiegłorocznych doświadczeń, jak trudno jest znaleźć otwartą knajpkę z jedzeniem w Sławonii po 22:00. W 2008 roku okazało się to niemożliwe!
A po bośniackiej stronie knajpek do wyboru, do koloru. Decydujemy się na pizzerię "Venezia" (a może to było jakieś inne włoskie miasto

) i zjadamy drugą już dzisiaj pizzę! Na szczęście ta jest o niebo lepsza od tej zjedzonej w Metković!
Granicę bośniacko-chorwacką przekraczamy w Gradišce. Przed nami kilka samochodów. Bośniacki celnik pyta, skąd wracamy i mówi coś w stylu, że mamy bardzo załadowany samochód (Fabiak jest teraz autem o bardzo niskim zawieszeniu, tak się ugina pod ciężarem naszego dobytku

), po czym kieruje nas na boczny pas
"No to pięknie! Teraz nas "przetrzepią!" - myślę. Chyba wyglądamy podejrzanie, bo facet każe mojemu mężowi wysiąść i otworzyć bagażnik, a potem lodówkę. Na koniec sprawdza jeszcze podwozie za pomocą lusterka umieszczonego na długim kiju!
To już chyba lekka przesada!
Oczywiście nic nie znalazł. Bo i co miał znaleźć?! Tacy z nas przemytnicy, że wieziemy kilka litrów chorwackiego wina
W środku nocy czeka nas jeszcze granica chorwacko-węgierska (Terezino Polje - Barcs), gdzie celnikom wyraźnie się nudzi. Jesteśmy jedynym samochodem na przejściu granicznym, więc trzeba nas trochę "przetrzepać". Znowu każą wysiąść, otworzyć bagażnik, lodówkę, a nawet schowek koło mojego siedzenia!
Na szczęście darują sobie sprawdzanie podwozia lusterkiem!
W taki oto sposób znaleźliśmy się na węgierskiej ziemi. Ale co było dalej, opowiem w następnym odcinku
