Przez Rab przeszliśmy niespiesznie, bo zmęczenie dawało o sobie znać.
Ostatecznie, podróżowaliśmy od ósmej rano, a upał, mimo późnego popołudnia wciąż dawał się we znaki.
Większa część wycieczki postanowiła zmierzyć się ze schodami, widocznymi na zdjęciu, jednak my z Ojcem uznaliśmy wyższość piwa nad "wspinaczką.
Zresztą, uczciwie mówiąc, po natłoku miejsc, odwiedzonych tego dnia, nie miałem wielkiej ochoty na poznawanie kolejnych.
Ot, zmęczenie materiału.
Reszta dzielnie wdrapała się na schody, w nagrodę dostając miłe dla oka widoczki.
Zmierzchało.
Jeszcze przejazd do promu, przez tę brzydszą, prawie bez roślinności, część wyspy.
Na promie - frekwencja, jak widać, dopisała.
Minęło kilkanaście minut i jesteśmy w Jablanacu.
Głodni, bo w Rabie i na Rabie nie udało się zjeść jagnięciny z rożna, ani nawet odojaka.
Może przy Jadrance, w drodze do Selc ?
Nici.
Zatrzymaliśmy się przy dwóch konobach, ale po rzeczonych zwierzakach nie pozostało nawet nędzne wspomnienie.
Za późno !
Wszystko zostało pożarte !
Tym razem musieliśmy zadowolić się "normalną" kolacją w jednej z ulubionych knajpek w Selcach ( miało to i dobrą stronę - kierowcy też mogli zatankować ).
Ale...
Co się odwlecze...