Dzień 3 – kolejny sukces....i tak będzie codziennie wiec chyba zmienię tytułowanie odcinków:)Żaluzje zasłonięte więc sen został sztucznie przedłużony u Lenuara o 2 h, do 8 yupii....starsza trochę dłużej bo zaraz jak wstała młodsza to ją zawinęliśmy z pokoju...praktycznie tylko 1 noc Lena spała z nami, resztę już z siostrą w pokoju...i co najważniejsze ta pora wstawania się przesuwała na korzyść dla nas:)....normalnie wysypialiśmy się z dziećmi na wakacjach...niepojęte jak do tej pory:)
Pobudka w końcu nastąpiła i cała rodzinka po obfitym śniadaniu ruszyła w trasę...ponieważ naczytaliśmy się we wszelkich poradnikach, relacjach i na stronkach o Korculi że
Pupnatska Luka i Bacva jest obowiązkowa z racji swej piękności to postanawiamy to sprawdzić.
Obawiamy się tylko, że może być tam sporo ludzi...zobaczymy...
To małe już nie takie ranne stwory:)

Jeden stwór już wyrychtowany do wyjścia...bez kapelusza nie byłoby szans....pielucha i kapelusz wystarczą, można wybywać...

Jedziemy i podziwiamy uroki okolic Cary...piękna dolina, zagłębie winnej latorośli...fotki cykamy innym razem bo teraz młode zasnęły ledwo ruszyliśmy...tradycyjnie spanie tak było codziennie...
Pierwsze spojrzenie na
Pupnastką i wydobywa się takie: wooow....no nie pogardzę....szalenie
kojarzy mi się z Dubovicą na Hvarze...ciekawe czy po dotarciu wytrzyma to porównanie...


Zjazd jest całkowicie bezproblemowy więc szybko docieramy tam i parkujemy.
Na pierwszy rzut oka bardzo ładnie...Dubovica miała jakoś klimat lepszy na wejściu ale spokojnie...im dłużej byliśmy tym porównanie okazało się trafne...warto zobaczyć tą zatoczkę, wprawdzie tekstylna cała ale topless jak najbardziej...zostajemy chociaż nie znoszę mieć białych trójkątów po stroju ale dla tej plaży zaryzykujemy...może jakoś słońce nas nie złapie;)




Troszkę ludzi tu i ówdzie widać ale plaża na tyle duża i ludzie rozlokowani w części po prawej od wejścia że na lewo czujemy się sympatycznie.







Lenie coraz bardziej podoba się w wodzie, nie chce wychodzić:)


I ogólnie bawimy się nieźle:)


Jak widać ludzi przybyło...parasole psują mi zawsze wizerunek plaż ale rozumiem potrzebę używania....




Lenki grajdołek...



Plaża jest kamyczkowa jak widać ale dużo jest tych mini kamyczków, Nadia buduje z nich zagrodę, tamę itd a Lena je zjada:)....masakra....w Chorwacji uwielbiam te białe, wymuskane wodą, okraglutkie otoczaki ale minikamyczki drobiutkie też są fajne....przy Lenie mi mniej jednak leżą bo ta najzwyczajniej w świecie pchała do buzi...
pilnowałam bardzo ale pewnie kilka zjadła;)...no nic...trudno...weszło to i wyjdzie w któryś dzień:)
Ogólnie jeśli chodzi o plażę to konoba działa, apartamenty w pobliżu wydają się już posiadać mieszkanców więc turystyczny sezon tutaj już rozpoczęty.
Pora się zwijać, mamy
w planie Blato, słońce pali niemiłosiernie, dobrze że parking blisko i stoimy blisko wejścia....hmmm chyba te upały nie są typowe na czerwiec....później okazuje się, ze ten tydzień w czerwcu był wyjątkowo upalny, temperatura poniżej 30 stopni spadała dopiero po 20-tej...2 tydzień mieliśmy również idelany pogodowo ale już ciut mniej żar...25-27 stopni....zdecydowanie dla nas lepiej.




Spacer po miasteczku rozpoczynamy od placu zabaw, strudli jabłkowej i Nestii brzoskiwiniowej j...to nasz tradycyjnie już napój w Chorwacji...w Polsce rzadko kupujemy, na wakacjach z bez % to głównie to pijrmy:)


Na tym placu przy Crkva Svih Svetih spędziliśmy sporo czasu....jakby wymarłe...duża przestrzeń....
dzieciaki nabiegały się do woli a nam przez ten upał nie chciało się specjalnie dużo chodzić...posnuliśmy się więc po zakątkach powyższego...ciekawy budynek na środku, zadaszony, z kolumnami...chyba służył czekającym na mszę jako ochrona od słońca, miejsce spotkań po nabożeństwie...tak zastanawiamy się co to jest...











Dzwony wezwały na nabożeństwo więc udało się wejść do środka, wcześniej kościół był zamknięty ...zdjęć brak z racji trwającego chyba różańca....tak z obserwacji domniemywam...



Tuż przy placu jest apteka tak dla informacji....mąż jak zwykle przybrał kolor różowej i wściekłej świnki więc zakupił tam be-panthenol, mamy w piance ale jednak jest mało wygodny...


Niektórzy już mają dość....

Inni mają jeszcze full energii






Idziemy wyżej, niestety te uliczki to nie to co uliczki Stari Gradu czy innych chorwackich miasteczek szczególnie zapamietanych z Hvaru jak Pitve itd.




Podziwiamy roślinność charakterystyczną dla czerwca, zapach ziół intensywniejszy...i ba! szukamy lodów ...
ciężko trafić na lody bo na razie tyrystów tu nie widać...w końcu znajdujemy jedyne chyba, przy restauracji ale jak się potem okaże najgorsze jakie jedliśmy na wyspie...
Dzieci jednak zadowolone a skoro one tak to i my też:)....wyjeżdżamy z miasteczka z nastawieniem na zrobienie zdjęcia poglądowego na zabudowania Blato...kierujemy się na Prigradicę ale to nie dało efektu w postaci zdjęcia.

...jednak jakoś inaczej musimy zapolować...Wracamy do siebie, po drodze żegnamy słoneczko na kilka godzin



We wrześniu zwykle jak wracaliśmy o tej porze to już po ciemku, często z Leną na syrenie a teraz jest jasno, muzyka zapodana i z tyłu impreza szczególnie jak lecą ich ulubione przeboje:).
Ponieważ obie wyspały się dwukrotnie dzisiaj w samochodzie to idą troszkę później spać, my zaś potem tradycyjnie wineczko i widok na zatoczkę...
Wino czerwone od gospodarzy mocne bardzo w smaku....muszę rozcieńczać wodą;)
Plan na kolejny dzień to
Badija...i oswojone daniele które można spotkać przy plaży...