15 marca, niedziela.Nie da się ukryć .
Wyspa Wielkanocna czyli Isla de Pascua, Ester Island lub Rapa Nui to chyba dla wszystkich ta najbardziej pożądana i wyczekiwana destynacja.
Jajecznica i melon o piątej rano, o 8.55 lecimy na Isla de Pascua.
Tajemnicza, trudno dostępna, najbardziej odizolowana. Wtedy człowiek jeszcze bardziej chce.
Chwilę przed wyjazdem czytałam o ryzyku związanym z lotem na Rapa Nui. W związku z brakiem innej możliwości lądowania, w połowie drogi pilot musiał zdecydować czy jest w stanie wylądować w aktualnych warunkach atmosferycznych; inaczej zawracał, bo nie starczyło by paliwa na rejs w obie strony.
A na nas czekała miła niespodzianka. Od niedawna loty odbywają się Dreamlinerem, który ma odpowiedni zapas paliwa i przyzwoite warunki na 5,5 godziny lotu.
Szybko zleciało i już widzimy skrawek lądu z naszych marzeń.
Ma zaledwie 15 km długości, 20 km szerokości, a całkowita powierzchnia wyspy wynosi 164 km. Mimo swych niewielkich rozmiarów, jest miejscem pełnym tajemnic, magii i fascynującej historii. W 1995 roku UNESCO uznało Wyspę Wielkanocną za Światowe Dziedzictwo Kulturowe.
Jako pierwszy Europejczyk dopłynął Holender – kapitan Jacob Roggeveen (James Cook później). Było to w 1722 roku, dokładnie w niedzielę wielkanocną, stąd nazwa. Miejscowi zdecydowanie bardziej wolą nazwę – Rapa Nui, czyli „Wielka Ziemia”, a czasem mówią Te Pito o te Henua, czyli Pępek Świata.
Wyspę Wielkanocną tworzą cztery wygasłe wulkany: Terevaka, Puakatike, Rano Kau i Rano Raraku. Najwyższy ma 507 m n.p.m.
Połowa powierzchni wyspy objęta jest ochroną w ramach Parku Narodowego Rapa Nui. 10-dniowy bilet to koszt około 90 $, ale do najpopularniejszych lokalizacji można wejść tylko raz i to obowiązkowo z licencjonowanym przewodnikiem.
W 1966 roku Chile uregulowało status wyspy, włączając ją do regionu Valparaiso i przyznając wyspiarzom prawa obywatelskie. W 1993 roku przyjęto ustawę, która zakazała posiadania ziemi przybyszom, a na mocy ustawy z 2009 roku prawo osiedlania się na wyspie zarezerwowane jest dla autochtonów, ich małżonków i potomków. Aktualnie żyje tu około 9 tysięcy osób i 10 tysięcy dzikich koni.
Lokalnie wyspą zarządza Rada Starszych, która ma pilnować interesów klanów i strzec tożsamości wyspy. To ich decyzją ilość przylatujących turystów ograniczono do średnio 300 osób dziennie (jeden samolot) oraz mimo nacisków, a nawet prób przekupstwa światowych koncernów, nie postawiono ani jednego dużego hotelu. Pokusa nowych zysków jest jednak duża i decyzje Rady są coraz bardziej liberalne. Już zatrzymują się tu duże statki wycieczkowe w ramach podróży dookoła świata. Zwłaszcza, że mieszkańcy utrzymują się przede wszystkim z turystyki i w mniejszym stopniu z rzemiosła, rolnictwa i rybołówstwa. Nie ma tutaj przemysłu, a niemal wszystko, czego potrzebują do życia dla siebie i gości, jest transportowane drogą powietrzną lub morską. Nawet woda dla browaru i ta do picia. Za dwie półtoralitrowe butelki zapłaciliśmy tyle co z butelkę przyzwoitego wina. Podobno picie wody z kranu przez tydzień nie wpłynie znacząco na stan zdrowia, bo nie jest zanieczyszczona bakteriologicznie, ale poziom pierwiastków radioaktywnych może przekraczać normy.
Pierwsze zdjęcia obowiązkowo jeszcze w drzwiach samolotu i na schodkach, a na płycie lotniska to już cała sesja.
Iorana to tradycyjne „dzień dobry” w języku Rapa Nui. Śpiewem i tańcami wita nas lokalny zespół, ale jest także czujny piesek który oprócz narkotyków wywącha świeże artykuły spożywcze, których tu przywozić nie wolno. Przez kontrolę celną przechodzimy niekontrolowani (reszta turystów miała prześwietlany bagaż) i od lokalnego kontrahenta biura dostajemy pachnące naszyjniki. Jesteśmy w Raju.
Po wyspie będziemy poruszać się takim ciasnym busem z bardzo wąskimi siedzeniami i brakiem miejsca na bagaż podręczny.