Jako pomysłodawca, na zachętę - będę pierwszy:
Hajduczkowym tematem zachęcony ruszyłem szare komórki,
których to alzheimer jeszcze nie zdusił i przypominać sobie począłem
czasy zamierzchłe, ale też i nie tak odległe.
I myśl taka mnie naszła - ja pamiętam
TEN dzień.
Wcześnie się zaczął.
Środek nocy był, a mi przyszło malucha odpalić.
Nie byle jaki był to maluch. Starzy go gdzieś tak w '83 kupili, jako żółtą sześćsetkę, na starych hamulcach,
z gumową gruszką jako napędem spryskiwacza, z prądnicą i podsufitką przyklejaną do dachu.
Osiemdziesiąty szósty bodajże to rok, pozwolił na istne szaleństwo:
- w znajomym Polmozbycie dokonali wymiany hamulców na "wzmocnione",
silnika na sześćset pięćdziesiątkę (ileż to koni było!) oraz, najważniejsze, karoserii na nową
(jak się później okazało - bandażowana była już w fabryce, ale wypełniłem dziury pianką montażową).
Nową i lepszą, bo, na przykład, podsufitka była już nie klejona, ale wsuwana przez otwór tylnej szyby.
Ameryka!
Cztery dorosłe osoby, dzieciak (siostra moja urodzona 11.11. ...), bagaże i pojechaliśmy do Jarosławca.
Ech, te czasy pionierów ...
Później studniówka. Ponieważ ojciec miał wcześniej Bosto, a ja, ni cholery jeździć tym
nie potrafiłem, więc, jak przyszła studniówka, za bardzo wprawiony w jeździe nie byłem.
No, ale, ruch nie taki jak teraz. Będzie dobrze.
Po studniówce kontynuować by się zdało imprezę. Jedziemy do Stodoły.
Tyle, że to luty. W podłodze taki hebel od ogrzewania sterczał. Dziewczyny się darły,
że je za nogi łapię, ja jedną ręką przekręcałem hebel, drugą kierowałem,
trzecią darłem zamarzniętą szybę. Diabli wiedzą, kiedy leci to ciepło!
Z zamarznietymi szybami oblecieliśmy Stodołę, Park, Hybrydy - takie tam studenckie kluby.
Oczywiście nigdzie nas nie wpuścili - zabrako legitymacji.
Dwa razy, o mało, nie przyuważyłem w radiowóz (jakoś ich wtedy więcej było, za to samochodów mniej).
No i tenże maluch, jako wiano między innymi, dostał się nam.
Zaraz po ślubie pojechaliśmy nim do Jastrzębiej Góry.
Coś z nim było nie tak, bo tylną szybę zaczęło nam olejem zalewać, co też pewnie było przyczyną tego,
że na sto kilometrów litr oleju brał. Słabo też palił, jak ciepły był. Może dlatego, że ja wtedy rekord trasy
nad morze robiłem i na gdańskiej obwodnicy coś tam dupło strasznie z tyłu?
No nic. Wtedy to ja się jeszcze na samochodach znałem.
Po powrocie własnoręcznie uszczelki przy popychaczach wymieniłem i samochodzik znów zacząło chodzić jak złoto.
Do czasu.
Jak mi wał korbowy bokiem wylazł - chodzić przestał.
Na szczęście w krzakach przed domem rodziców leżał ten stary silnik - 600.
Przełożyłem. A co tam numery ...
Odpalił.
A potem nie odpalił. Odpalił. Nie odpalił. Ot, zabawa taka.
Tyle, że nadszedł TEN DZIEŃ. Było pamiętać, że to może wejść w krew w mojej rodzinie.
Pisałem już - siostra: 11.11. ...
A teraz był - 12.12.1990.
Zaczęło się.
RODZĘ!
W środku nocy? Poczekałabyś do rana.
Ze dwa dni łeb mnie bolał, ale argument poskutkował. Zrozumiałem, albo wstanę, albo stracę włosy.
Wstałem.
A jak już wstałem, jak już się obudziłem, to dopiero zdałem sobie sprawę z grozy sytuacji.
- RODZI! Q..wa Mać!
W zasadzie to powinienem być przygotowany. Torba była spakowana, termin niby się zgadzał,
ja rozbudzony, Bożena opanowana. No i po co ja biegam w kółko?
Dobra. Rozpoczynamy akcję "Poród".
Biegiem na dół, na górę, gdzieś tak za trzecim razem przypomniałem sobie, że na to piąte piętro to lepiej windą,
no ale wtedy, to schodziłem ostatni raz, więc i tak mi to już wisiało.
Jestem w samochodzie, odpalam.
Gó...ucio.
Po kilkunastu próbach - zdechł akumulator. Tragedia.
Ale nic. Z górki troszeczkę było. Bożena siedzi na ławce przed blokiem.
Grudzień. Środek nocy. Leży śnieg. Ja - pcham malucha. Wierzcie mi.
Maluch to mały samochód, ale za czterdziestym którymś razem, jak go tak pchacie,
to już nawet ciężko w drzwi wcelować, żeby wskoczyć do środka.
Pot oczy zalewa. Chyba go nawet zgubiłem ze dwa razy.
Bożena i dzieciak - cierpliwe. Czekają.
Dobra. Poddałem się. Lecę po taksówkę.
Ludzie. To był dziewięćdziesiąty rok. Taryfę złapałem gdzieś z pięć kilometrów od domu.
Zadziałała męska solidarność: "Rodzi? Wsiadaj Pan, bo ja w tamtym kierunku".
Znów minęło z pół godziny.
W taksówce Bożenie odeszły wody i, o mało, ja też.
Jest. Karowa. Opieka. Lekarze. Zostawili mnie w holu.
Takie czasy.
Porodówka była chroniona jak ...
Nic tu po mnie. Trochę na piechotę, trochę jakimiś nocnymi, wylądowałem w pod Warszawą,
gdzie mieszkali staruszkowie.
Ciemno było. Po drodze znalazłem ich psa. Czarny. Nieduży. Kudłaty.
"Nutka!" - przyszedł.
Wyobraźcie sobie nasze zdziwienie, jak już doszedłem do rodziców, a tam Nutka śpi w fotelu.
Zgarnąłem z ulicy obcego psa!
Ale ładny był. Tu takie się zdarzały. Jakieś bydło to przywoziło i wyrzucało.
W sumie, to się nie zastanawiałem. Będzie dzieciak, będą się bawić.
Biorę!
Telefon do pracy, że dziś mnie nie ma, więc mam cały dzień dla siebie.
Szybko - weterynarz. Pies, a właściwie suka, zdrowa, młoda. Dziecku nie zaszkodzi.
Ojciec podrzucił mnie do domu. Pies wykąpany, wysuszony, pierwszy spacer.
Suka zniknęła. Chodzę, szukam, wołać to nie miałem co, bo Norka to ją później nazwaliśmy.
Dobrze, że Bożena nie widziała, bo była by afera.
Patrzeć - gówniarstwo jakieś zapyla. Suka skacze koło nich. "Prose Pana, to Pana pies?"
Jak ona lubiła dzieciaki!
Znalazła się jakaś obróżka, znalazł jakiś sznurek.
Ten mały sk..syn odpalił od pierwszego strzału.
Podjechałem na Karową. Telefon. Schyłkowa komuna - o wejściu do szpitala to ja pomarzyć nawet nie mogłem.
Bieg na podwórko. Jest. Bożena stoi w oknie.
"Mamy córkę!" - "Mamy psa!"
Mi było łatwiej, bo to szło na migi, więc ja tylko musiałem palcem pokazać.
Chyba coś jej nie pasowało, bo jakieś dziwne gesty robiła, ale kompletnie nie skumałem o co chodzi.
Potem było z górki. Albo raczej pod górkę. Kaśka musiała zostać w szpitalu - żółtaczka.
Udało się, że święta spędziła już z nami. Norcia okazała się "trzecim rodzicem".
Pomogła nam wychować dziecko. Kaśka na niej leżała, spała, jeździła.
Pilnowała nam dzieciaka w wózku przed sklepem, zdarzało się, że stawała pomiędzy tym małym berbeciem,
a dużo większym niebezpieczeństwem.
Na przykład dogiem.
(Mówią, że psy mimiki nie mają, ale jak ta nasza suka się na niego z dołu popatrzyła,
to, wierzcie mi, facet miał minę jakby co najmniej lwa spotkał. Nawet żal mi go było przez chwilę.)
Uczyła ją chodzić.
Była z nami jakieś osiem lat.
Tak było. Maluch. Dzieciak. Pies.
Taki był ten dzień.
12 grudnia 1990.