25 lipca (sobota): Popołudnie w Sutivanie i kolejny wieczór w SupetarzePo opuszczeniu Pustinji zastanawiamy się, co zrobić z dzisiejszym popołudniem. Bardzo chce nam się na plażę, ale też chętnie coś byśmy przekąsili; niekoniecznie coś dużego. Wymyślamy, że pojedziemy do Sutivanu, bo tam można zjeść w barze Modrulj i przyzwoicie poplażować za uvalą Likva.
Po drodze zatrzymujemy się na punkcie widokowym:
z którego widać Supetar. Tylko trochę przeszkadza górka ziemi na pierwszym planie

:
Pewnie budują tu kolejny wielki sklep. Jakby Konzum, Tommy i Lidl nie wystarczyły
Jak się odpowiednio wykadruje

, to mamy ładny widok na przystań promową i kawałek starówki:
oraz na półwysep z cmentarzem:
Dojeżdżamy do Sutivanu:
Uvala Likva:
W Modrulju prawie pusto. Taką "malowniczą" łódź ustawili pośrodku knajpki:
Zamawiamy palačiniki z czekoladą, bo na większe jedzenie nie mamy ochoty. Do tego, dla zrównoważenia smaku, piwo

Widok mamy na plażę, na którą właśnie przybywa pan sprzedający gotowaną kukurydzę:
Modrulj jest niby sympatycznym miejscem, ale już drugi raz spotykamy się z kelnerem, który "pracuje za karę"

To chyba zresztą ten sam... Ostatnio tylko przyniósł nam rachunek; teraz obsługuje nas cały czas, a Małż, jak to ma w zwyczaju w takich sytuacjach, robi się przesadnie, wręcz teatralnie, uprzejmy

Mam go wtedy ochotę kopnąć w kostkę, choć właściwie powinnam kopnąć kelnera... w coś innego
Metoda, muszę przyznać, zazwyczaj bywa skuteczna

Tak było i tym razem. Pan zawstydził się trochę swojego mrukliwego zachowania i chyba udało mi się dostrzec cień uśmiechu pod maseczką

Ale przez większość czasu tak się męczył i wzdychał, że postanawiamy, że już tu nie wrócimy. Po co mamy się przyczyniać do czyjegoś cierpienia

Zbliża się 17:00. Wypadałoby w końcu trochę poplażować

Wybieramy przetestowaną już plażę za Likvą. Wolne jest "nasze" miejsce

, to samo, co pierwszego dnia pobytu na wyspie

:
Wygodne otoczaki i czysty relaks

:
Na niebie robi się ciekawie:
Młodzież szaleje:
Jadran też:
A my odpoczywamy, dopóki słońce nie zachodzi za drzewa. Nasze miejsce na plaży jest już całkowicie w cieniu:
więc najwyższa pora wracać.
Na kwaterze oczywiście prysznic i małe
pindrzonko, a potem, mijając sąsiada, którego chyba obudziliśmy

:
idziemy do centrum Supetara. Zatrzymujemy się przy stoisku z wyrobami z bračkiego kamienia:
bo zamierzamy dzisiaj kupić pamiątki

Ostatecznie kupimy je w innej budce, bliżej kościoła, u miłego pana, z którym już rozmawialiśmy kilka dni temu. Podejście do klienta jest dla nas ważne nie tylko w restauracji
Oprócz sympatii, jaką budzi mężczyzna oferujący wyroby z kamienia, ma on też dobre ceny, a za większe zakupy daje upust

Ostatecznie kupujemy zegar, który teraz zdobi ścianę naszej kuchni:
100 kun to chyba niezła cena za taką pamiątkę; w Postirze takie zegary kosztowały 150. Oprócz tego wybieram bransoletkę i magnes z delfinkiem (żeby nam się kojarzył z miłym spotkaniem z dupinami

), a w promocji dostaję jeszcze jednego delfina

:
Zadowoleni z zakupów spacerujemy chwilę:
i odwiedzamy znudzone koty pod palmą

:
A potem idziemy do Pubu Beer Garden, który odkryliśmy wczoraj. Jest dopiero po 19:30, więc w ogródku bez problemu można znaleźć miejsce, co w późniejszych godzinach nie jest już takie oczywiste.
Bardzo podoba mi się klimat tego miejsca. Tutaj wyglądam na zasłuchaną

:
Bardzo możliwe. Pamiętam, że tego wieczoru grali m.in. "Stairway to Heaven"

Pyszna IPA

:
Oferta drinków i piw:
Stawiam na pewniaka i, tak jak wczoraj, zamawiam burgera. Małż natomiast
idzie w čevaby. Dostaje całkiem słuszną (i smaczną) porcję za jedyne 36 kun

:
Dokładnie tyle samo kosztuje tu piwo, które zamówiliśmy

Jednak warto zapłacić trochę więcej niż za Ožujsko czy Karlovačko, bo to bardzo dobry
kraft.
Spędzamy w Beer Garden przyjemną godzinę

A potem znów odwiedzamy koty

:
Jeden patrzy na nas z góry

:
Ten z kolei ma rozczulające spojrzenie:
Wracamy do "domu" i kończymy wieczór partyjką Scrabbli na balkonie, podziwiając widok, do którego już zdążyliśmy przywyknąć, a którego teraz bardzo mi brakuje: