Odcinek 3 – W trasie do – W końcu u celu – 2018-09-01Zanim zabiorę się do ciągu dalszego wyjaśnię, że zdjęcia zamieszczane w tej relacji pochodzą z trzech aparatów. Jeden to zwykłe foto-idioto Sony Cyber-shot DSC-H55. Poręczny mały ale tak nieskomplikowany, że rzadko pamiętam, żeby go przestawić na zdjęcia nad wodą, krajobrazowe albo inne. Mój problem jest taki, że ja jestem gorszy jak statystyczny Japończyk. Jedno fotografuję, drugie już widzę, do trzeciego mnie nogi ciągną. Zachowuję się trochę tak, jakbym wiedział, że te 28 lat co mi zostało (wedle wróżby cyganki z Lubska) to już się jutro skończą…
Dwa inne aparaty są telefoniczne. Jeden z Huawei Mate lite p9 a drugi z Xiaomi Marioli. Dlatego widoczne będą w relacji różnice.
Pierwszy dzień września. Założenie było takie. Urlop w końcu. Śpimy do oporu. Wstaniemy i będzie ładna pogoda. Przeskoczymy do Chorwacji, zaraz na autostradę i fru. Jeszcze tego dnia się będziemy kąpać w Sutivanie. No ale norma psia krew. Jak się cały rok wstaje między 4 a 5 to mimo długiego spaceru 4.45 pobudka. Jakiś pieroński, wewnętrzy Schlezwig-Holstein palnie salwę w łeb i lipa. Po spaniu.
-To co robimy – zapytałem ślubną.
- No jak co, ruszamy.
Umyśliłem sprytny plan… Coś po drodze jej pokażę. Rastoke, albo Plitvička Jezera, albo coś w Kninie, albo w Klisie… Oznajmiłem więc głosem nie oczekującym sprzeciwu, że zamierzam zaoszczędzić na kolację i skoro tak szybko ruszamy to nie pojedziemy autostradą… Pytanie czy wiem co robię zbyłem milczeniem…
Siąpiło…
Droga 690 doprowadziła nas do Cvetlinu. Przejście senne. Tylko my i celnicy, którzy zaglądnęli w paszporty i równie senni jak przejście machnęli dłońmi. Kilkanaście serpentyn. Trakošćan… Kierunek Gorni Macejl i na drogę numer 1… Siąpiło, nie siąpiło. Padało, nie padało… Jechaliśmy, rozmawialiśmy…
Zagrzeb…
Brak przejazdu pod torami sprawił, że wylądowaliśmy na jakiejś zapyziałej drodze, z której z powodu jej dziur musieliśmy się salwować rejteradą na powrót na drogę numer 1. Tam nie padało, ale po dojeździe na drogę już tak. Karlovac luzik… Ale padało…
Rastoke – lało!
Rakovica… Siąpiło… Kawa przy drodze w Caffe Bar Rendulić – tania i dobra
Schludnie
Lubię takie stare zdjęcia wywieszone w knajpkach…
Obok w Pekarnie precle.
Plitvička Jezera – lało, że świata nie widać… Wrr…
Zanim osiągnęliśmy Knin minęliśmy policję i rozpieprzony motor. Kierowca wybitnie przegiął z prędkością…
Knin – ulewa…
Psia kość…
Brnaze - tankowanie – 9,9 kuny za litr, jak na Chorwację całkiem dobrze.
Ale wypogadzało się… Była szansa na Klis… Krótko…
Gdzież tam…
Powiem tak. Jadąc tuż przed Klisem serpentynami w dół czułem się tak, jakbym płynął na wodzie. 30km/h i dusza na ramieniu. Masakra!!!
10 minut dalej przestało padać. Po kolejnych 5 na termometrze rozbłysło 27 stopni.
I teraz fajna rzecz. 14.15 odpływał prom. 14.05 skręciłem na Obala Kneza… 14.08 wpadłem na plac przed miejscem, gdzie akurat zaczęły wyładowywać się auta z jakiegoś promu z Hvaru chyba - nie wiem, po prostu źle podjechałem…
- Mariola… Przestaw ten płotek metalowy…
14.10 stanąłem na pustym placu. Prom stał... Biegiem… 14.12 wydruk z kasy… 14.14 w aucie… 14.15 na promie… Zamykali za mną…
Cholera… Gorąco… Pot nawet na d…
A potem kontemplacja widoków na Split
Lub wymiana sms-ów z kochankami..
No dobra… Z córką… Chociaż kto to wie, te telefony mają dziś tyle funkcji…
A na końcu drogi znajome już nam miejsce, to znaczy zbliżający się Supetar… Nie ma co opisywać… Wystarczą zdjęcia…
Zaparkowaliśmy auto zaraz po wyjeździe z promu, na parkingu po lewej stronie. Szczęśliwi, że w końcu jesteśmy na miejscu, z dala od kraju, z dala od tego całego suwerena z jego nadobnym 500 plus przechodzimy ulicę… I dejavu…
A ja myślałem, że to dzięki relacjom ludzie jadą tam na urlop…
Podsumowując dojazd powiem tyle… To była fajna podróż, szkoda, że drugi dzień nie dostarczył tylu wrażeń zmysłowi wzroku jak pierwszy ale nie w każdą środę Piotra jak mawiał mój pewien przodek.
Jeszcze tylko pizza w pizzerii Riva przy porcie.
Pojęcia nie mam, jak ona wyglądała. Pewnie była smaczna, ale głowy sobie nie dam uciąć. Nie szarpaliśmy jej jak Reksio szynkę, ale pożarliśmy jak pelikan kilo ryb.
A potem już tylko obowiązkowe zakupy w Lidlu pośród już słyszanych uprzednio na promie Polaków i bezproblemowy – no przecież my wygi, trasy łącznie z obwodnicą Sutivanu znane – dojazd do Zavy, gdzie zaklepaliśmy urlop. Jej strona internetowa
tutaj Wszystko zgodne z zamieszczonymi zdjęciami. Ciaśniej niż rok temu, ale o wiele taniej. Porządnie i czysto. Jedynie końcówka dojścia pod górę i nie w pierwszej linii brzegowej. Ale rowery można wypożyczyć – a dla przeciwwagi śmieci trzeba zwozić na dół pod plażę do kubłów. Może dlatego pożyczają rowery ha, ha, ha.
Polacy częstymi gośćmi tam, o czym kiedy indziej. A widok zastany z okna – zdjęcia z 18.10
Zmęczenie sprawiło, że wieczór spędziliśmy z winem z Lidla na balkonie. Niestety około 20.00 pogoda się psuła wyraźnie.
Może to i dobrze, bo dwa dni w trasie sprawiły, że staruszek Zdzihu szybko zapadł w objęcia snu…
Od następnego odcinka urlop właściwy – nareszcie!!!