Warto też zauważyć, że nie każdy ciuła cały rok żeby móc raz w roku "na bogato" pojechać na wakacje.
Ja mam takie szczęście, że wakacje jestem w stanie zmieścić się w zwykłym budżecie miesięcznym i nie muszę ruszać oszczędności. Czy mógłbym wydać więcej? Tak, nie ucierpiałbym na tym finansowo. Tylko po co skoro nie mam takich potrzeb?
Każdy ma jakiś styl odpoczywania. Ja nie byłbym w stanie przez 2 tygodnie jeść lodów po kilka razy dziennie. Po kilku dniach by mi zbrzydły. Tak samo jak nie jestem w stanie zjeść całej tabliczki czekolady, zjem dwie kostki, czasem pasek i mam dość.
Dla mnie wakacje to nie jest jakiś szczególny czas, w którym nadrabiam braki z pozostałej części roku. Braków na co dzień nie odczuwam, raczej pozwalam sobie na wszystko na co mam ochotę, ale w granicach rozsądku. Tak jak nie jem na co dzień lodów kilka razy dziennie czy nie wypijam co dziennie po kilka piw (choćby z dbałości o własne zdrowie), tak nie robię tego na wakacjach.
Gotować lubię, a raczej jeść to co sam sobie ugotuję. Nie przypominam sobie żeby żona na wakacjach gotowała. Pamiętam, że najlepszy posiłek jak zjadłem w Chorwacji to samodzielnie grillowana - na drewnie - dorada, którą kupiłem nad ranem w porcie w Pakostane i którą mi przyprawił Chorwat (bo oczywiście nie wpadłem na to, że przecież nie mam żadnych przypraw). Pamiętam, że ryba wcale jakaś tania nie była i zapłaciłem tyle, że spokojnie bylibyśmy w stanie za to zjeść obiad w restauracji (choć pewnie nie rybę).
W zeszłym roku pozazdrościłem sąsiadowi, który grillował krewetki z portu w Zuljanie. Niestety był to nasz ostatni dzień pobytu i nie zdążyłem skopiować jego pomysłu. W tym roku planuję to nadrobić.
Pytanie do specjalistów - czy w związku z tym dziaduję?
Zawsze wydawało mi się, że nie... że robię to na co mam ochotę i co sprawia mi radość.
Obiad na kempingu przygotowuję w 30-40 minut, czyli w czterokrotnie krótszym czasie niż wybranie się do restauracji i czekanie godzinę lub dłużej na realizację zamówienia. W tym samym czasie mały bawi się z innymi dziećmi na świeżym powietrzu, a żona odpoczywa.
Dokładnie. Mi też zawsze więcej czasu schodzi z wybraniem się żeby zjeść "na mieście" niż gotując coś samemu. W konobach zwykle jadam podczas zwiedzania, a że dużo jeżdżę to i na ostatnich wakacjach udało mi się gotować jedynie dwukrotnie w ciągu 14 dni.