napisał(a) Franz » 25.03.2013 01:01
Dalej ferrata jest już całkiem łatwa - prowadzi północnym zboczem kopuły szczytowej i jest pozbawiona ubezpieczeń. A to oznacza dla mnie... absolutny hardcore...
Trawki i drobne kamyki, pokryte w większej części zmrożonym na kamień śniegiem, czy lśniącym, czystym lodem, a przy tym brak najmniejszego nawet kawałka liny, której można by się złapać...
Oszczędzę opisu ekwilibrystyki, której muszę dokonywać z pełną świadomością, że jeśli tylko raz - jeden jedyny raz - pośliznę się i ruszę w dół, to... żadna siła mnie już nie zatrzyma. A pod tym stromym skosem czeka kilkusetmetrowa przepaść.
Cóż... przeszedłem, przeżyłem. Trzy razy "V". Ostatnie metry drogi znów w słońcu - pełny relaks. Prawdziwą radością przepełnia serce spektakl lekkich obłoków po obu stronach grani.
Wreszcie staję na szczycie. Monte Pelf zdobyty.